Skandaliści, indywidualiści, zadymiarze… Oni są z Wrocławia

Ich wyczynów na arenie życia w dobie szalejących w każdej z możliwych form mass mediów nie da się ukryć. Prawda jest jednak też taka, że oni często na własne życzenie pchają się „w oko kamery”, żeby epatować swoją twórczością, zachowaniem, poglądami albo wyglądem, będąc w pełni świadomi, że za niektóre swoje „wyczyny” mogą zostać nawet obrzuceni błotem. Sprawdziliśmy, którzy z tych „oryginałów” mają w metrykach, w miejscu urodzenia, wpisane „Wrocław”. 

  • Michał Witkowski

    Michał Witkowski, pisarz, urodzony we Wrocławiu (źródło: Facebook)


„Ja, ja gut! Sznela, sznela!”

Powyższy tekst, o głęboko poetyckiej wymowie, to lejtmotyw działalności artystycznej urodzonej we Wrocławiu w pełni lata roku 1953 Teresy Orłowskiej vel Orlowski, która w roznegliżowany szołbiz, oparty głównie na produkcji mocno edukacyjnych filmów przyrodniczych, wgryzła się bardzo mocno w kraju, z którym sąsiadujemy przez Odrę. Nasza rodaczka wywiozła na początku lat 80. z kraju to, co miała najcenniejszego… czyli biust rozmiaru XXXL, który wydatnie dopomógł jej w zrobieniu kariery diwy w filmach, swojsko zwanych pornolami. Erotyczny interes rozrósł się Teresie Orlowski tak dobrze, że z czasem dorobiła się własnej stacji telewizyjnej. I prosperowała całkiem nieźle dopóty, dokóki naga prawda ekranu tv nie przegrała z internetem, na który przesiedli się widzowie, żeby z użyciem myszki kibicować aktorom, poganiającym się w pracy zmysłowym „sznela”.

Dziś pani Orłowska zasłużoną emeryturę odbębnia zdaje się w Hiszpanii.

Czasem „mniej niż zero”

Życie Jana Borysewicza, znanego także pod artystycznym pseudo Jan Bo, zaczęło się we Wrocławiu w kwietniu 1955 r. Pierwsza gitara jednej z najgłośniejszych (jeśli ktoś odczyta – „najbardziej skandalizujących”, też będzie OK!) grup rockowych w Polsce, czyli Lady Pank – Borysewicz niewątpliwie talentem muzycznym mocno „naznaczony”, na pozbycie się piętna skandalisty nie ma już żadnych szans. O jego wyczynach, dokonanych pod wpływem różnych substancji leistych i lotnych, wieść gminna jeszcze długo nie ucichnie. Przywoływać je będą w pamięci, na przykład, bardzo nieletni 1 czerwca 1986 r. uczestnicy obchodów Dnia Dziecka na wrocławskim Stadionie Olimpijskim. W świątecznym upominku dobry wujek Janek pokazał im bowiem nie tylko, jak mimo silnych zaburzeń motorycznych udaje mu się „szarpać na drutach”, ale także i to, co ukrywa pod czaderskimi spodniami, czyli od pasa w dół.

Ponoć kilka kretów, które w tym samym czasie wychynęły na świat spod stadionowej murawy, mimo swojej dziennej ślepoty, zakrzyknęło zgodnym chórkiem: „Jooo!”.

„To jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam”

Gdy w okienku tv pojawia się spocona głowa komentatora rzeczywistości wszelakiej Jana Tomaszewskiego, byłej piłkarskiej chluby m.in. wrocławskiego Śląska, a potem całej Polski Ludowej – jako orła Górskiego, który z narażeniem życia rzucał się pod nogi futbolowej Anglii, żeby ją zatrzymać – wielu widzów zamiera w bezruchu. Obawiają się bowiem, że ten – urodzony w styczniu 1948 r. we Wrocławiu – dzisiejszy pogromca, a raczej gromiciel: PZPN-u, UEFA, wszystkich drużyn piłkarskich na ziemskim globie i każdego piłkarza z osobna, po prostu któregoś dnia nie przetrzyma napływu śliny do ust, którą tryska obficie w oko kamery, wyrzucając siebie z prędkością piłki wykopanej na aut przez „Lewego”: „skandal, żenada, kryminał, hańba, spisek”. No i obowiązkowo – „machlojka”.

Aktywny jeszcze do niedawna członek „jedynie słusznej ideologicznie partii”, Jan Tomaszewski opuścił jej szeregi, ponieważ nie zgadzał się na jakiś tam sabotaż. No proszę, a jeszcze „wczoraj” pewien prezes był dla niego Kazimierzem Górskim polskiej polityki...

W razie Awarii wyłączyć Peszek! 

Mimo że do szpiku kości przesiąknięta Krakowem, Wrocławia nie uda się jej wyprzeć. Tu bowiem porą wrześniową 1973 r. przyszła na świat – Maria z domu Peszek, córka Jana. I jak się okazuje, nie taka znowu nieodrodna. Bo mimo że papa charakterologicznie aktorsko do tych zrównoważonych nie należy, to kudy mu do „wygibasów” sceniczno-wokalnych i światopoglądowych swojej pociechy! Wcieleń Marii Awarii kraj nasz poznał już tyle, że do reszty zgłupiał. Kontrowersja goni kontrowersję i kontrowersją pogania – tak można zrecenzować zarówno artystystyczne, wokalne wypowiedzi Peszkówny, m.in. o wzwodach i wydepilowanych łonach, jak i jej niezliczone odjechane stylizacje – w pióropuszu, na łyso, na punka, na szpilkach, w kaloszach, w staniku, w lateksie…

Jakiś czas temu jeden wygadany publicysta zaapelował o modlitwę za Marię Peszek, która jakoby była owładnięta „całkowitym satanicznym nihilizmem”. Wygląda na to, że artystka i to przyjęła „na klatę”, stając sobie… frondą do klienta. 

Miss Gizzi szpikuje się botoksem

Może fakt, że przyszedł na świat w mroźnym styczniu 1975 r. wpłynął jakoś na to, że zdolny, nominowany trzykrotnie do nagrody Nike, pisarz Michał Witkowski, zaczął ładować sobie za pośrednictwem chirurgów plastycznych w wargi (w co jeszcze – nie wnikamy) tony botoksu i pokazywać to ze szczegółami na fejsie?

Ditko wie, bowiem z tego jakoś publicznie się nie zwierzał, natomiast z uprawiania miłości cielesnej z niejakim Tomaszem Jacykowem, i owszem. Potem ludzkie gały z niedowierzaniem patrzyły na niego, jak przybywa na rozliczne warszawskie imprezy jako szafiarka Miss Gizzy. Teraz już nikt się nie dziwuje – ani temu, jak Witkowski wygląda, ani temu, co wygaduje, ani z kim obściskuje się na publicznych ściankach i w prywatnej alkowie.

W jednym z ostatnich wpisów na swoim FB literat Michał Witkowski informuje, że „pisze” i że będzie „do śmiechu”. Całkiem możliwe, skoro autor sam deklaruje: „Ojej, ja już chyba zawsze muszę pisać dalsze ciągi „Lubiewa”...”. 

fot.: Youtube, Facebook, jantomaszewski.blog.pl

Zgłoś uwagę