"W poszukiwaniu Chopina": Reżyser Phil Grabsky o dokumencie

Phil Grabsky, angielski reżyser pięknego dokumentu o Fryderyku Chopinie (przeczytacie o nim w Premiera dokumentu o Chopinie w Nowych Horyzontach) opowiada o tym, dlaczego zafascynował się polskim kompozytorem i jak, przypadkowo, odnalazł, własne...polskie korzenie. Film wejdzie na ekrany kin w całej Polsce 5 marca i będzie wyświetlany do października.

  • phil grabsky kino nowe horyzonty

    Phil Grabsky w Kinie Nowe Horyzonty


Magdalena Talik: Ma Pan polsko brzmiące nazwisko. Mylę się?

Phil Grabsky: Nie, jest w istocie polskie. W Anglii, gdzie dorastałem z dwoma moimi braćmi, Grabsky było dość nietypowym nazwiskiem, ale choć pytałem ojca, skąd się wzięło, nie potrafił nam powiedzieć. Przypuszczał, że może być rosyjskie. Sprawa mojego pochodzenia wyjaśniła się w 2010 roku. Zostałem wtedy zaproszony przez dyrektora Orkiestry XVIII wieku (zespół, który został uwieczniony w trzech poprzednich filmach Phila Grabsky’ego o kompozytorach-przyp. red.). Wspomniał, że będą grali podczas koncertu z okazji 200. rocznicy urodzin Fryderyka Chopina w Warszawie, a wykonają wszystkie utwory na fortepian i orkiestrę. W tamtym czasie realizowałem film o Josephie Haydnie, a on skomponował ponad 100 symfonii, więc z przerażeniem zapytałem: „A ile godzin potrwa ten koncert?” Szef orkiestry uspokoił mnie: „Chopin napisał tylko sześć takich utworów i wszystko zamknie się w niewiele ponad 2 godzinach”. Przystałem na ten pomysł, moja ekipa dostała pozwolenie na filmowanie tego wydarzenia i gdy koncert dobiegł końca zdecydowałem, że kolejny mój film będzie poświęcony Chopinowi. Ale wizyta w Warszawie była też okazją, by poznać lepiej rodzinną biografię. Zabrałem ze sobą siedmiostronicową biografię spisaną przez brata mojego dziadka. Wspominał o kilku adresach w Warszawie, więc poszedłem je sprawdzić. Oczywiście, wiele budynków zniknęło w wojennej pożodze, ale wciąż stał budynek, w którym przyszedł na świat mój dziadek. Jak przetrwał wojnę, nie wiem, ale ktoś powiedział, że może było tam jakieś niemieckie biuro. Odkryłem, że mój pradziadek nazywał się Bernstein, a ożenił się Panią Grabską, która posiadała gospodarstwo na obrzeżu Warszawy. Potem przejął jej nazwisko, może dlatego, że była zamożniejsza, a może z powodu chęci ukrycia swoich żydowskich korzeni. Stał się więc Grabskim, urodziły im się dzieci, z których jednym był mój dziadek. W 1906 większość rodziny zdecydowała się wypłynąć do Nowego Jorku z powodów ekonomicznych. Tam pozostali, tam urodziłem się ja i moi bracia. Do Anglii wróciliśmy kiedy byłem niemowlęciem, bo moja mama była Angielką, a jej rodzice starzeli się i potrzebowali stałej opieki. A teraz, dzięki filmowi o Chopinie, moja historia połączyła się z polską historią.

Phil Grabsky/fot. Kino NH

Rozumiem, że film "W poszukiwaniu Chopina" był, siłą rzeczy, bardziej osobisty.

Phil Grabsky: Nie wiem, czy Chopin jest ulubionym kompozytorem, na pewno film o nim był pod wieloma względami trudniejszy od tego, jaki nakręciłem o Mozarcie. Ale słuchając, rozmawiając, czytając o Chopinie miałem wrażenie, że zacząłem rozumieć jego charakter. Pamiętam, że podczas pokazu w Australii jeden z widzów powiedział, że nie bardzo Chopina rozumie – z jednej strony nieśmiały, z drugiej ekstrawertyczny, zabawny. Odparłem: „A czy my nie jesteśmy do niego podobni”. Czasem, kiedy idę na przyjęcie wolę postać w rogu i pomilczeć, innym razem chętnie zatańczę, nawet na stole.

Jak znalazł Pan pianistów, którzy zdecydowali się zagrać w filmie utwory Chopina i ekspertów, którzy opowiedzieli o kompozytorze?

Phil Grabsky: W „W poszukiwaniu Chopina” są zarówno ci pianiści, z którymi już pracowałem, jak Lars Vogt, czy Leif Ove Andsnes, jeden z najwybitniejszych żyjących pianistów, a także Ronald Brautigam, mistrz gry na fortepiano, jak i ci artyści, których spotkanie zawdzięczam wielkiemu szczęściu – Janusz Olejniczak, Kevin Kenner i Nelson Goerner.

Janusz Olejniczak podczas koncertu z okazji 200.rocznicy urodzin Fryderyka Chopina/fot. Materiały prasowe

Daniel Barenboim, nigdy wcześniej z nim nie rozmawiałem, ale zależało mi na jego obecności. Niestety, nie udało mi się zrobić wywiadu z Hélène Grimaud. Poleciałem specjalnie do Drezna, a okazało się, że ma problemy z gardłem i nie mogła mówić. Historyków zebrałem w Anglii, Polsce, we Francji, wspaniały okazał się Jeremy Siepmann, wspominam także ciepło Stanisława Leszczyńskiego. Sporo też sam szukałem, zapisując wszystko, czego nie wiedziałem, a było tego, oczywiście, mnóstwo. Od razu zrozumiałem, że trzeba postrzegać Chopina jako polskiego kompozytora, a to znaczyło zrozumieć także Warszawę, jako centrum kulturalne. Dziś, kiedy ktoś mówi, że Chopin jako kompozytor narodził się w Paryżu mówię, że to nieprawda. Wcześniej była Warszawa.  

Nie był Pan zmęczony nieustannym słuchaniem Chopina? Jego muzyka jest wyjątkowo intensywna.

Phil Grabsky: Myślę, że Chopin to kompozytor, którego im lepiej znasz, tym bardziej chcesz do niego wracać. Eksperymentował, szukał nowego brzmienia. A im więcej o nim wiemy tym nasz podziw staje się pełniejszy.

Jak odebrała film publiczność w Warszawie?

Phil Grabsky: Byłem zdenerwowany, bo na pokaz przyszło ponad 30 dziennikarzy, VIP-y z różnych dziedzin. Obawiałem się, że niektórzy, jak to czasem bywa, będą mi mogli wytknąć jakiś błąd, bo są ekspertami w dziedzinie, ale przyjęcie było bardzo ciepłe. Film poruszył ludzi, a to dobry znak. Zwłaszcza w Polsce, gdzie kompozytor jest jednym z narodowych dóbr.

Zgłoś uwagę