Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy

Jedną z pierwszych ról Jerzego Stuhra (a w kalendarzu widniał rok 1973) była postać anonimowego gościa stojącego w długiej kolejce przed pośredniakiem. Rola była tak bardzo anonimowa, że aktor nie został wymieniony w czołówce filmu. 

  • jerzy stuhr


To filmowe dzieło nosiło tytuł „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy”. I przez kilka lat też było właściwie anonimowe. Film został wstrzymany przed rozpowszechnianiem przez państwową cenzurę. Właściwą premierę miał dopiero w roku 1980, gdy powiew wolności zdmuchiwał kurz w przepastnych magazynach tubylczej kinematografii.

A przecież twórcy tej obyczajowej komedii byli zacni i ogólnie szanowani.

Reżyserem był, czujący komediowego bluesa, topowy wówczas realizator filmowy, teatralny, a i znany z sopockich festiwali – Jerzy Gruza. Scenariusz napisał idol polskiej klasy okołorobotniczej Jan Himilsbach. Role główne zaś brawurowo zagrali Leon Niemczyk oraz Zdzisław Maklakiewicz. Gdy do tej ligi mistrzów dodam, że muzykę napisał znakomity jazzman, saksofonista, założyciel legendarnej kapeli Melomani – mistrz Jerzy Matuszkiewicz (Wojna domowa, Janosik, Stawka większa niż życie, Przygody psa Cywila, Kolumbowie, Kapitan Sowa na tropie i jeszcze wiele innych) – można powiedzieć, że Jerzy Stuhr debiutował na bogato.

Film „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy” pokazywał absurdy realnego socjalizmu z początków epoki Gierka. Zatem nic dziwnego, że zyskał zaszczytny w tamtych czasach tytuł „półkownika” (od wieloletniego polegiwania na magazynowych półkach). Fabuła kręciła się wokół ludzi z pośredniaka, którzy mieli rozładować z wagonów stojących na bocznicy skalny gryz. A ponieważ godzinowe stawki były dla arbajciarzy haniebne, kierownik, Leon Niemczyk, dokonuje wielu kombinacji, aby sezonowi robotnicy nie uciekli z „miejsca zbrodni”. To była Polska w pigułce absurdu, a jednym z uczestników tej partaniny był debiutujący na filmowej taśmie Jerzy Stuhr.

Tego krakowskiego aktora zaakceptowałem na stałe, gdy sporo lat temu na deskach wrocławskiej opery zobaczyłem jego wersję monodramu „Kontrabasista”, powstałego według tekstu Patricka Sueskinda (tego od „Pachnidła”). Jego opowieść o miłości i nienawiści do instrumentu, który zniewolił go na całe życie – bardzo prawdziwa, pełna życiowych szczegółów – pokazała możliwości tego wielotwarzowego artysty. Historia samotności zdobionej muzyką, szarpanina w niewidocznym dla ludzi orkiestronie – nie dawała nadziei na sukces. W dodatku występująca obok sopranistka Sara, stojąca w mocnym świetle rampy – nigdy nie do zdobycia przez kontrabasistę, irytowała. Los wyznaczył mu miejsce na obrzeżach sceny, która jednych wynosi do sławy – a jego akurat trzyma w zaciemnionych miejscach.

I Sueskind, i Stuhr zrobili z tej literackiej historii kawałek prawdziwego życia.

Tak się dzisiaj pochylam nad krakowskim artystą – bo jestem tuż po obejrzeniu jego najnowszego autorskiego filmu (scenariusz, reżyseria, główna rola) „Obywatel”.

To idealna propozycja dla skutecznego zachęcenia tych wszystkich, którzy zastanawiają się, czy warto pójść zagłosować w drugiej turze wyborów. W filmie „Obywatel”, gorzkiej w wyrazie komedii obyczajowej, jest zapisana Polska z jej „różnistymi” twarzami. Ma ich znacznie więcej niż pogański słowiański Świętowit.

A właśnie przez to są one (te twarze) doskonale przyswajalne. Takie, które można spotkać dookoła nas, we własnym otoczeniu, wokół własnej rodziny. „Obywatel” jest ważnym filmem, szczególnie dla tych pokoleń Polaków, idących przez życie tuż przed i zaraz po Jerzym Stuhrze. Wiele bowiem wątków tego obrazu mieliśmy okazję przeżywać osobiście. To jest nasza Polska przeżywana każdego dnia. Bałwochwalcza, groteskowa i antysemicka.

„Ten film na pewno jest dla mnie samego pewnym nowym głosem, nie tylko kameralną opowieścią psychologiczną, jak w poprzednich moich filmach. Tak chciałem. Chciałem jakoś podsumować siebie, moje pokolenie. Chciałem też, żebyśmy się na ten temat potrafili może nie roześmiać, rozrechotać, ale uśmiechnąć, że może już mamy te słabsze strony za sobą, że już nas nie drażnią, nie bolą i nie wściekają. Chciałem też pokazać absurd, że moje pokolenie, które nie znało w ogóle Żydów – nagle zaczęło przesiąkać antysemityzmem. Dowiedziałem się, że moi koledzy i koleżanki to Żydzi, kiedy w 1968 roku zaczęli wyjeżdżać za granicę. To było wszystko utajnione. Na pewno ten film w niektórych kręgach wzbudzi niechęć i ja się z tym liczę. Najbardziej by mi odpowiadało, żeby ludzie po projekcji wyszli z kina lżejsi, żeby to ich oczyściło" – wyznał Stuhr, czyli filmowy bohater Jan Bratek.

„Prawdziwi krytycy” tego filmu piszą, że „Obywatel” to słabizna, to zepsuty scenariusz, który przy lepszym wykorzystaniu mógłby być w karierze Stuhra dobrym zwieńczeniem jego kariery (dlaczego już wysyłają aktora na emeryturę?). Sceny są przejaskrawione, a dowcipy i skojarzenia historyczne wbijane są łopatą. Twierdzą, że zamiast celnej satyry mamy ideologiczny kabareton na miarę telewizyjnych weekendowych kabaretów – z których nie wiadomo, czy się śmiać czy może płakać? Stuhr jakoby średnio udanie krytykuje prawicowe partie, niesłusznie kpi z biskupa w zamtuzie. Dostaje pouczenia, że nazbyt słabo naigrywa się z prezydentów II RP, z intelektualnych elit oraz z własnego artystycznego środowiska. A już najgorsze jest to, że na jego filmie publiczność nie śmieje się intelektualnie, tylko rechocze, trywialnie rechocze. A to jest dobre wyłącznie dla prostaków albo „lemingów”. „Obywatel” więc spełnił swoje destrukcyjne zadanie, także finansowe, gdyż na „głupocie” zarobił, ludzie walą do kina.

Takie nieprzyjazne, z góry przewidywalne podejście do obrazu Jerzego Stuhra wpisuje grymaśnych krytyków w narrację tej gorzkawej z lekka komedii. Stają się oni częścią składową narracji „Obywatela”, są udziałowcami spraw w filmie pokazanych. Ja uważam zaś zupełnie inaczej. Film towarzyszy fabułą życiorysom setek tysięcy Polaków, pokazuje chwile i sceny znane z licznych autopsji. Rzecz jasna – sięgając do przeszłości – bardziej pamiętam kawałki zespołów Polanie i Dżamble niźli Krzysztofa Pendereckiego dzieło „Przebudzenie Jakuba”. Bardziej kojarzę ortalionową kurtkę „szwedkę” niż raglan z wielbłądziej wełny. Nie chcę przekreślać, wyśmiewać się z dawnych lat z pocztówkowymi płytami, limuzyną o nazwie Mikrus, skuterem Osa, pomarańczowym sokiem Dodoni. Nie skreślam Stuhra grającego w filmie Kieślowskiego „Amator”, „Wodzirej”.

Od anonimowego prawie debiutu w filmie Himilsbacha i Gruzy „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy”, przez zawładnięcie milionową widownią włoską, po „Obywatela” Jerzy Stuhr przebył kawał życiowej i artystycznej drogi. Podobną drogą, wespół z innymi, maszerowałem i ja. Od Himilsbacha – przez Kondratiuka, Piwowskiego, Bareję. Rozejrzyjcie się dookoła ludzie ze sztuki Gogola „Rewizor”. Przecież wciąż wokół trwa „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy”. Świat „Obywatela” nigdy mnie nie sponiewiera, nawet gdy padnie filmowa kamera. 

Widoki mają równe boki

 

 

Zgłoś uwagę