„Trubadur”: boska muzyka i niedoskonałe libretto. Recenzja opery

Pierwsza premiera operowa w sezonie 2016/2017, tym razem w ramach programu Europejskiej Stolicy Kultury 2016, była triumfem niezmiennie genialnej muzyki Verdiego nad niezmiennie niedobrym librettem. Reżyserowi Andrejsowi Žagarsowi nie do końca udało się uwiarygodnić historię bratobójczej walki, natomiast Marcin Nałęcz-Niesiołowski poprowadził orkiestrę i zespół porywająco!

  • trubadur giuseppe verdi opera wrocławska

    Scena z opery „Trubadur” Giuseppe Verdiego/fot. Tomasz Walków

  • trubadur giuseppe verdi opera wrocławska

    Scena z opery „Trubadur” Giuseppe Verdiego/fot. Tomasz Walków

  • trubadur giuseppe verdi opera wrocławska

    Scena z opery „Trubadur” Giuseppe Verdiego/fot. Tomasz Walków

  • trubadur giuseppe verdi opera wrocławska

    Scena z opery „Trubadur” Giuseppe Verdiego/fot. Tomasz Walków

  • trubadur giuseppe verdi opera wrocławska

    Scena z opery „Trubadur” Giuseppe Verdiego/fot. Tomasz Walków

  • trubadur giuseppe verdi opera wrocławska

    Scena z opery „Trubadur” Giuseppe Verdiego/fot. Tomasz Walków

  • trubadur giuseppe verdi opera wrocławska

    Scena z opery „Trubadur” Giuseppe Verdiego/fot. Tomasz Walków

  • trubadur giuseppe verdi opera wrocławska

    Scena z opery „Trubadur” Giuseppe Verdiego/fot. Tomasz Walków


Podziękowania dla Ewy Michnik

Piątkowy wieczór 16 grudnia miał wiele niespodziewanych zwrotów akcji. Najpierw w półgodzinnej uroczystości byłą już dyrektor Opery Wrocławskiej Ewę Michnik przedstawiciel prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej odznaczył Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi dla rozwoju polskiej muzyki poważnej, osiągnięcia w pracy twórczej i promowanie polskiej kultury”. Dyrygent i wieloletniej dyrektor Opery Wrocławskiej podziękowali także Jerzy Michalak, członek zarządu Województwa Dolnośląskiego oraz wiceprezydent Wrocławia Adam Grehl.

Muzyczny suspens

Po suspensie napięcie, wzorem arcydzieł Alfreda Hitchcocka, rzeczywiście zaczęło rosnąć, a ciśnienie podniósł melomanom tenor Kristian Benedikt w partii trubadura Manrika. Jego pierwsze pojawienie się (w pieśni śpiewanej z kulisy) było popisem dość niepokojącym. Słusznie należało mieć wzmożoną czujność, ponieważ tenor, wyraźnie tego wieczoru niedysponowany i pokasłujący, w III akcie został zastąpiony przez Igora Stroina. I to jemu przyszło zaśpiewać legendarną cabalettę „Di quella pira” i błyskawicznie „wejść w rolę”. Udało się połowicznie, ale i sytuacja była niecodzienna. Sopranistka Joanna Parisi wielu widzom się podobała jako Leonora, ukochana Manrika, choć trudno podzielać zachwyty, przepiękna aria „Tacea la notte placida” z II aktu powinna wybrzmieć równie miękko, jak brzmienie towarzyszącej solistce orkiestry. Tymczasem dopiero w ostatnim IV akcie Parisi śpiewała zdecydowanie ciekawiej.

Jadwiga Postrożna jako Azucena/fot. Tomasz Walków

Aktorsko spektakl ukradła Jadwiga Postrożna jako Azucena, cyganka o siwej, potarganej czuprynie przywodzącej na myśl uczesanie Giulietty Masiny z „La Strady” Felliniego. Wprawdzie można pożądać tu głosów zdecydowanie niższych (jak pięknie śpiewała tę partię Ewa Podleś, kontralt), ale Postrożna wygrała rolę zarówno muzycznie, jak i aktorsko naprawdę przekonująco. Wokalnie triumfował natomiast Stanisław Kufljuk jako czuły (wyjątkowo, bo zawsze przedstawiany wyłącznie jako podły) Hrabia di Luna. Tak lirycznie zaśpiewanej sceny, jak ta z I aktu „Tutto è deserto…Il balen del suo sorriso” melomani słuchają z prawdziwą rozkoszą.

Stanisław Kufljuk jako Hrabia di Luna/fot. Tomasz Walków

Zwłaszcza w tak pięknym wykonaniu. Muzyczna strona spektaklu to zresztą mocny atut. Marcin Nałęcz-Niesiołowski, zarazem nowy dyrektor Opery Wrocławskiej wiele motywów świetnie wyeksponował (wyraźnie powracający wątek z arii Azuceny), dopracował pod względem brzmieniowym przepiękne arie i chóralne sceny (zwłaszcza wyjątkowo trudną z III aktu).

(Wciąż) mało czytelne libretto

Soliści kreują ciekawe partie, a orkiestra gra doskonale, ale spektakl – koprodukcja z Łotewską Operą Narodową – w reżyserii Andrejsa Žagarsa jest mało czytelny. Dlaczego reżyser najpierw pokazuje nam rzeczywistość polowego szpitala, następnie kontynuuje wprowadzanie widza w dość przygnębiający wojenny anturaż, by w finale, gdzie mroczny klimat powinien dominować, oślepić widza jasnymi i odnowionymi wnętrzami jakiegoś pałacu? (A przecież jesteśmy w lochu). Szkoda, że młodsi widzowie dopytują podczas spektaklu rodziców o zawiłości libretta Salvadore Cammarano i Leona Emanuele Bardare. Zadaniem reżysera jest rozwiać, możliwie najlepiej, wątpliwości wokół i tak skomplikowanej fabuły. W „Trubadurze” konieczny byłby także specjalista od ruchu scenicznego, zwłaszcza w ostatnim akcie, gdzie uwaga całkowicie skupia się na czterech głównych postaciach i ich gestach.

Zgłoś uwagę