Przesądy w sporcie

Przesądy towarzyszą nam od zawsze. Można w nie wierzyć lub nie, ale symbolika trzynastki, przebiegającego drogę czarnego kota, stłuczonego lustra, rozsypanej przypadkowo soli czy kominiarza jest znana każdemu. Nie inaczej jest w sporcie, gdzie rytuały, mające przynieść szczęście, nabierają jednak wyjątkowego znaczenia.

  • Przesądów w sporcie nie brakuje

    Przesądów w sporcie nie brakuje


Jednymi z najpopularniejszych przesądów, które mają przynieść szczęście, jest niegolenie się przed zawodami i słuchanie konkretnego utworu muzycznego, ale pojawiają się również dużo bardziej niezwykłe zwyczaje, jak np. wożenie na zawody ogrodowego krasnala, co robił słynny niemiecki skoczek narciarski Jens Weissflog.

Lewa skarpetka i urwana sznurówka

Modelowym przykładem klasycznych przesądów jest choćby były koszykarz Śląska Wrocław Maciej Zieliński, który przed meczem nigdy się nie golił i słuchał utworów grupy Metallica. Z kolei jego kolega z boiska Adam Wójcik zawsze przed meczem zakładał najpierw lewą skarpetkę i lewego buta. Inaczej szczęście zaklinał inny były koszykarz Jerzy Binkowski.

Adam Wójcik przed meczem zakładał najpierw lewą skarpetkę i lewego buta / fot. adamwojcik.natemat.pl

– Można powiedzieć, że miałem rytuał przebierania. Strój musiałem mieć zawsze poukładany, ale nie w jakiś specjalny sposób, po prostu poukładany – mówił Binkowski.

Przesąd związany ze strojem sportowym towarzyszył także byłemu wicemistrzowi świata w podnoszeniu ciężarów, a obecnie wiceprezesowi PZPC Mariuszowi Jędrze. – Przed wyjściem na pomost podkolanówki na obu nogach musiałem mieć podciągnięte idealnie równo. Przykładałem do tego taką wagę, że czasem koledzy się ze mnie śmiali. Cieszyłem się także, gdy zawiązując buty, urywałem sznurówki. Mówiłem sobie wtedy „Jest moc!” i zazwyczaj, rzeczywiście, to się sprawdzało  opowiadał Jędra.

Z kolei Michał Gabiński, zanim wyjedzie na mecz, musi przespać półtorej godziny, je banana i pije bardzo mocną czarną kawę. – W hali oddaję sto celnych trójek. Zawsze staram się robić to samo, żeby utrzymywać ciągłość – podkreśla skrzydłowy koszykarskiego Śląska.

Przed wyjściem na pomost Mariusz Jędra musiał mieć idealnie równo podciągnięte podkolanówki / fot. pzpc

Wioślarz Paweł Rańda przyznał natomiast, że przed startem oprócz słuchania mocnej, dynamicznej muzyki takiej, jak np. Mettalica i Rage Against The Machine, rozmawiał także ze swoim zmarłym w 1995 r. ojcem.

– Wierzyłem, że jak będę tego potrzebował, to popchnie mnie, doda siły. W Pekinie miałem w łódce sporo amuletów, dostałem je od żony, znajomych, trenera. W sumie nie wiem, ile kilogramów dodatkowo płynęło ze mną. Traktowałem je jednak raczej jako coś, co dodawało mi otuchy, przypominało o tym, jak wiele osób mnie wspierało – mówił Rańda.

Rytuały pomogły, wrocławski sportowiec wywalczył bowiem na igrzyskach w stolicy Chin srebrny medal w rywalizacji czwórek bez sternika wagi lekkiej.

Święte obrazki Tarasiewicza

Ciekawy rytuał przeprowadza przed każdym meczem były trener piłkarskiego Śląska Wrocław Ryszard Tarasiewicz. Szkoleniowiec sięga do kieszeni, wyjmuje trzy obrazki i po kolei je całuje. – Jestem człowiekiem wierzącym i praktykującym. Jeśli tylko mogę, z całą rodziną idę do kościoła. A obrazki są trzy: Matka Boska, nasz papież Jan Paweł II i druga Matka Boska. No i mam medalik na szyi – wyjaśniał kiedyś trener.

Trener Ryszard Tarasiewicz przed meczem całuje obrazki z wizerunkiem papieża i Matki Boskiej

W swojej głębokiej wierze w Boga Tarasiewicz utwierdził się jeszcze jako piłkarz Śląska. – Miałem wtedy 22 lata i na jednym z treningów doznałem urazów obu kolan. Bolało tak, że nie mogłem podnieść się z murawy o własnych siłach. Byłem pewien nie tylko tego, że nie zagram w następnym meczu, ale również, że to już jest koniec mojej kariery piłkarskiej. Poszedłem do kościoła. Klęknąłem i mimo że trwała już msza święta, skupiłem się na własnej modlitwie, na mojej osobistej rozmowie z Bogiem. Istnieliśmy wtedy tylko ja i on. Wyszedłem po nabożeństwie i prawie nie czułem bólu – opowiadał szkoleniowiec.

Grabowski goli głowę

Wspominaliśmy już o niegoleniu się przed zawodami, ale na przekór utartym schematom postępuje prezes siatkarskiego Impelu Wrocław Jacek Grabowski. – Przed każdym meczem dokładnie golę głowę. Jakieś 10 lat temu, jeszcze gdy byłem trenerem Gwardii, zrobiłem to 2-3 razy z rzędu i zauważyłem, że to działa. Od tej pory robię to zawsze i nigdy o tym nie zapominam, nawet teraz gdy działam już w klubie w innej roli – tłumaczył Grabowski.

Okazuje się więc, że choć w sporcie od zawsze najważniejsze są takie rzeczy jak np. trening, ciężka praca, wola walki i talent, to jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by w trakcie zawodów mieć także szczęście po swojej stronie.

mic/AL/SR

Zgłoś uwagę