Wrocław Extra

„Wrocław przez wieki. Ludzie. Miejsca. Wydarzenia”

115 opowieści o ludziach, miejscach i zdarzeniach w najnowszej książce Macieja Łagiewskiego.

Co ja poradzę, że Wrocław jest naj, naj, naj…

Torcik królowej Luizy, kandelabry z wrocławskiego krematorium, dziesięć medali na igrzyskach olimpijskich czy pisarka zwana „śląskim łabędziem” – z niezwykłej książki Macieja Łagiewskiego, dyrektora Muzeum Miejskiego Wrocławia, zatytułowanej „Wrocław przez wieki. Ludzie. Miejsca. Wydarzenia”, dowiecie się o stolicy Dolnego Śląska rzeczy, o których nie mieliście pojęcia. Z autorem rozmawia Jacek Antczak.

W książce zmieściło się 115 opowieści o Wrocławiu. Ma Pan ich więcej?

– Tak, jest ich już 360, czyli spokojnie mogłyby się ukazać w trzech tomach, co zresztą jest w planie. To zbiór esejów i felietonów, które ukazywały się przez kilka lat w „Gazecie Wrocławskiej”. Z redaktor Hanną Wieczorek, która pilotowała publikację, początkowo myśleliśmy, że można wydać osobny tom o ludziach, a osobne o miejscach i wydarzeniach.

Okazało się, że taka „poszatkowana” książka, która zawiera trzy felietonowe kryteria naraz, jest ciekawsza w czytaniu. Na ten podział wskazuje, zresztą dosłownie, okładka – projekt Macieja Szłapki, który przygotował książkę typograficznie.

To książka do podróży czy do poduszki, którą można w dowolnym miejscu otworzyć i czytać. Zazwyczaj każdy z felietonów, wraz z ilustracjami, zawiera się na czterech stronach. Sprawdzianem dla tej książki są głosy i listy czytelników, których już chwilę po wydaniu jest sporo. Podobnie jak moje poprzednie publikacje o „Mostach Wrocławia”, herbie wrocławskim, książki o godłach kamienic wrocławskich, samy kamienicach czy o osobistościach Wrocławia, najnowsza też jest efektem wieloletnich poszukiwań i stworzenia tekstów, które zebrałem potem w jedną całość.

Pamiętam, jak w latach 80. XX wieku opisywałem po kolei mosty Wrocławia, a potem trafiły wszystkie do jednej książki, która doczekała się już kilku wydań.

Miał Pan wtedy co robić, bo mamy najwięcej mostów w Polsce.

Pod względem przepraw, przede wszystkim rzecznych – a przypomnę, że przez Wrocław przepływa pięć rzek – jesteśmy jedną z największych metropolii w Europie.

Czytaj też: Najdłuższe mosty we Wrocławiu TOP 10 [INTERAKTYWNA MAPA]

Skąd bierze Pan te opowieści?

Jedną z ważniejszych inspiracji są zbiory muzealne. W wielu felietonach odwołuję się do obiektów, które istnieją w naszych zbiorach i były albo są prezentowane publiczności Muzeum Miejskiego Wrocławia. Od obrazów po różnego rodzaju artefakty z wielu epok dziejów miasta. Zazwyczaj wokół nich kręci się dana historia.

Wiele z tych esejów odnosi się jednak do rzeczy, które dotąd były mało znane, mało popularne i nie mają charakteru stricte naukowego. To przede wszystkim ciekawostki dotyczące naszego miasta. Ktoś mi powiedział, że o wszystkim we Wrocławiu piszę, że jest naj… Największe, najstarsze, najdłuższe, najlepsze czy najpopularniejsze w Europie lub nawet w świecie. Nie ma się co dziwić, nie ma niczego bardziej bliskiego sercu niż mała ojczyzna, czyli miejsce, w którym przychodzimy na świat, edukujemy się i żyjemy.

Dla Pana we wszystkich tych przypadkach jest to Wrocław.

I to za każdym razem oraz od początku do końca. Dlatego promowanie tego, co jest mi najbliższe: kościoła, parku, ulicy, skweru, pomnika, ludzi, którzy tu kiedyś żyli, jest moją wielką pasją i tym chciałbym się podzielić.

Te felietony dotyczą wielu niezwykłych rzeczy, które odkrywałem z dnia na dzień i często mnie zaskakiwały. Nie tylko zresztą we Wrocławiu, ale również gdzieś w świecie, gdzie nagle pojawiał się ślad Wrocławia, który warto go było opisać.

Ludzie pasjonujący się historią Wrocławia, których jest coraz więcej, podchodzą do Pana i mówią „opowiem panu taką historię” albo pokazują zdjęcie i pytają: „A o tym Pan już wie...”?

Zdarza się, ale takie sytuacje przede wszystkim dotyczą tego, co zdarzyło się już po roku 1945 – a dotyczyło naszych dziadków, ojców, rodzin… Rzadziej to się odnosi do wcześniejszej historii miasta, a ja w swojej książce skaczę od średniowiecza, przez wszystkie epoki, aż po współczesność Wrocławia.

Chyba niczego nie brakuje.

Jest w książce i udział wielkich wrocławian w rozwoju przemysłu, techniki, architektury, i samego miasta. Są postacie znakomitych medyków, architektów, artystów. Są też wybitni Polacy, którzy już w XIX wieku tworzyli we Wrocławiu czy studiowali na wrocławskim uniwersytecie, wspomnę chociażby Wojciecha Korfantego czy Jana Kasprowicza.

Mamy nawet opowieści o sportowcach z Breslau i Wrocławia, którzy zdobywali medale olimpijskie.

I te zasługi medalowe podaję zarówno z czasów przedwojennych, jak i powojennych, podobnie jak w innych przypadkach. Piszę na przykład o Janie Mikuliczu-Radeckim i ogromnych zasługach tego chirurga dla medycyny światowej. Czy o Władysławie Nehringu, jedynym polskim rektorze Uniwersytetu Wrocławskiego przed 1945 rokiem, sławnym filologu, który przybył do Wrocławia z Wielkopolski i był następcą Wojciecha Cybulskiego w Katedrze Literatur Języków Słowiańskich.

Można by mnożyć te opowieści o obecności nas, Polaków jeszcze w Breslau. Piszę i o polskim konsulacie, i o przedwojennym wywiadzie, który prowadził tu nasz superszpieg, major Bruno Grajek. Opisałem też zamachy dokonane przez organizację podziemną na Dworcu Głównym w czasie II wojny światowej.

Czy jest wspólny element, który łączy te opowieści?

Kluczem jest Wrocław. I chwała tej nazwie, bo jest wszechobecna, do tego stopnia, że kiedyś poszukując nazw polskich w świecie, odnalazłem w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie trzy miejscowości o tej samej nazwie, choć w wydaniu przedwojennym.

Prawdopodobnie osady Breslau założyli jeszcze XIX-wieczni emigranci. W książce dziesiątki takich ciekawostek, na przykład o okrętach o nazwie „Wrocław”, zarówno w niemieckich, jak i polskich czasach. Jest tam historia o łodzi podwodnej o nazwie „Loligo”, której nazwa pochodzi od kalmara. A ufundował ją wrocławski przedsiębiorca Paul Schottländer dla Instytutu Badań Flory i Fauny Morza Śródziemnego. Ta łódź do dziś istnieje i można ją oglądać w muzeum na półwyspie Istra w Chorwacji.

Piszę również o wrocławianach, których można odnaleźć i na paryskim Łuku Triumfalnym, i przy Statule Wolności w Nowym Jorku. O ludziach, którzy przez urodzenie, początek swego życia, a czasem przez pobyt we Wrocławiu są związani z naszym miastem. Na przykład o Alzhaimerze czy też komisarzu policji z Berlina, który przyjechał tu gościnnie, by poprowadzić śledztwo. Wszyscy znaleźli się w tych esejach, co uzmysławia nam, że Wrocław to powód do dumy. Że mieliśmy tu wybitnych polityków, przedsiębiorców, sportowców, ludzi nauki.

Skąd Pan bierze tematy? Ze spacerów po Wrocławiu? Z lektur, rozmów, eksponatów muzealnych?

Pojawiają się przede wszystkim przy konstruowaniu wystaw w muzeum. A jak zliczyliśmy, przygotowywaliśmy z zespołem muzealnym już ponad 1500 ekspozycji. I zawsze gdzieś po drodze pojawiają się kolejne ciekawe rzeczy, których często nie sposób zaznaczyć na wystawie czy nawet w katalogu.

Gdy pojawiają się kolejne materiały i sygnały, że coś ciekawego zdarzyło się kiedyś we Wrocławiu, albo dotyczą jakiegoś wrocławianina czy też bliskiego sąsiedztwa naszego domu, kamienicy, pracy, zapamiętuję, a potem staram się opisać, dodając do tego osnowę i tło historyczne.

To „coś” to na przykład krematorium, które zaprojektował słynny niemiecki architekt Richard Konwiarz, zresztą także projektant Stadionu Olimpijskiego.

Kiedyś do naszego muzeum trafiły dwa wysokie świeczniki kandelabrowe, których nie kojarzyliśmy z żadnym obiektem. Po jakimś czasie dostrzegłem je na fotografii dawnego krematorium na Grabiszynku, już nieistniejącego, które zaprojektował właśnie Richard Konwiarz.

Te świeczniki przeniesiono do kościoła św. Elżbiety, ale nie miałyby żadnej wartości, gdyby nie okazało się, że wykonał je profesor Jaroslav Vonka. To czeski mistrz kowalstwa artystycznego, którym niedawno zachwycaliśmy się na wystawie w Muzeum Narodowym, a który wykonał właściwie wszystkie elementy kute we wrocławskim ratuszu. Kraty, balustrady i różnego rodzaju ażurowe prześwietla wyszły spod młota Jaroslava Vonki, który zresztą miał swoją pracownię w Sobótce.

Zarówno świecznik, jak i krematorium oglądamy w książce na unikatowych zdjęciach, które ilustrują wszystkie felietony.

Staraliśmy się, żeby to były oryginalne ilustracje. Na przykład, gdy pisałem o straży pożarnej, poprosiłem dział militariów, żeby rozejrzał się za strażackim hełmem. Bo mamy w muzeum największą – o, znowu naj – w Polsce, jeśli nie w Europie, kolekcję stalowych i skórzanych nakryć głowy od XVIII wieku.

Znaleziono mi kaski strażackie, ale niepochodzące z Wrocławia. Długo szukałem więc ilustracji i w końcu znalazłem zdjęcie z program uroczystości dobroczynnej z dwoma strażakami w oryginalnych hełmach, których niestety nie mamy w swoich zbiorach.

Za to mamy straszne ostrze gilotyny.

W książce piszę też czasem o okropnych rzeczach. Na przykład związanych z II wojną światową i egzekucjami w więzieniu przy Kleczkowskiej.

W tym więzieniu w czasie wojny i krótko przed nią działała gilotyna, którą po 1945 roku Armia Czerwona wywiozła do Kijowa, gdzie jest teraz eksponowana w muzeum. Musiałem napisać o smutnym fakcie, że ta gilotyna pozbawiła życia ponad tysiąc osób, w tym 313 Polaków. We Wrocławiu zachował się nóż gilotyny, który z więzienia przekazano do naszego muzeum.

Pokazywaliśmy na wystawie to makabryczne narzędzie zbrodni i część niesławnej wrocławskiej gilotyny. Podobnie jest z innymi przedmiotami, na przykład częściami wozów tramwajowych – historia tramwajów to zresztą oddzielny rozdział. One nas budzą i kładą do snu. Dzwonki tramwajowe to też symbol naszego miasta, bo są związane z Wrocławiem od lat 70. XIX wieku.

We Wrocławiu jest wiele miejsc, o których niewiele wiemy, na przykład słynne wzgórze Liebicha, które wystawił brat bratu, a nazywa się dzisiaj Wzgórzem Partyzantów. Przy dobrej pogodzie można stamtąd zobaczyć panoramę Karkonoszy.

Czy człowieka, który o Wrocławiu wie chyba więcej niż wszystko, coś jeszcze zaskakuje podczas zbierania materiałów do tych opowieści?

Naturalnie, wielokrotnie. Najczęściej kluczem do felietonów bywają pamiątki i ślady po słynnych wrocławianach, ale też ich groby.

Przez lata zajmowałem się ostatnią XIX-wieczną nekropolią przy Ślężnej, napisałem też osobną monografię poświęconą temu cmentarzowi żydowskiemu. I tam znalazłem wiele ciekawych rzeczy, dotyczących pochowanych tam osób.

Na przykład Ferdinanda Cohna, botanika, który mając 19 lat, obronił dysertację, a w wieku 27 lat był już profesorem. On jako pierwszy sprowadził do Wrocławia – z Paryża – mikroskop. I używał go w Instytucie Fizjologii Roślin Uniwersytetu Wrocławskiego. Mógłby być kandydatem do Nobla, szkopuł w tym, że gdy żył, jeszcze nie było tej nagrody. Ale wychował Roberta Kocha i był ojcem jego rozprawy doktorskiej. A jego uczeń, za szczepionkę przeciwko wąglikowi, już Nobla otrzymał. To były rzeczy, które niespodziewanie udawało się odnaleźć na tej mapie cmentarnej.

Zdarzały się też przezabawne historie. Pamiętam gdy mój syn był młodszy i bardzo pasjonował się lotnictwem, przeglądałem w markecie modele samolotów do sklejania. Natrafiłem na taki dziwny, czerwony, trójpłatowy samolot. Okazało się, że podczas I wojny światowej latał nim wrocławianin Manfred on Richthofe. Na malutkiej etykietce był po angielski odnotowany jego życiorys. Gdy przeczytałem „urodzony we Wrocławiu”, bardzo się zainteresowałem. Okazało się, że urodził się przy ulicy Kasztanowej, na Borku, jeszcze nienależącym do Wrocławia, bo wchłonięto to osiedle dopiero w 1897 roku. Syn zawodowego oficera trafił do jednostki kawaleryjskiej najpierw tu, a potem w Świdnicy i zapisał się w historii jako największy as lotnictwa I wojny światowej.

Wystawa lotnicza na lotnisku na Gądowie Małym, 15.09.1974 r.; po lewej samolot An-2, zwany „Antkiem” (fot. Stanisław Kokurewicz) / Ośrodek „Pamięć i Przyszłość”

Czytaj też: Lotnicza tradycja na Gądowie Małym [ZDJĘCIA]

W książce pojawiają się też papieże. I to nie tylko Jan Paweł II?

Piszę o wizytach papieskich we Wrocławiu. Okazuje się, że było ich u nas kilku. Jak mówię, że osobiście dwóch przyjmowałem w ratuszu, to wszyscy łapią się za głowę, jak to możliwe. A okazuje się, że poza Janem Pawłem II, któremu pokazywałem ratusz, również kardynała Josepha Ratzingera, późniejszego Benedykta XVI, też przyjmowałem w ratuszu.

Jest w Pana książce mnóstwo opowieści o historii Wrocławia, a co z historią tą „najnajowszą”, czyli z XXI-wieczną, z ostatnich dwóch dekad?

Są także felietony o współczesnych dziejach Wrocławia, choć może nie o całkiem dzisiejszych – bo tu potrzebny dystans czasowy, który oceni, jakie teraźniejsze wydarzenia mają wartość dla historii miasta. Wielokrotnie pisałem na przykład o wrocławskiej Solidarności, o Radiu Solidarność, prasie opozycyjnej czy ludziach Solidarności, nie mówiąc już o tym, że opisuję znakomitości sceny, literatury, nauki – współczesnych już ludzi, którzy żyli wśród nas.

Innego rodzaju utrwaleniem pamięci o tych, którzy odchodzą, jest ta Galeria Wielkich Wrocławian, którą stworzyłem ponad 20 lat temu w Sali Mieszczańskiej ratusza.

Galeria sławnych wrocławian

Galeria sławnych wrocławian

Wystawa
Termin 1 stycznia 1970 01:00

Miejsce Muzeum Sztuki Mieszczańskiej w Starym Ratuszu

Zobacz

Tam niestety pojawiają się już ludzie, z którymi się przyjaźniłem, jak Henryk Tomaszewski, Tadeusz Różewicz, Eugeniusz Get-Stankiewicz. To znakomitości, które przychodziły często na wernisaże do Muzeum Miejskiego, a dzisiaj zaklęte w kamieniu podkreślają wielkość naszego miasta i we wrocławskim Panteonie wrocławskiego ratusza.