Leszek Możdżer

Energia wokół jazzu

– Życie jest bardzo krótkie, wiem, że będę na tej planecie tylko przez chwilę. Chcę zrobić jak najwięcej muzyki i zwijać się stąd – mówi Leszek Możdżer.

Magdalena Talik: Niedawno zapytałam, czy Wrocław to wciąż Pana miejsce zamieszkania, a Pan odparł, że jest tu nadal zameldowany. Jak doszło do tego, że Wrocław stał się dla rodowitego gdańszczanina czymś więcej niż miastem, w którym gra się koncerty?

Leszek Możdżer: Swego czasu Wojtek Kościelniak ściągnął z Gdyni do Wrocławia dużą grupę aktorów Teatru Muzycznego, zabrałem się wtedy z nimi. Zapragnąłem żyć w komunie, bo zaczął się robić wokół mnie szum, dostałem pierwsze okładki w czasopismach i czułem się zdezorientowany. Potrzebowałem po prostu z kimś pogadać. No i z tego gadania zostałem we Wrocławiu na dobre.

Ostatnio sporo czasu spędził Pan w podróżach i trasie koncertowej z formacją Holland Baroque, z którą nagrał Pan album „Earth Particles”. W takiej sytuacji określenie „dom” jest chyba dość względne. Czy Wrocław przez lata, mimo wszystko, stał się dla Pana domem?   

Z mojego życiowego doświadczenia wynika, że wszędzie mogę się poczuć jak w domu, ale też każde miejsce może się nagle zrobić dla mnie niebezpieczne. Często zmieniam miejsce pobytu. Staram się nie przywiązywać do niczego. Życie jest bardzo krótkie, wiem, że będę na tej planecie tylko przez chwilę. Chcę zrobić jak najwięcej muzyki i zwijać się stąd. Ale większość swoich rzeczy rzeczywiście trzymam we Wrocławiu.

Leszek Możdżer podczas próby przed koncertem na tegorocznym Jazzie nad Odrą/fot. dunvael photography

Chwilowo „zrobił” Pan program Jazzu nad Odrą. Pamięta Pan swój pierwszy JnO, pewnie sprzed lat? Atmosfera była podobna, czy lepsza?

Byłem na Jazzie nad Odrą parokrotnie, jako występujący muzyk i wtedy generalnie byłem bardzo przestraszonym chłopcem, więc również tu, na Jazzie Nad Odrą, czułem się wystraszony.

Wystraszony?

Tak, byłem wtedy przestraszony i bałem się wszystkiego. Ludzi, sceny, świateł, kamer, dziennikarzy. W towarzystwie raczej starałem się nie odzywać, o ile to nie było konieczne.

Katastrofiści wieszczą, że teraz brak im na koncertach jazzowych autentycznego przeżycia.

Prawda jest taka, że jazz się ciągle rozwija, rozwijają się nie tylko muzycy ale też technika nagłośnieniowa, więc koncerty są coraz lepsze. A jak ktoś narzeka, że ma za mało przeżyć to znaczy, że po prostu generalnie narzeka.

Ale pewnie nawet Panu zdarza się usłyszeć krytyczną opinię o Pana pracy. Jeśli jest konstruktywna to pomaga, czy jednak artystę trochę zaboli? Nie wiem, jak jazzowym, ale wielu pianistom grającym klasykę zdarzało się pamiętać całe zdania z kąśliwych recenzji.

Praca z własnym Ego jest trudnym zadaniem, nie tylko dla artysty. Na wczesnym etapie rozwoju osobowości to właśnie Ego jest głównym źródłem zasilania. Porzucanie Ego jest to bolesny proces i kąśliwa krytyka zwykle bardzo pomaga. Ale to nie znaczy, że swojego Ego nie należy bronić. Nawet kiedy Ego przestaje mieć wiodącą rolę, to nadal podlega ochronie i opiece, bo jest bardzo cennym narzędziem. 

Leszek Możdżer gra podczas koncertu 26 kwietnia podczas 54. Jazzu nad Odrą/fot. dunvael photography

A generalnie, z Pana doświadczenia, czy my, wrocławianie, jesteśmy uważnymi słuchaczami i wielbicielami jazzu?

Muszę powiedzieć, że wrocławska publiczność jest wyjątkowa. W ogóle festiwal Jazz Nad Odrą jest wyjątkowy. Mam wrażenie, że w tym roku zaczął już przybierać optymalną formę, chociaż na pewno nadal będzie się rozwijać. Wokół Jazu nad Odrą jest coraz więcej dobrej energii i to właśnie publiczność wnosi jej najwięcej.

rozmawiała: Magdalena Talik

zdjęcia: dunvael photography dla Jazzu nad Odrą