Jak uczciwie zarobić na zdradzie…

Fortuna kołem się toczy, nie ma tego złego…, szczęście w nieszczęściu, a nawet głupi ma zawsze szczęście – słyszał już setki razy Mirosław Dumny z Wrocławia, któremu przydarzyło się coś, co jak nic nadaje się na scenariusz kasowego filmu. Choć tak naprawdę, mimo że dziś opowiada o tym na tzw. luzie, panu Mirkowi na rozgłosie nie zależy. 

  • euro

    fot. freeimages.com


– Bo w zasadzie nie ma się czym chwalić. Młody, głupi byłem, zakochany pierwszy raz na serio. Spieszyło mi się do wszystkiego: pieniędzy, własnego domu, a w nim rodziny, koniecznie z pierworodnym synem – uśmiecha się pan Mirek. No co w tym takiego szczególnego? – pomyślicie. No właśnie: nuda, sztampa, ciepłe kluchy, zero fantazji… – no to czas, żeby oderwać szanownego czytelnika od tej „wizji beznadziei”.

Połączeni uczuciem i wspólną kasą

Kim byli i co robili, zanim się poznali, Mirek i Aneta, w tym miejscu pomijamy, bo to także żadna „rewelacja”. Dość powiedzieć, że oboje świata poza sobą nie widzieli, zamieszkali razem na wiele miesięcy przed planowanym ślubem, mieli wspólne papużki nierozłączki oraz – i to kluczowy element tej opowieści – specjalne konto w banku, na którym odkładali na wymarzony dom. To, co wywróciło ich do bólu poukładaną codzienność do góry nogami, zaczęło się pewnego słonecznego poranka 19 lat temu, gdy oboje wybrali się w rodzinne strony Anety, żeby oficjalnie zakomunikować jej dość licznej familii o tym, jak świetnie im się wiedzie w dolnośląskiej stolicy.

– Jeździłem wtedy jeszcze Polonezem, chociaż może i stać by mnie było na coś lepszego. Gdy płaciłem za benzynę na stacji, za resztę kupiłem zdrapkę. Padło na nią 25 tysięcy nowych złotych – opowiada pan Mirek.

Mimo że nie chciał chwalić się tą wygraną, ani tym, ile już z Anetą uzbierali na wspólnym koncie, ona przy suto zakrapianej kolacji z rodziną nie mogła się powstrzymać, żeby się tym nie pochwalić. Wtedy też nie zwrócił uwagi, bo jak mówi – był trochę wkurzony na przyszłą żonę – że mąż jej siostry zaczął od tamtej chwili dziwnie szwagierce naskakiwać. A potem równie dziwnie często przyjeżdżać do Wrocławia, niby to w interesach, niby ze słodką przesyłką „od mamusi”. W każdym razie finał był taki, że jakieś pięć miesięcy później, gdy pan Mirek wrócił z trzydniowej delegacji, zauważył w szafie brak ubrań swojej ukochanej, a na specjalnym wspólnym koncie dojrzał jedynie 5 złotych 20 groszy, czyli jakieś średnio licząc 45 tysięcy razy mniej, niż być powinno.

Bella Italia!

O przejściach emocjonalno-prawnych pana Mirka zamilczymy. Nad tym, że wiele osób będąc w takim położeniu, nie wytrzymuje ciśnienia i czasami robi coś złego ze swoim życiem, też nie będziemy się rozwodzili. Powiemy tylko, że „dochodzenie do siebie” pechowy wrocławianin oblicza na dobre kilka lat.

– W 2002 r. pojechałem na urlop do Włoch ze znajomymi. Podczas jednego z wieczornych spacerów omal nie zostałem stratowany przez zataczającego się faceta. W pierwszym odruchu chciałem mu nawet przyłożyć – wspomina. Może dobrze, że na chęciach się skończyło, bo pan Mirek do ułomków nie należy i mógł zrobić dużą krzywdę podpitemu delikwentowi, na czym niesamowicie dużo by stracił. Lekko licząc, jakieś… 53 000 euro.

Wybacz, frajerze!

Czas teras skupić uwagę na potykającym sie o własne nogi na włoskim chodniku osobniku. Okazało się, że to Polak (ze smutkiem stwierdzamy, że to nas nie dziwi), na dokładkę stary „dobry” znajomy pana Mirka, czyli szwagier… Anety, niedoszłej małżonki pana Dumnego.

Siostra Anety nie miała ze swoim mężem lekkiego życia. – To był typowy babiarz – mówi pan Mirek. – A potem okazało się jeszcze, że złodziej… cudzej narzeczonej i pieniędzy – dodaje. Nie takie rzeczy na tym świecie filozofom się nie śniły – więc w to, że obrotny szwagier tak zmanipulował Anetę, że rzuciła narzeczonego, czyszcząc przy okazji ich konto, jesteśmy w stanie uwierzyć. Natomiast dalszy ciąg tego burzliwego romansu jest po prostu „fasycynujący”. Streszczamy, co wiemy, bo i pan Mirek do dziś wszystkiego nie ogarnął – ani wiedzą, ani – to jego słowa: rozumem.

Po tym, jak Aneta, ni stąd, ni zowąd, całkiem zgłupiała dla szwagra, oboje postanowili zejść wszystkim z oczu. I to jak najdalej. On zajął się szybko przerobieniem złotówek na walutę w innym kolorze. Co robili, zanim los zawiódł ich oboje do Holandii, nie bardzo wiadomo. Natomiast pan Mirek dowiedział się z relacji niezbyt trzeźwego „szwagra”, że: „ta bladź wyciągała mnie tam do kasyna, no i [piiii – red.] do spodu. A sama z takim jednym opalonym się zadała i zostawiła mnie w tym całym [piiii – red.]”.

Żeby zadość uczynić krzywdom, jakie wyrządził panu Mirkowi („boś ty niewinny frajer jest”), szwagier w ramach rekompensaty wyciągnął z kieszeni wymięty banknot o nominale 10 euro i adekwatnie skomentował: „Chłopie, na razie tyle mam, ale ja o tobie nie zapomnę, bośmy obaj padli ofiarą tej [piiii – red.]”. Relacjonując dzisiaj to spotkanie „na szczycie”, pan Mirek zanosi się śmiechem. – Tak mnie szarpał za rękaw i wciskał te pieniądze, że dla świętego spokoju je wziąłem, byle się odczepił i zniknął mi z oczu. A w pierwszym z brzegu barze wydałem je zaraz na kupon SuperEnalotto [włoskie lotto, w którym kumulacje sięgają setek milionów euro – red.] – opowiada Mirosław Dumny.

Epilog

Około 53 000 euro – tyle przywiózł z pamiętnych włoskich wakacji pan Mirek. Podczas następnych mieszkał już w Górnej Austrii – w domu kobiety, która została jego żoną i, jak sprawdziliśmy, na pewno nie ma na imię Aneta.

 

Imiona i nazwisko, padające w tekście, zostały zmienione.

Zgłoś uwagę