Druga strona podróżowania na niskim budżecie (cz. II)

Rok minął, odkąd w szeroki świat pognało dwoje sympatycznych wrocławian – Joannę i Aleksandra (ps. „turystyczne” – Pchła i Olo). O swojej podróży pisują m.in. na naszym portalu, a my mamy przyjemność patronowania tej wyprawie. Czynimy to tym chętniej, że opowieści małżonków są bardzo wciągające, a zdjęcia fantastyczne. O swoich „tułaczych” losach Pchła i Olo regularnie donoszą zaś na swoim blogu www.4evermoments.com – warto tam zajrzeć. A u nas tym razem: o „egzotyce” egzotycznych podróży!

  • Pociąg na Sri Lance, zapchany ludźmi po same brzegi

    Pociąg na Sri Lance, zapchany ludźmi po same brzegi


W Azji punktualność jest nieznanym pojęciem, a autobusy często nie mają rozkładów jazdy bądź są one tylko umowne. To samo dotyczy pociągów. Opóźnienie rzędu godzina czy dwie to tyle, co nic. Nie ma się co przejmować, kiedyś w końcu jakiś pociąg przyjedzie.

Autobusy komunikacji publicznej na Sri Lance

Pot, smród i hałas, czyli komunikacja

Tani transport w większości przypadków odbywa się pojazdami, których okres świetności przypadał mniej więcej na czas wojny w Wietnamie. W środku panuje potworny hałas od nieosłoniętego silnika i wyjącego co chwila klaksonu, ale wyjącego tak, że włosy stają dęba na głowie, bębenki w uszach prawie pękają i głuchnie się na kilka sekund.

Nie raz i nie dwa w luku bagażowym nie było miejsca na nasze plecaki, bo zajmowały je przesyłki cargo, takie jak kilka worów cebuli, Saigon, Wietnam

Ścisk jest tak dramatyczny, że nie można się ruszyć ani nie ma się za co złapać. Ludzie niemalże siedzą sobie na głowach, wchodzą między fotele innych pasażerów i stoją na schodach, wystając z autobusu czy pociągu, ledwo trzymając się drzwi. Siadają we trójkę albo czwórkę w miejscu dla dwóch osób albo kładą bagaż na kolana tych, którzy siedzą. Dla tych, którzy z tyłu słabiej słyszą klakson, na półce na bagaż zamontowany jest wielki głośnik, z którego na cały regulator leci coś co, przy zastosowaniu sporego uproszczenia, można nazwać muzyką. Do tego dodajmy 35 stopni upału, dzięki czemu w blaszanym wagonie czy autobusie jest jak w piekarniku. Jesteśmy dosłownie sklejeni potem ze wszystkimi dookoła. Gdy wydaje się, że w środku nie ma już miejsca, autobus zatrzymuje się i wsiada kolejnych dziesięć osób. Albo kolejne dwieście do pociągu.

Autobus w Madurai, Indie, jeszcze pusty...

Jedziemy, co chwila podskakując na wielkich jak kratery dziurach. Co tam, damy radę! W końcu to tylko 150 kilometrów, szybko zleci. Błąd. Nie zleci. Taki dystans to w Azji często sześć godzin, a bywa, że cały dzień.

Nawet w lepszym, klimatyzowanym autobusie z rezerwacją miejsc, ludzie stoją w korytarzu między siedzeniami albo siadają na podłodze. Załoga tymczasem nie przejmuje się, że okien nie da się otworzyć, i odpala jednego papierosa od drugiego – i tak przez kilkanaście godzin. Klimatyzacja oczywiście ustawiona jest na zamrażanie, więc całą drogę trzeba jechać w ciepłych ubraniach, czasem w czapce i rękawiczkach.

W autobusie zawsze są dzieci. Zasada jest taka, że dziecko siedzi koło ciebie, drze się w niebogłosy, a w połowie drogi zaczyna wymiotować albo robi kupę na podłogę.

I tak jeździmy, co kilka dni, przez cały dzień albo całą noc. Czasem wypada i jedno, i drugie. Po roku takiego jeżdżenia skręca nas w żołądku na myśl o tym, że trzeba jechać dalej.

Po co prać, jeśli można wietrzyć?

Wróćmy na chwilę do  noclegu. Nie raz, nie dwa, po spędzeniu nocy w tanim miejscu dostawaliśmy nagle podejrzanej wysypki. Myśleliśmy, że może mrówki nas pogryzły czy inne robactwo, albo że to zbieg okoliczności. Nic jednak z tego. To po prostu brud. W wielu miejscach, w których spaliśmy, pościel po poprzednich lokatorach nie była zmieniana. Było to widać i czuć. Pytanie tylko, po ilu lokatorach nie była zmieniona? Śmiem twierdzić, że po wielu. Zresztą nawet gdyby prześcieradło zmienić, to kolejne i tak jest poplamione i podarte i wcale nie ma pewności, że było wyprane, bo pachnie tylko stęchlizną. Zakładając, że jest wyprane, to też niewiele pomaga, bo w tropikach każdy bardzo się poci. Część wsiąka w prześcieradło, a część w materac... Świeże prześcieradło na przepoconym materacu nie pomaga, gdy sami się pocimy. Dalej chyba nie trzeba pisać, bo wiadomo, jak to działa.

Wbrew pozorom, to był najgorszy pokój, w jakim spaliśmy, Rangun, Birma

W miejscach, w których bywa chłodniej w nocy, dostaje się często do przykrycia koc. Nieraz widzieliśmy, jak pokoje sprzątane są przed przyjazdem kolejnych lokatorów. Taki koc ląduje na balkonie w celu przewietrzenia, a później wraca na łóżko. Jeśli prześcieradło nie jest zbyt poplamione, naciąga się je tylko na łóżku, żeby wyglądało ładnie, jak świeżo założone. Czasem zmienia się poszewki na poduszkach, ale skoro ktoś korzystał z nich przez dzień czy dwa, to właściwie nic im "nie dolega" i wystarczy odwrócić poduszkę na drugą stronę i przyklepać. Widzieliśmy to wszystko na własne oczy, gdy po naszym dwutygodniowym (!) pobycie nad jeziorem Toba w Indonezji pokój został właśnie w taki sposób posprzątany. Z niedowierzaniem obserwowaliśmy, czekając na prom, sprzątającą panią, woląc nie myśleć, jak wygląda sprzątanie łazienki... Byłbym zapomniał – kosz na śmieci z naszego pokoju został wypłukany w jeziorze, tak samo, jak miotła po zamieceniu brudnej podłogi. Od razu nabiera się ochoty na kąpiel... Przypomnę tylko, że w tym samym jeziorze robi się pranie. Jak myślicie, gdzie myje się naczynia? Jasne!. Widzieliśmy też mycie mięsa na obiad w rzece. Smacznego.

Z drugiej strony...

Chwila, moment! Czy my zaczęliśmy narzekać? Czy właśnie próbujemy powiedzieć, że podróżowanie jest złe i okropne? Nic z tych rzeczy! Opisane powyżej przypadki to tylko jedna strona podróżowania na niskim budżecie, a miało być o drugiej stronie. 

Z drugiej więc strony mamy okazję zagłębić się w lokalny folklor, zobaczyć codzienne życie i problemy, z jakimi zmagają się mieszkańcy danego kraju. Możemy obserwować i doświadczać rzeczywistości, w jakiej przyszło im spędzić życie. Jest ciężko i czasem mamy dość, ale czyż można się skarżyć, jeśli za sześć godzin jazdy autobusem płaci się niewiele ponad 5 zł, a za prawie trzygodzinny rejs promem – złotówkę? No i te fantastyczne widoki, jakie dostaje się gratis!.

Dla takich widoków warto zacisnąć zęby, jezioro Toba, Sumatra, Indonezja

Pokoje nie zawsze są okropne, karaluchy nie zawsze wyłażą z kanalizacji, a grzyb nie zawsze patrzy na nas z sufitu. Często trafiają się przyzwoite pokoje za przyzwoitą cenę i przyzwoite pralnie. Zdarza nam się też jeździć lepszymi autobusami i pociągami.

Dzięki jedzeniu w tanich, lokalnych jadłodajniach poznajemy prawdziwe smaki regionalnej kuchni, a nie turystyczne odpowiedniki, a dzięlki noclegom w tanich miejscach – innych podróżników, podobnych nam, z którymi możemy wymieniać doświadczenia i anegdoty z podróży po różnych krajach. Grunt, aby nie zniechęcać się, gdy wakacyjna egzotyka staje się codziennością, z której nie wrócamy do wygodnego domu po dwóch czy trzech tygodniach.

Tekst i fot.: Joanna Gąsieniec i Aleksander Gąsieniec, www.4evermoments.com

oprac. MaWi

 

Przeczytaj także:

Zgłoś uwagę