Waldemar Krzystek o filmie „Fotograf”

– Rosjanie kazali mi wyciąć kilkanaście scen z „Fotografa” – mówi reżyser. – Nie wykastruję mojego filmu, żeby mógł być pokazywany w Rosji.

  • Waldemar Krzystek "Fotograf" plan filmowy

    Waldemar Krzystek na planie filmowym we Wrocławiu, fot. Tomasz Walków

  • Waldemar Krzystek "Fotograf" plan filmowy

    Waldemar Krzystek podczas kręcenia „Małej Moskwy”, fot. Tomasz Walków


Na ekrany kin wszedł właśnie „Fotograf”, film twórcy m.in. „Małej Moskwy”, „80 milionów”, „Ostatniego promu”. Reżyser postanowił tym razem nakręcić kryminał – jak sam podkreśla – z „głębszym dnem”. Inspiracją dla Krzystka była prawdziwa historia seryjnego mordercy, który był postrachem współczesnej Moskwy. Tropiący go policjanci nadali mu przydomek „Fotograf”, gdyż przy zwłokach swoich ofiar zostawiał kartoniki z numerami, podobnie jak ekipy śledcze. Ślady prowadzą głęboko w przeszłość – aż do garnizonu Armii Radzieckiej w Legnicy czasów PRL-u.

Waldemar Krzystek spotkał się 12 stycznia z wrocławską publicznością w Kinie Nowe Horyzonty na specjalnym pokazie „Fotografa”. Sala była pełna.

Agnieszka Czajkowska:  To kolejny film, w którym powraca Pan do czasów swojego dzieciństwa w Legnicy i wątków związanych ze stacjonującymi tam żołnierzami Armii Radzieckiej. Co Pana tak pociąga w Rosjanach?

Waldemar Krzystek:  Proszę sobie wyobrazić małego chłopca, który dorasta w mieście z wartowniami, zasiekami, wysokimi murami. Za tymi murami jest zakazany, a przez to fascynujący świat. Chłopca to pociąga, więc z kolegami z podwórka próbuje przedostać się na drugą stronę i podejrzeć tę zakazaną rzeczywistość. Pamiętam, jak uciekaliśmy przed radzieckimi patrolami. Nie wolno było zbliżać się do murów ani zaglądać, co tam się dzieje. Kiedy byłem nastolatkiem, zacząłem poznawać ludzi z tamtej strony murów i wtedy zrobiło się naprawdę ciekawie. Kontakty Polaków i Rosjan były rzecz jasna zakazane. Spotykaliśmy się po kryjomu z naszymi rówieśnikami na tzw. bagnach. Porozumiewaliśmy się mieszanką rosyjskiego i polskiego. Tak poznałem dziewczynę stamtąd, która bardzo mi się podobała. Postawiła jednak warunek – będziemy się spotykać na bagnach, ale muszę się zgodzić z opinią, że Bóg nie istnieje. Nie zgodziłem się – koniec przyjaźni. Ci ludzie żyli pod nieustanną presją, w represyjnym i zakłamanym systemie. W moich filmach chciałbym jednak pokazać także ich duchowy wymiar, próby wyzwolenia się. To mnie pociąga.

W „Fotografie”, tak jak w „Małej Moskwie”, znalazły się historie, których podobno był Pan świadkiem?

– Został we mnie obraz śmierci młodego żołnierza, który zastrzelił się na oczach przechodniów w centrum Legnicy. Widziałem to jako chłopiec i byłem wstrząśnięty. Ten żołnierz wyszedł z kałasznikowem poza mury garnizonu i stał tak jakiś czas z bronią na ulicy, bezradnie, samotnie. Ludzie zaczęli się gromadzić i wtedy wezwano patrol radziecki i naszą milicję. A on coś krzyknął, przyłożył sobie kałasznikowa do brody i strzelił. Dla dziecka był to przerażający, niezrozumiały obraz. Po latach zastanawiałem się, przez co musiał przechodzić ten młody żołnierz, co czuł, jak bardzo musiał być wyobcowany. Pamiętajmy, że ci ludzie byli „na wygnaniu”, daleko od swoich rodzin, od kraju, w którym się urodzili. Musieli żyć w takich warunkach, za murem w obcym mieście. Oczywiście Rosjanie nigdy nie wyjaśnili samobójstwa tego żołnierza. W dokumentach nie ma śladu tego zdarzenia. Podano, że zginął w czasie ćwiczeń na poligonie, ku chwale ojczyzny… Tak to funkcjonowało – trzymali ludzi w strachu i fałszu. Ta właśnie scena znalazła się w „Fotografie”.

Jednak do opowiedzenia o represyjnym systemie, dwoistości Rosjan wybrał Pan kryminał. Taki gatunek ma być bardziej atrakcyjny dla widzów?

– Jeśli głównym tematem „Fotografa” jest prawda, to kryminał do opowiedzenia tej historii jest idealny. W kryminałach z krwi i kości chodzi o to, żeby dojść do prawdy. My zrobiliśmy film, przestrzegając wszystkich zasad gatunku. Chciałbym jednak, żeby widzowie dostrzegli, że w tym kryje się coś więcej.

Część zdjęć kręcił Pan we Wrocławiu. Wrocław mógł zagrać Moskwę?

 Okazuje się, że tak. Moskwę zagrały kamienice przy Norwida. Osiedle przy Zwycięskiej wygląda dokładnie tak, jak nowe osiedla we współczesnej Moskwie. Wbrew pozorom ta architektura jest bardzo podobna. Oczywiście kręciliśmy także w Moskwie, ale tam koszty produkcji są znacznie wyższe. To jedno z najdroższych miast na świecie.

Jakie są szanse, żeby „Fotograf” był pokazywany w Rosji?

– Prowadzimy rozmowy, ale cały czas są stawiane kolejne warunki. Rosjanie sugerowali, żeby wyciąć kilkanaście scen. Chodzi im głównie o te sceny, które dotyczą retrospekcji, lat 70. w Legnicy. Nie mogę „kastrować” filmu, żeby mógł być pokazywany w Rosji.

Na koniec chciałam Pana zapytać o Wrocław. Do rodzinnej Legnicy jest Pan niewątpliwie przywiązany do dziś, a we Wrocławiu Pan mieszka? 

– My filmowcy jesteśmy nieustannie w podróży. Ostatnio sobie policzyłem, że spędziłem w domu zaledwie trzy miesiące w ciągu roku! Czasami zaskakuje mnie jakaś zmiana, którą zauważam w tym mieście. O, a tutaj jest nowa restauracja, w której nigdy nie byłem, albo patrzę, a w miejscu czegoś, co znałem, zbudowali hotel. Wrocław się zmienia, rozwija. Lubię Dolnośląskie Centrum Filmowe, doceniam jego urok. Walorem DCF-u jest to, że jak organizują tam premierę filmową, to całe kino jest dla tej premiery i tej publiczności. Jest kameralnie, można porozmawiać o filmie. Multipleksy to gubią.

 

Zgłoś uwagę