Tomek Szczukiecki – model z Wrocławia u słynnych projektantów

Uważany za jednego z sześciu najlepszych polskich modeli przez polską edycję „Glamour”, w zawodzie jest już siedem lat. – Trudno mi uwierzyć, że to tyle czasu – uśmiecha się Tomek Szczukiecki. Bezpośredni, naturalny, uśmiechnięty. Świat wielkiej mody go nie zmienił, bo młody wrocławianin twardo stąpa po ziemi i wie, że dostał szansę, której nie można zmarnować.

  • tomek szczukiecki

    Tomek Szczukiecki, jeden z najlepszych polskich modeli chodzi po wybiegach największych projektantów/fot. Tomasz Walków

  • tomek szczukiecki wrocław

    Tomek Szczukiecki na podwórku Ruskiej 46/fot. Tomasz Walków

  • tomek szczukiecki wrocław

    Tomek Szczukiecki robi znak "W" jak Wrocław, miasto, które najbardziej kocha/fot. Tomasz Walków

  • tomek szczukiecki, wrocław

    Tomek Szczukiecki w koszulce ukochanej drużyny piłkarskiej, czyli Śląska Wrocław/fot. Tomasz Walków


Magdalena Talik: Na spotkanie przyszedłeś wcześniej. To nawyk z zawodu modela?

Tomek Szczukiecki: – Nauczyłem się tego w Japonii. Tam, gdy człowiek się spóźni chociaż minutę, natychmiast jest telefon do agencji. Więc warto być wcześniej.

A myślałam, że środowisko modeli jest trochę zmanierowane. Naomi Campbell mówiła kiedyś, że nie podniesie się z łóżka, jeśli dobrze nie zarobi na sesji zdjęciowej.

Tomek Szczukiecki: – To inna liga, inne pieniądze, inne maniery. Ja jestem wdzięczny, że mogę robić to, co robię, bo kiedyś tak dobrze nie było. Miałem normalną pracę – na budowie, u ojca w warsztacie, w Big Starze, gdzie harowałem sześć dni w tygodniu za 1200 zł, aż znalazła mnie pani Hanna Kucia z agencji Myskena Studio.

Jak Cię wypatrzyła?

Tomek Szczukiecki: – Któregoś dnia, koło południa wyszedłem z pracy w Factory Outlet na papierosa. Nagle podeszła do mnie zaaferowana czymś kobieta. Rozbroił mnie entuzjazm pani Hanny, bo przekonywała mnie: „Paryż, Nowy Jork, Tokio. Będziesz sławny”. Pomyślałem: „O co tu chodzi?”. A ona powiedziała, że mogę zostać modelem. W domu mama poczytała o agencji w internecie, wiedziała, że opinie były bardzo dobre i zaczęła zachęcać: „Co ci szkodzi?”. Miałem 19 lat, kiedy zrobiono mi pierwsze zdjęcia. Nie wiedziałem zbyt wiele o zawodzie. Fotograf ustawił mnie, dawał wskazówki, jakoś przebrnąłem. Potem o tym zapomniałem. Pojechałem ze znajomymi na wakacje, a tu telefon z agencji. – Jedziesz do Paryża we wrześniu – usłyszałem od Pani Hanny.

Tomek Szczukiecki podczas pokazu firmy Hermès wiosna/lato 2014

No i jaki był ten pierwszy kontakt z zawodem?

Tomek Szczukiecki: – Na początku – tragedia! Angielski z liceum był taki, że w miarę rozumiałem, co mówią, ale sam niewiele byłem w stanie powiedzieć. Bałem się rozmów z ludźmi. Przełamali mnie moi sublokatorzy – Amerykanin Rory i Austriak Philip. Zmuszali do mówienia, nawet z błędami. Po trzech miesiącach było o niebo lepiej. Teraz angielski to prawie mój drugi język. A w Paryżu byłem na próbę, robili mi zdjęcia testowe i miałem wreszcie pierwszy pokaz – kolekcja Isseya Miyake. Koło Luwru ustawiono wielki namiot, w którym odbywała się cała impreza.

Byłeś zestresowany?

Tomek Szczukiecki: – Nogi mi się trzęsły, gdy zobaczyłem, ilu ludzi siedzi przy wybiegu. Nie mam z tego pokazu żadnych wspomnieć, jakby urwał mi się film. Ale potem szef męskiego działu w agencji Elite wybrał mnie do Mediolanu. Mój pierwszy sezon i od razu ekskluzywny pokaz dla Diora. Nie wiedziałem, o co chodzi. Powiedzieli mi: „Będziesz robił tylko jeden pokaz” i zacząłem się zastanawiać, czy czasem nie jestem taki tragiczny, a okazało się, że było dokładnie na odwrót. Dior chciał mnie na wyłączność, nie musiałem chodzić w innych pokazach. 

Tomka znajdziecie w 38 sekundzie i 3:22 minucie nagrania

Jak wyglądają pokazy męskie za kulisami?

Tomek Szczukiecki: – Przychodzi się do czterech godzin wcześniej, chyba że ma się kilka pokazów dziennie, wtedy zjawiasz się na ostatni moment. Potem włosy, make up.

Jest make up?

Tomek Szczukiecki: – Aby zakryć pryszcze i się nie świecić. Tylko to. Oczywiście, są pokazy, na których malują nam oczy, ale generalnie to tylko puder i korektor do zakrycia worów pod oczami. Na włosy czasem żel. Raz zapleciono mi warkocz.

Tomek Szczukiecki na pokazie Cerruti wiosna/lato 2014

A legendy o jedzeniu wacików? Faceci też się głodzą?

Tomek Szczukiecki: – Wątpię. Ostatnio zjadłem stek 0,7 kg, więc nie wiem nic o diecie. Nie chodzę na siłownię, umiem po prostu szybko schudnąć – mniej jem, więcej się ruszam, jeżdżę na rowerze. W Tokio w ciągu trzech tygodni bez problemu zrzuciłem ponad 5 kilogramów.

Pracowałeś przy świetnych pokazach i z legendarnym fotografem Stevenem Meiselem. Jaki to człowiek?

Tomek Szczukiecki: – Po trzech godzinach zdjęć u niego dowiedziałem się, że Meisel to ten niepozorny gość siedzący w kącie, wszyscy pozostali to jego asystenci. Do zmiany obiektywów miał co najmniej trzej ludzi. Ale ogólnie jest miły. Cichy, konkretny. Dla niego zgodziłem się wystąpić tylko w slipach, choć z reguły się nie rozbieram w sesjach.

Nosisz designerskie ciuchy na co dzień? Masz w końcu dostęp do fajnych rzeczy.

Tomek Szczukiecki: – Lubi zwykłe ubrania. Nie mam modowych fascynacji, kupuje w H&M. W szafie wisi kilka ciuchów od projektantów, np. nowojorczyka Roberta Gellera, ale ubieram je rzadziej. Nie jestem ekstrawagancki. 

Ten zawód to podróże, ale chyba też samotność.

Tomek Szczukiecki: – Nauczyłem się być sam ze sobą. Nie przeszkadza mi samotność. Teraz może bardziej, bo myślę o mojej dziewczynie – brazylijskiej modelce i o naszej przyszłości, może wybierzemy Portugalię, będzie jej łatwiej z językiem.

Model Tomek Szczukiecki w koszulce ukochanego Śląska Wrocław niedaleko ulubionej klubu Czarny Kot, fot. Tomasz Walków


A nie Wrocław? Podobno kochasz swoje miasto.

Tomek Szczukiecki: – Lubię ten patriotyzm lokalny, Wrocław jest dla mnie bardzo ważny. Kiedyś wracałem po pół roku do domu. Przez okno samolotu zobaczyłem panoramę miasta i musiałem przycisnąć twarz do okna, żeby ludzie nie widzieli, że płaczę. Tego będzie mi brakowało za granicą.

I Śląska Wrocław?

Tomek Szczukiecki: – Tak, bo się wychowałem przy stadionie na Oporowskiej i na mecze chodziliśmy całymi rodzinami. Teraz moi rodzice przeprowadzili się na Królewiecką, więc do stadionu znowu mam niedaleko. Czasem pójdę na mecz i potem przez dwa dni nie mogę mówić, zwłaszcza gdy nasi wygrają. Kiedyś byłem w Tokio, idę ulicą ubrany w bluzę Śląsk Wrocław. Na światłach zaczepił mnie facet i zapytał, czy jestem z Polski. Okazało się, że był korespondentem telewizyjnym i fajnie pogadaliśmy. Bo miałem wrocławska bluzę.

Zgłoś uwagę