„Kandyd” – świetny spektakl w operze z odpowiednią dawką ironii

Na Sylwestra i Nowy Rok Opera Wrocławska wystrzeliła prawdziwe fajerwerki, bo „Kandyd” Leonarda Bernsteina w reżyserii Hanny Marasz jest jak wytrawny szampan – lekko uderza do głowy powodując miłe otumanienie, ale nie pozostawia w ustach goryczy i, co ważne, nie upija. Po prostu wykwintnie uprzyjemnia czas. 

  • kandyd, opera wroclawska

    „Kandyd” – scena z operetki Leonarda Bersteina/fot. youtube Opery Wrocławskiej

  • kandyd, opera wroclawska

    „Kandyd” – scena z operetki Leonarda Bersteina/fot. youtube Opery Wrocławskiej

  • kandyd, opera wroclawska

    „Kandyd” – scena z operetki Leonarda Bersteina/fot. youtube Opery Wrocławskiej

  • kandyd, opera wroclawska

    „Kandyd” – scena z operetki Leonarda Bersteina/fot. youtube Opery Wrocławskiej


Urodziny Bernsteina

W 2018 roku świat będzie świętował 100. rocznicę urodzin wybitnego dyrygenta, kompozytora, pianisty (dla fanów kolejność profesji, wedle uznania)– Leonarda Bernsteina. Wrocław wpisuje się w te obchody naprawdę udaną, dowcipną, pięknie zagraną i dobrze zaśpiewaną premierą operetki „Kandyd”. Swój w pełni samodzielny debiut reżyserski na scenie Opery Wrocławskiej Hanna Marasz wykorzystała w stu procentach.

Dzieło w duchu Woltera

Dzieło Bernsteina będzie bawiło, jak w broadwayowskich produkcjach, i starsze i młodsze pokolenie, a z biglem tłumaczone teksty mówione (przez, nomen omen, Bartosza Wierzbiętę) i nieźle śpiewane (Adama Czecha) pozwalają świetnie się bawić nie zapominając jednak o ironii, za sprawą której Wolterowska opowiastka jest filozoficznym utworem o człowieku wierzącym i poszukującym świata idealnego. A kiedy w finale przekonuje się, że takiego nie ma w finałowej scenie śpiewa o tym, że trzeba uprawiać po prostu swój ogródek. Odpuszcza sobie? Niekoniecznie. Godzi się z losem.

Wprawdzie przed premierą „Kandyda” zapowiadano, że będzie to półprodukcja, czyli pozbawiona klasycznej scenografii (choć z kostiumami Anny Sekuły), ale dyskretny, elegancki spektakl jest tak dobrze poprowadzony (z ciekawą choreografią Jacka Gębury), że widzowie nie poczują żadnego braku.

Orkiestra na medal

„Kandyd” jest, poza wizualną warstwą, popisem orkiestry Opery Wrocławskiej świetnie i pewnie poprowadzonej przez dyrektora instytucji Marcina Nałęcza-Niesiołowskiego. Uwertura, klasyczny evergreen, wybrzmiała ze wszelkimi niuansami, w tym najważniejszymi – rytmicznymi, a na sali można było poczuć się, choć na czas spektaklu, jak na Broadwayu. Wyraziste tematy, pięknie przez Bernsteina zarysowane, melodyjne, a przy tym genialnie korespondujące z tradycją. Nieprzypadkowo „Kandyda” nazywano kartką walentynkową do europejskiej muzyki (zwłaszcza tańców). Całe bogactwo odniesień Bernsteina zawarł w partuturze i świetnie, że tej cudownej muzyki słucha się z prawdziwą przyjemnością.

Obsada z zaskoczeniami

Obsada jest wyjątkowo liczna, bo też mamy wielu ciekawych bohaterów. Wprawdzie tytułowy Kandyd w interpretacji tenora Aleksandra Zuchowicza zyskuje chłopięcy wdzięk i konieczną w tej roli niewinność i pewną życiową naiwność, ale wydaje się, że wokalnie śpiewak nie udźwignął tej partii. Olśnieniem stała się natomiast rosyjska sopranistka Galina Beniewicz, która jest znakomita, a słynna aria „Glitter and Be Gay” wypada w jej koloraturowej interpretacji fantastycznie. Świetnie sekunduje jej Jadwiga Postrożna jako Staruszka. Mezzosopranistka nie tylko znakomicie śpiewa, ale też świetnie potrafi rolę zagrać. Z kolei niespodzianką wieczoru można śmiało obwołać basa Jakuba Michalskiego w partii Marcina, bo jego prześmiewcza pieśń „Words, words, words!” zapada w pamięć kongenialnym wręcz wykonaniem godnym najlepszych amerykańskich produkcji.

Dobrze przygotowany chór śpiewa wszystkie sceny (włącznie z portugalską inkwizycyjną) właściwie bez zarzutu, jedynie w finale brzmi może za bardzo forte.

I wielka prośba do organizatorów. Na sali siedzi wielu obcokrajowców, a w spektaklu sporo jest tekstu mówionego, po polsku rzecz jasna. Może warto wyświetlić angielski oryginał. Wtedy śmiać, żartować i przeżywać losy bohaterów będziemy wszyscy.

Zgłoś uwagę