Hip-hop lepszy niż kazanie

Jego znak rozpoznawczy to sutanna. Przyznaje, że rapowanie o Bogu to dla niego tylko 20 procent codzienności. – Gdybym nie posługiwał w szpitalu i nie działał normalnie na parafii, a tylko zajął się muzyką, szybko stałbym się smutnym człowiekiem – mówi ks. Jakub Bartczak. – Na maksa lubię swoje życie – dodaje.

  • Ks. Jakub Bartczak

    Ks. Jakub Bartczak pracuje w parafii św. Elżbiety Węgierskiej przy ul. Grabiszyńskiej, kapłanem jest od 7 lat, fot. I. Szajner

  • płyta ks. Bartczaka

    W październiku 2013 r. ukazała się płyta ks. Bartczaka pt. „Powołanie”. Możesz ją kupić na http://kskubabartczak.pl/


Rok temu ukazała się płyta „Powołanie”. Jak bardzo od tego momentu zmieniło się księdza życie?

Ks. Jakub Bartczak: – W sumie to nic się nie zmieniło. Tak naprawdę to trudno zmienić tryb życia księdza, a już na pewno taki epizod, jak wydanie płyty, nie jest w stanie tego zrobić. Dalej mam swoje księżowskie zajęcia, bo dla mnie to podstawa – działam na parafii, posługuję w szpitalu, uczę w szkole, a tylko czasami mam jakieś koncerty. Może od wydania płyty jest ich trochę więcej.

Zainteresowanie mediów było spore. Na pewno stał się ksiądz rozpoznawalny „na ulicy”.

– Może trochę, ale to nieistotne. Gdy idę przez miasto ubrany normalnie, po cywilnemu, to mało kto mnie w ogóle poznaje, ale jak ubiorę sutannę, to wtedy trochę ludzi mnie zaczepia.

Znak rozpoznawczy – „sutanna”?

– No tak, przecież jestem księdzem. Ale to są w stu procentach bardzo miłe spotkania – prośba o autograf, sympatyczny uśmiech. Generalnie ludzie wierzący reagują na księdza normalnie, a ci, którzy są dalej od Kościoła, traktują moją muzykę jako pozytywną formę promowania religii. Czyli też jest spoko.

 

Ważne są dla księdza kolejne odsłony na Youtube czy polubienia na Facebooku?

– Nie bardzo jestem człowiekiem internetu. Niby mówi się, że to współczesne narzędzie, które można wykorzystać do mówienia o Bogu. I super, ale nie czuję, że to moje narzędzie. Gdyby znaleźli się w naszej kurii tacy księża, którzy by się zajęli ewangelizacją internetową, ja bym im nawet jedzenie donosił [śmiech]. Niestety, nie mogę dłużej wysiedzieć w sieci, nie ogarniam tego i  szybko się męczę. Wolę spotkać się z różnymi grupami modlitewnymi, widzieć się z kimś twarzą w twarz, a nie przez ekran monitora.

O! Jednak coś się zmieniło przez te ostatnie miesiące, dostaję dużo więcej mejli od zupełnie nieznanych mi osób.

O czym piszą?

– Różnie. Wczoraj przyszedł mejl od chłopaka, któremu brat zginął w katastrofie górniczej. Dla mnie to mocne tematy. Albo zdarzają się tacy, którzy zagubili gdzieś swoją wiarę i nie wiedzą, jak ją odzyskać, od czego zacząć. Piszą do mnie, bo np. czują, że ja mówię trochę ich językiem, albo mam podobną pasję – hip-hop. Głupio mi, że rzadko na nie odpisuję, nie mam czasu. Wszystkie natomiast czytam.

Spodziewał się ksiądz, że wywoła takie zamieszanie „Pismem Świętym”?

– [śmiech] Szczerze, to nie. Nie sądziłem, że dla kogoś moje pioseneczki mogą być motywem do nawrócenia. Jako księdza – ciągle mnie to zaskakuje. Cieszę się, że udało mi się jakoś trafić do młodych ludzi. Hip-hop jest taką formą wypowiedzi, że tak właściwie może niewiele różnić się od kazania. A nawet udaje się czasem  powiedzieć więcej, ciekawiej. Na kazaniu bywa, że wierni przysypiają, a tu razem ze mną np. śpiewają.

Zdarzają się słowa krytyki, na przykład ze strony środowiska muzycznego?

– Mój hip-hop dosyć mocno się wyróżnia na tle tego, co już powstało i powstaje. Zawsze preferowałem muzykę pozytywną, łatwą, wesołą. Dołujące teksty w piosenkach, z mojego punktu widzenia – kapelana w szpitalu, gdzie codziennie jestem przy śmierci – są trochę… śmieszne.

A ludzie? Nie uczestniczę jakoś megaaktywnie w życiu środowiska hiphopowego. Mam zaufanych kumpli, często jeszcze z czasów, gdy nie byłem księdzem. Razem z nimi robimy klipy, często podsuwają mi jakieś bity czy sample. Kiedyś ktoś napisał o mnie: „O, czarny wziął się za muzykę czarnych”. Ci którzy mnie znają, dobrze wiedzą, że rapowałem, zanim związałem się na poważnie z Kościołem. Wiedzą, jakie są moje źródła. Staram się być autentycznym w tym, co robię, bo taka jest właśnie istota hip-hopu. Na maksa lubię swoje życie księdza. I przyznam, że gdybym nie posługiwał w szpitalu i nie działał normalnie na parafii, a tylko zajął się muzyką, szybko stałbym się smutnym człowiekiem. Tutaj nikt mi nie gratuluje, nie zachwyca tym, co robię, i to jest mi bardzo potrzebne.

Gdyby np. Kuba Wojewódzki zaprosił księdza do programu, zgodził by się ksiądz?

– Nie. Po co? Mówimy zupełnie różnymi językami, choć niby obydwaj po polsku [śmiech] Czemu miałoby to niby służyć? Żeby podbić oglądalność programu? Nie boję się konfrontacji, bo ja raczej zawsze mówię o tym samym, czyli o Bogu. Nie chcę być jednak marionetką w rękach różnych dziennikarzy i odpowiadać tak, jak oni sobie zaplanowali. Popularność nie jest mi do niczego potrzebna. Kiedyś zadzwoniła do mnie na parafię Monika Olejnik z zaproszeniem do programu. Powiedziała, że jestem nowoczesnym księdzem i przejawem tego, że Kościół wreszcie zaczął rozmawiać z ludźmi. Ja jej na to, że przecież już 2 tysiące lat temu Pan Jezus to robił. Nie dogadaliśmy się [śmiech]. W jeden telewizji śniadaniowej oczekiwali ode mnie, że przyjdę do programu w dresie, żeby jeszcze lepiej wpasować się w obraz luzackiego księdza. A ja przyszedłem w sutannie.

Jak powstają te księdza „pioseneczki”?

– To zależy od tematu, jaki chcę podjąć, czy od muzyki, którą dostanę od producentów – jakie mi towarzyszą przy niej emocje. Czasem są to fragmenty z Pisma Świętego i wokół tego powstają rymy. Piszę o Bogu, bo zasadniczo o tym mam coś do powiedzenia. Mówią, że słychać, że są to teksy duchownego. Ciągle w głowie coś mi się tworzy. Zależy mi, żeby to było proste teksty, łatwo zapadające w pamięć. Mam sygnał, że dzieci bardzo szybko łapią te słowa. I to jest super. Muszę się jednak pilnować, żeby nie używać jakiś skomplikowanych skojarzeń.

A co robi ksiądz w „Pokoju nauczycielskim”?

– Znalazłem wspólny mianownik [śmiech]. Chodzi o projekt ewangelizacyjny „Pokój nauczycielski” skierowany do młodych. Po wydaniu płyty okazało się, że wśród słuchających hip-hopu jest dużo ludzi ochrzczonych i wierzących bardziej lub mniej. Wielu z nich poszukuje czegoś pozytywnego. Nie oszukujmy się, przecież hip-hop to też dużo złych emocji i agresywnych słów. Jest taki raper, Tau – według mnie najlepszy w Polsce, znany i szanowany przez wszystkich. I on jakiś czas temu się nawrócił. Od niego i innych młodych ludzi wyszedł pomysł, żeby zrobić coś, co będzie połączeniem muzyki z nauką i modlitwą.

Plan każdego spotkania jest mniej więcej taki sam: turniej koszyków lub piłki nożnej, grillowanie, pokazy tańca, ale też modlitwa i koncert ze świadectwami wiary. Chodzi nam o wspólne bycie ze sobą. Wszystko kończy się mszą o uzdrowienie. Projekt rozpoczął się przed wakacjami, odbyło się jedenaście spotkań i jeszcze będzie trwał w październiku. Skład naszego „Pokoju nauczycielskiego” niekiedy się zmienia. Nie mam za dużo wolnego czasu, żeby zaangażować się na maksa. Niedawno, 28 września, graliśmy we Wrocławiu. Przyszło dużo ludzi. Fajne rozmowy, budujące spotkania.

A zdradzi coś ksiądz o nowej płycie?

– Powoli powstaje. Całe szczęście, że nie mam takiej „spinki”, jak ludzie żyjący z muzyki. Bycie księdzem daje mi tę wolność. Zaprosiłem do współpracy m.in. Deus Meus i może jeszcze kogoś zaproszę. Sample i bity dostaję od ludzi z całej Polski.

Kiedy się ukaże?

– Mam nadzieję, że w kwietniu. Ale zobaczymy jeszcze.

 

Rozmawiała: Iwona Szajner
opr. mw

fot. Youtube 

Zgłoś uwagę