Pigułki szczęścia i trudne recepty na życie. Po premierze w WTW

Uczucia mieszają się we mnie jak środki przeciwbólowe we krwi bohaterów przedstawienia, bo „Pidżamowcy” – premiera we Współczesnym – zostawili mnie na pewnym głodzie. Zwłaszcza to, że autor tekstu i reżyser scenicznej adaptacji wzięli się trochę za bary. Tak że im się szpitalne koszule tu i ówdzie porozchodziły w szwach.    

  • fot. Natalia Kabanow


Na początek o atutach „Pidżamowców”. Po pierwsze – aktorzy. Tego, co napisał im dramaturg, a także tego, na czym poradził skupić się reżyser – bronili jak przeor Kordecki Częstochowy. I obronili.

Wrzuceni w dość przeciętny tekst Marcina Sieniewicza (który pewnie i taki wydał się twórcom spektaklu, skoro postanowili podgrzać go publicystyką z social mediów) a sceniczną wizję reżysera Marcina Libera, zaserwowali i sobie, i widowni sporego energetycznego kopa, jak po dobrych znieczulających prochach, o które w spektaklu toczy się bój.

Po wtóre, pudełkowa „sterylna” scenografia, we wzorek a la szachownica vel łazienkowe płytki, której czystość już „od proga” sugeruje, że to, co rozegra się na scenie, takie transparentne już nie będzie.

Po trzecie zaś oprawa muzyczna (za którą odpowiedzialny jest Filip Kaniecki) – synthpopowe rytmy, balansujące między muzyką trans, motywami z klasyki a wrzutkami niewinnych dziecięcy głosów – to jest dość smaczny w oglądzie całości koktajl. A jeśli dorzucić do tego glitchowaną animację, ostre światło i motywy znane z teledysków – mamy czwarty element na „tak” w realizacji „Pidżamowców”, którzy prapremierowo wkroczyli na scenę Współczesnego 3 grudnia br.

Szpital metaforą wolności?

Dla dramaturga Sieniewicza szpital to miejsce, gdzie jedni walczący o życie z nieuleczalną chorobą pacjenci chcą dostępu do środków znieczulających – i na tym bojowym szlaku są gotowi na upokorzenia i utratę godności. Drudzy zaś, żeby dostać towar najlepszej znieczulającej wartości, muszą mieć jedynie w gotowości własne portfele.

Dramat (nagrodzony w konkursie Strefy Kontaktu) to studium „medycznej codzienności”, ludzkiego cierpienia – w którym jest miejsce i na czarny humor czy swojski dowcip (czasami jednak dość przyciężkawy – co słyszalne było w reakcjach widowni), i na dyskusje filozoficzne o rzeczach ostatecznych, przeplatane szczegółami z fizjologii umierania.

Reasumując – dramat Sieniewicza to rzecz o bezdusznej służbie zdrowia, czyli coś co się nikomu nie podoba, a na co w zasadzie mocnych nie ma. Pozostaje więc – „śmiej się pan z tego” i cierp.

I tu wkracza reżyser – wycina z dramatu to, co nie pasuje mu do koncepcji – uniwersalnej rzeczy o godności, wolności, poszanowaniu praw człowieka i, nomen omen, „sztukuje” go epilogiem z historią, autentycznie wyklikaną kiedyś na portalu społecznościowym przez tysiące internautów. (Maria Kania w roli dziewczyny opowiadającej o przeżyciach na SOR-ze). Dorzuca też jako prolog rozmowę lekarzy rezydentów. Brzmi znajomo? Owszem, i to jak.

I właśnie za sprawą tej reżyserskiej ingerencji „Piżamowcy” wyrastają na „głos wolny, wolność ubezpieczający”, a wszyscy w teatrze czują, że właśnie „tu jest Polska”.

Nie czujecie takiej „składni”? No to... 

Popatrzcie na aktorów…

…bo jest co, pardon, kogo podziwiać. Tu konkrety.

Bronisław Pieniążek (Zdzisław Kuźniar), który ląduje na ziemi, wycieńczony oczekiwaniem na swoją kolej po proszki, oraz pielęgniarka (później także demoniczna szpitalna wersja Anny Wintour), siostra Goneryla (Ewelina Paszke-Lowitsch), która zaprasza go do gabinetu bezdusznym: „Wstajemy, wstajemy” – to role na duże oklaski. 

Bohaterowie „Piżamowców” przenoszą nas do świata, gdzie tzw. prawdziwe wartości zostają poddane próbie pieniądza, kotłują się jak kulki lotto w maszynie losującej, gdzie nigdy nie wiadomo, komu i jaką cenę przyjdzie zapłacić. Wie to jedynie sam wierzyciel, władca klucza do „ziemi obiecanej”, do pigułkowej nirwany – Ampuła (Przemysław Kozłowski), poruszający się o balkoniku, ale w swoim świecie w swoim świecie chciwości i niechęci do drugiego człowieka zwinny jak atleta. 

Przyjrzyjcie się bohaterom czterech szpitalnych łóżek. Jednego z nich męczy rak trzustki – to Dializus, w tej roli Tomasz Orpiński, którego różowa czapeczka znakomicie ornamentuje tragikomizm scen z jego udziałem. Drugi to Amputyk – Krzysztof Boczkowski stworzył z niego znakomitą komiksową postać. Unieruchomiony gipsowym gorsetem i z rękami na stelażu gra jak na prawdziwych psychotropach tak dobrze, że widz przestaje w zasadzie współczuć jego bohaterowi, choć chyba przecież powinien.

Trzeci – Kolonus (Wiesław Cichy) i jego rak prostaty zdobywają za to sympatię widzów. Łaknący więcej i więcej środków narkotycznych, ma zakusy na szefa gangu pigularzy, by za poruczeniem Pieniążka dokonać napadu na szpitalną szafkę, gdzie kryje się wybawienie od bólu. Ostatni w kwartecie to Tomognom (Tadeusz Ratuszniak), z obandażowaną głową, taki trochę „alien” w tym towarzystwie, dobrze sprawdza się jako swoisty odgromnik, gdy wybuchowy koktajl z apapu i innych witaminek zdaje się już nie przechodzić przez gardło.

Zobaczycie też dwóch Drabów – Dolargana, czyli Krzysztofa Zycha, i Ketonala – Mariusza Bąkowskiego (który poradził sobie z rolą, jak z otrzepaniem rąk po łatwej, lecz lekko brudnej pracy. Świetnie rokuje!) oraz powabne siostrzyczki – Aleksandrę Dytko i Marię Kanię, z wdziękiem rozdzielające „prochy”, jak ziarno dla drobiu. Podczas spektaklu i widzom dostają sie pudrowe kulki.

Możecie się częstować bez obaw. Nie grozi wam ani zbytnia euforia, ani zakrztuszenie…

Mariusz Sieniewicz „Pidżamowcy”, reżyseria: Marcin Liber, scenografię, wideo i światło: Mirek Kaczmarek, muzyka: Filip Kaniecki, kostiumy: Grupa Mixer, ruch sceniczny: Maćko Prusak. Prapremiera – 3 grudnia 2017, Duża Scena Wrocławskiego Teatru Współczesnego 

WTW: „Pidżamowcy”

WTW: „Pidżamowcy”

Spektakl
Termin od 5 grudnia 2017 do 8 grudnia 2017

Miejsce Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego

Zobacz
Zgłoś uwagę