O pasji, wzlotach i upadkach – co motywuje ludzi biznesu?

Niepokorni pasjonaci, których napędza adrenalina i satysfakcja z tego co robią. Ludzie, którzy zamiast pracy dla kogoś postanowili pracować na siebie. Wrocławianie, którzy nieraz poświęcili wszystko, żeby zająć się realizacją własnych pasji. Podczas pierwszej z cyklu konferencji „Why” zorganizowanej przez Wrocławski Park Technologiczny można było zainspirować się do rozkręcenia własnego biznesu.

Na pierwszą z cyklu konferencji „WHY start a business” organizowanej przez Wrocławski Park Technologiczny zaproszonych zostało pięciu wrocławskich ludzi biznesu. Na pytanie „Why” (ang. dlaczego) odpowiadali Tomasz Kurzewski, twórca największego, niezależnego producenta telewizyjno-filmowego w Polsce, czyli ATM Grupa, który odpowiada za takie tytuły jak "Pierwsza miłość" czy "Świat według Kiepskich", Cezary Chmielewski, założyciel największej w Polsce szkoły języka chińskiego NIHAO, w której rodowici Chińczycy uczą po polsku, Maciej i Marcin Mosur, współtwórcy firmy DZIKIJEŻ specjalizującej się w produkcji filmów i wizualizacji 360, autorzy niezwykłego filmu „Wrocław 360”, Michał Koziołek, założyciel pracowni KoziołekDesign, która stworzyła projekt New Warsaw - Wratislavia, samochodu inspirowanego starą Warszawą oraz Krzysztof Habowski, współzałożyciel grupy RST, ewangelista Brzytwy Ockhama odpowiedzialny za dobrą pracę w firmie, z uśmiechem łączący potrzeby twórców i użytkowników software’u.

Ciekawość – pierwszy stopień do… sukcesu!

– Bardzo często zadaję sobie pytanie dlaczego tak, a nie inaczej potoczyło się moje życie zawodowe i za każdym razem dochodzę do wniosku, że nie mam pojęcia – mówi Tomasz Kurzewski twórca ATM Grupy. – Wszystko zaczęło się na studiach, które zresztą podjąłem tylko dlatego, żeby nie iść do wojska. Poszedłem na mechanizację rolnictwa na Akademii Rolniczej we Wrocławiu. Mieszkałem w akademiku i od początku próbowałem sam się utrzymać. Łapałem się różnych prac, miałem nawet w akademiku swój magazynek na narzędzia i farby i w sumie ten składzik wszystko zapoczątkował. Pewnego dnia bowiem przyszedł do mnie zarządca akademika na Biskupinie z pytaniem, czy mógłbym zamienić się na magazyn z ludźmi, którzy chcieli założyć telewizję i ten mój im bardziej odpowiadał. No i od słowa do słowa stałem się pierwszym pracownikiem telewizji Echo – opowiada.

– Na początku pracowałem za darmo, nosiłem kable, przybijałem gwoździe, ale przede wszystkim intensywnie się uczyłem i w końcu zostałem producentem. Po czasie postanowiłem w końcu założyć własną firmę. Na początku szło nam bardzo dobrze. Mówią, że w biznesie trzeba mieć trochę szczęście i muszę przyznać, że ja je miałem. W czasie gdy ruszałem z ATM powstała regionalna „Piątka”, której szef chciał jakiś super serial i zgłosiłem się do jego realizacji. Oszacowałem, że jak zapłacą mi dwa razy tyle ile dostawałem w Echo, to dam radę wyprodukować im ten serial. Dyrekcja się zgodziła, ale okazało się, że zaproponowaną stawkę odnieśli do jednego odcinka, a nie całego miesiąca jak założyłem. W rezultacie produkując 4-5 odcinków w miesiącu dostawałem 5 razy więcej niż zaproponowałem – wspomina Kurzewski. – Muszę więc przyznać, że tu miałem szczęście. Zazwyczaj jest jednak tak, że jak człowiekowi coś za łatwo przychodzi to traci czujność. W ten właśnie sposób w pewnym momencie nastąpił krach. Trafiłem na oszusta i nagle znalazłem się z 2 milionami złotych długu. Muszę przyznać, że wtedy bardzo pomogła mi moja żona. Dzięki temu, że podtrzymywała mnie na duchu w pięć lat udało nam się spłacić wszystkie długi i wyjść na zero.

– Założenie własnego biznesu ma więc swoje wady, ale z całym przekonaniem poleciłbym to każdemu. Cechy, które pomagają w trudnych sytuacjach popychać biznes do przodu, to po pierwsze odporność na niepowodzenia. Ja traktuję je jako informację zwrotną, że nie tędy droga. Druga rzecz to nie oszukiwać. Najgorsze co możemy zrobić, to przestawiać sobie rzeczywistość na nie taką jaką ona jest. Trzecia rzecz, to oczywiście determinacja, bo takiej lekcji jaką przeżyliśmy z żoną bez determinacji byśmy nie przetrwali. I oczywiście ciekawość. Trzeba podglądać, obserwować i inspirować się tym co jest wokoło.

Pasja i odwaga, dzięki temu można sprostać wszystkim przeciwnościom

– Swoją firmę założyłem w 1998 roku i zajmowałem się różnymi rzeczami – mówi Cezary Chmielewski, założyciel największej w Polsce szkoły języka chińskiego NIHAO. – Przez kilka lat prowadziłem między innymi piekarnię na Mazurach, która niestety po jakimś czasie zbankrutowała, a ja zostałem ze 100 tysiącami złotych długu. Wtedy razem z partnerką postanowiliśmy zatrudnić się w korporacji, żeby je spłacić. Miałem doświadczenie jako grafik komputerowy, udało mi się więc znaleźć niezły etat. Pracowałem po kilkanaście godzin na dobę i po dwóch latach dług był spłacony. Wciąż jednak pracowałem w tej korporacji, ale żyłka przedsiębiorcy we mnie nie umarła – dodaje.

–Postanowiłem nauczyć się języka chińskiego, zauważyłem bowiem, że środek ciężkości światowego biznesu jest właśnie w Chinach. Myślałem wówczas o imporcie. Wtedy wszyscy to robili – sprowadzali twarde dyski, komputery etc. i pomyślałem, że dzięki znajomości języka chińskiego uda mi się nawiązać lepsze relacje zagranicą. Zapisałem się więc na kurs do szkoły, która obecnie już chyba nie istnieje. Zacząłem chodzić na zajęcia. Zaprzyjaźniłem się nawet ze swoim nauczycielem, jednak nasza grupa była bardzo mała i po krótkim czasie się rozpadła. Bardzo zależało mi jednak na kontynuowaniu nauki. Zapytałem więc swojego nauczyciela, czy jest jakaś możliwość na dalszą współpracę, na co on odparł, żebym założył szkołę. Na początku wydało mi się to absurdalne, w końcu istniał już we Wrocławiu Instytut Konfucjusza, który stanowił ogromną konkurencję. Wpadłem jednak na to, że nie ma szkoły języka chińskiego, w której native speakerzy mówią biegle po polsku. Stwierdziłem, że to jest to! Okazało się, że mój nauczyciel zna również Chinkę, która mówi bardzo dobrze po polsku i po urlopie macierzyńskim szuka pracy. I tak zacząłem. Na początku 2011 roku na rynku pojawił się Groupon, na którym sprzedaliśmy ponad 1000 biletów na lekcje, które miały przekonać ludzi o tym, jak łatwym do nauczenia jest język chiński. Po sukcesie we Wrocławiu postanowiłem otworzyć kolejne placówki w innych polskich miastach. Niestety wtedy mnie to przerosło. Przez to wszystko niemal rozpadło się moje małżeństwo, postanowiłem więc trochę zwolnić i udało mi się złapać równowagę pomiędzy biznesem a życiem prywatnym, co moim zdaniem jest niezwykle ważne – dodaje.

– Dlaczego założyć własny biznes? Kiedyś usłyszałem takie zdanie: „Zrozumcie, że świat już nigdy nie będzie się tak wolno rozwijał jak dzisiaj. Będzie już tylko przyspieszał. Od was tylko zależy czy będziecie aktywnym uczestnikiem tego przyspieszenia, czy nie. Ja czułem się przyduszony pracując w korporacji. Zupełnie się tam nie rozwijałem. Teraz wiem, że aby coś robić trzeba poczuć do tego pasję. Pasja i odwaga, dzięki temu można sprostać wszystkim przeciwnościom.

„Nie czuję zajawki – nie robię!”

– Bezpośrednio po maturze chcieliśmy wyjechać z kraju i zdobyć kapitał zagranicą, skończyło się jednak na tym, że zaczęliśmy studia na Uniwersytecie Ekonomicznym. Stwierdziliśmy, że to pomoże nam poszerzyć horyzonty – opowiadają Maciej i Marcin Mosur z DZIKIJEŻ Media Group. – To nie trwało jednak długo, bo studia zaraz rzuciliśmy. Dlaczego? Bo nie było w tym pasji – odpowiadają zgodnie. – Rodzice nie byli zbytnio zadowoleni, ale wpadli we własne sidła, bo w końcu przez cały czas nam powtarzali, że najważniejsze, żebyśmy byli szczęśliwi. Tak właśnie zaczęliśmy szukać. Po rzuceniu studiów podróżowaliśmy i próbowaliśmy mnóstwa rzeczy. Mieliśmy na przykład propozycję otworzenia własnej szkółki kite surfingu, ale po dwóch miesiącach sprzedaliśmy swój sprzęt i rzuciliśmy to zajęcie, potem postanowiliśmy zainwestować w riksze. To było podczas pobytu w Kopenhadze. Zebraliśmy kapitał, zainwestowaliśmy i… po tygodniu sprzedaliśmy sprzęt. Jeśli mielibyśmy to podsumować, to rzeczy, które robiliśmy do tej pory trwały nie dłużej niż 3 miesiące. To dlatego, że wszystko stawało się w pewnym momencie pracą „z automatu” i nie chodzi tylko o prace na magazynach, gdzie zdobywaliśmy kapitał na rozkręcenie czegoś własnego, ale nawet atrakcyjna praca jako instruktorzy kite surfingu stawała się z czasem monotonna i powtarzalna. Pracować dla kogoś nie chcieliśmy, bo bardzo nie pasuje nam pozycja ludzi, którzy przyjmują rozkazy i polecenia – dodają.

– Szukaliśmy więc dalej i w sumie dopiero realizacja filmów 360o wciągnęła nas na dobre. Pomysł powstał po realizacji materiału Wrocław360. Na początku chcieliśmy robić filmików, na których obiekty wyglądają jak filmowane „na małej planecie”. Później dostrzegliśmy w tym możliwość „przenoszenia” ludzi w inne miejsce. Założyliśmy więc firmę. Najtrudniejszym okazało się złapanie pierwszych klientów, bo przez telefon, czy w e-mailu nie da się opisać wszystkich walorów naszego projektu. Przyjęliśmy więc inną taktykę pozyskiwania klientów. Zaczęliśmy po prostu „wchodzić z buta” do danego biura i zakładaliśmy jego szefowi okulary na głowę. Metoda okazała się być skuteczna – śmieją się. – Jesteśmy pierwszą firmą w Polsce, która zaczęła integrować dźwięk 360o z wideo 360o. Jeśli chodzi o konkurencję, to fajnie, że jest, bo wyznacza pewne standardy, ale opiera się ona głównie na współpracy, szczególnie z zagranicą, gdzie temat jest o wiele bardziej popularny niż u nas. Wydaje nam się, że trafiliśmy na idealną dla nas pracę. Żeby nakręcić materiał co chwilę gdzieś wyjeżdżamy, przemieszczamy się, dzięki czemu  nie ma w tym monotonii. Jeśli chodzi o pytanie dlaczego zaryzykować i nie iść standardowymi, utartymi przez wielu ścieżkami, to prawda jest taka, że jeśli w ogóle zadajesz sobie takie pytanie to jednocześnie sam sobie na nie odpowiadasz, bo to znaczy, że czujesz potrzebę samorealizacji i spełniania marzeń, a to można zrobić tylko tworząc włany biznes.

Najważniejsze to wyznaczać sobie coraz to nowe cele

– Pierwsze pieniądze zarobiłem w wieku 12 lat rozwożąc w tajemnicy przed rodzicami ulotki. Kupiłem sobie za nie pierwszą motorynkę. Rozkładałem ją i składałem z milion razy. Później dostałem po dziadku starego Wartburga, którym w wieku 15 lat, nie posiadając prawa jazdy, pojechałem w Bieszczady. Moja pasja do motoryzacji rodziła się od najmłodszych lat – mówi Michał Koziołek, założyciel KoziołekDesign i twórca projektu Nowej Warszawy. – Gdyby jednak nie rower, nie zrealizowałbym żadnej ze swoich pasji. To rower nauczył mnie tego, że po upadku się wstaje – mówi. – Te upadki sprawiły też, że do tej pory nie ukończyłem studiów. Przez zamiłowanie do sportów ekstremalnych bardzo dużo czasu spędziłem w szpitalach i na rehabilitacjach, przez co miałem mnóstwo zaległości, a po zmianie systemu na boloński, zrzucono mnie z powrotem na pierwszy rok. Postanowiłem więc, że pójdę inną drogą – dodaje.

– W Polsce jest przekonanie, że aby projektować samochody trzeba najpierw ukończyć studia, wyjechać za granicę, zdobyć doświadczenie i w wieku 70 lat można w końcu zaprojektować swój pierwszy pojazd. Zrobiłem więc na odwrót. Miałem duże doświadczenie w reanimowaniu starych samochodów, założyłem więc własne studio projektowe i zacząłem tworzyć swój pierwszy projekt. Była ro syrena – dość mocno przerysowany model. Potem przyszedł czas na coś większego i na warsztat wziąłem Warszawę. Zaczynałem mając 0 złotych na koncie i pasję. Wyszedłem z prostego założenia, ktoś kto się poddaje nie wie co czeka na niego na końcu. Zacząłem od crowdfundingu, później szukałem sponsorów, co wtedy było bardzo trudne, a teraz mamy czterech klientów, którzy są gotowy kupić mój samochód za 1,5 miliona złotych – dodaje. – Najtrudniejszym etapem w tym wszystkim było stworzenie zaufanej grupy. Wychodzę bowiem z założenia, że jeśli ja się czymś nie zajmę to nikt tego nie zrobi. Miałem więc swoje biuro projektowe, w którym byłem odpowiedzialny niemal za wszystko. Szukałem więc ludzi, którzy podobnie do mnie będą mieć pasję do tworzenia nowych rzeczy, motoryzacji i co ważne będą gotowi się temu poświęcić bez pewności, że otrzymają za to wynagrodzenie. Nasz dzień trwa 48 godzin, prowadzimy kilka bardzo czasochłonnych projektów naraz i tu właśnie bardzo dużą rolę odgrywa dobry zespół – dodaje.

– W jaki sposób się motywuję? Co tydzień wyznaczam sobie nowe cele: łatwy, średni i ciężki. W ten sposób doskonaliłem swoją jazdę rowerem i uczyłem się nowych trików. Jeśli chodzi o inspirację, to znajduję ją na każdym kroku.

Samorealizacja i potrzeba zostawienia czegoś po sobie

– Wszystko zaczęło się w 1998 roku gdy Internet dopiero raczkował. W Świdnicy spotyka się kilka osób, które chcą iść właśnie w tę stronę – opowiada Krzysztof Habowski założyciel firmy RST. – Zakładamy więc kafejkę internetową, ale przynosi ona za mały dochód. Postanawiamy więc stworzyć grę komputerową, to jednak również nie to, więc zaczynamy tworzyć strony internetowe. Robimy to jakiś czas, ale klienci zaczynają marudzić, że nie ten kolor, że nie ta czcionka. Zdecydowaliśmy więc, że zrobimy narzędzie do tworzenia stron internetowych. To jednak też nie do końca wypaliło, bo potrzebny był cały dział handlowy, żeby sprzedawać nasz produkt. W końcu wpadamy na pomysł, żeby założyć komunikator biznesowy taki, że firmy będą mogły komunikować się między sobą i polecać sobie różne produkty i usługi. Pomysł rzeczywiście działa, jednak nie przynosi żadnych pieniędzy, bo ludzi nie chcą za to płacić. Zaczęliśmy więc szukać konkretnej branży i tak, przy realizacji pobocznych projektów okazało się, że idealną branżą, która mogłaby skorzystać z naszego komunikatora będzie transportowa,  w której niezbędna jest szybka komunikacja między firmami. W ten sposób powstała firma RST – wspomina Habowski.

– Istnieje coś takiego jak „Piramida potrzeb”. Na samym dole, czyli jej podstawą, są potrzeby fizjologiczne, po nich jest potrzeba bezpieczeństwa, która jest największą barierą dla podjęcia ryzyka i założenia własnej firmy. Niektórzy potrafią zaryzykować więcej, inni mniej. Ja byłem w stanie zaryzykować niewiele. Zdecydowałem się w międzyczasie na pracę dla dużej firmy i tego nie żałuję, bo dużo się tam nauczyłem i nabrałem pewności siebie. Na samym szczycie tej piramidy jest chęć samorealizacji, chciałem zostawić coś po sobie. Gdybym nie był informatykiem pewnie zostałbym architektem, żeby kiedyś móc pokazać synowi budynki, które zaprojektowałem. W branży informatycznej o wiele trudniej jest zostawić po sobie trwały ślad. Wszystko co chwilę się zmienia. Dlatego chciałem zrobić coś swojego – tłumaczy. – Tworzymy własny produkt, innowacyjny, wydaje mi się, że jesteśmy ekspertami w wymyślaniu czegoś. Największym wyzwaniem jest wdrożenie takiego systemu, bo wiąże się to ze zmianą przyzwyczajeń innych ludzi. Dlatego nie tworzymy produktu w zaciszu biura, aby w końcu przedstawić już gotowy. Zamiast tego pokazujemy ludziom na bieżąco co już mamy i prosimy o komentarze. Dzięki temu stają się oni współtwórcami naszego produktu. Dlaczego własny biznes? Pasja i chęć samorealizacji to jest clue wszystkiego. Jeśli więc macie pasję, ale nie widzicie możliwości, albo potrzeby wiązać jej z pracą, to ok, ale jeśli chcecie nawet w grudniowe mroźne poranki nie móc się doczekać pobudki, żeby wstać i znów realizować swoją pasję, to załóżcie własną firmę.