Prezydent Wrocławia szczery do bólu

Pierwsza po wypadku rozmowa z Rafałem Dutkiewiczem

  • fot: Miłosz Poloch

    fot: Miłosz Poloch


Panie Prezydencie, bardzo dziękuję, że zgodził się Pan z nami porozmawiać, jak Pan się czuje?

Rafał Dutkiewicz:  - Dziękuję już lepiej. Nawet nauczyłem się chodzić (śmiech). Na początku nie było dobrze, ale mamy we Wrocławiu fantastycznych lekarzy i udało im się mnie poskładać. Chciałem jeszcze raz im podziękować.

Dzisiaj po raz pierwszy pojawił się Pan publicznie po tak długiej przerwie. Była trema?
 
Radość, nie trema. Co prawda przyjście tutaj nie było dla mnie łatwe w sensie fizycznym, jednak musiałem to zrobić. Rok temu umówiłem się z dziećmi, a ja staram się dotrzymywać obietnic.
 
Dzień przedszkolaka chyba się udał?
 
Jestem bardzo wdzięczny rodzicom, że pomimo zmiennej pogody przyprowadzili swoje pociechy. Stadion pełen radosnych dzieci robi wielkie wrażenie i aż tętni optymizmem.

Spotkania z dziećmi to chyba miła odmiana, można odpocząć od ważnych i poważnych osób w garsonkach i garniturach?


(Śmiech) nie jest tak źle. Przedszkolaki odwiedzają mnie w pracy i są to niezwykle miłe spotkania. Dzieci nigdy nie zawodzą. Kiedy po wypadku trafiłem do szpitala, właśnie od przedszkolaków i dzieci z domu dziecka otrzymałem jedne z pierwszych listów z życzeniami powrotu do zdrowia. To było niezwykle wzruszające.

Przepraszam, ale muszę o to spytać - nie żałuje Pan tego, co się stało? Jedna kiepska decyzja i miesiące problemów.

Żałuję i to bardzo. Niestety nie mogę cofnąć czasu, choć bardzo bym chciał. Jeszcze raz przepraszam wszystkich, którzy uczestniczyli w wypadku. Pana motorniczego, którego niestety nie mogłem odwiedzić i osobiście przeprosić, wrocławian, a także moją rodzinę, która teraz tak troskliwie się mną opiekuje.
Dziękuję Bogu, że nikomu nic poważnego się nie stało. Dziękuję również za to, że choć jestem mało sprawny fizycznie i potrzebuję pomocy bliskich w codziennych czynnościach, że choć czuję się wciąż obolały, to jednak żyję.
 
Panie Prezydencie, a jak to się stało, że jechał Pan tak wcześnie tą drogą? Snuje się różne domysły...
 
To nie była dla mnie jakaś wyjątkowo wczesna pora. Ci co mnie znają wiedzą, że dzień zaczynam bardzo wcześnie i w pracy jestem na ogół przed moimi współpracownikami. Dla mnie miał to być normalny poranek. Chciałem pojawić się na kilka godzin w pracy, bo tego dnia około 13.00 miałem lecieć do Warszawy na ważne spotkania w sprawie Europejskiej Stolicy Kultury.

 
A historia z kardynałem Gulbinowiczem?
 
Jest prawdziwa. Zawsze wychodzę z założenia, że lepiej powiedzieć prawdę niż kombinować. Kłamstwa mają krótkie nogi.
 
Ale brzmi, jakby to powiedzieć - intrygująco.
 
Więc po co miałbym coś takiego wymyślać? Z kardynałem łączą mnie niezwykle ciepłe relacje, jeszcze od czasów stanu wojennego. Ksiądz kardynał wstaje o czwartej rano. Następnego dnia miał się u mnie pojawić na spotkaniu i chciałem zrobić mu niespodziankę, a przy okazji zwolnić  z męczącej wycieczki do Ratusza. Pomyślałem więc, że spróbuję odwiedzić go o 6.30. Wjeżdżając na Ostrów Tumski uznałem, że to jednak głupi pomysł i mimo wszystko jest trochę za wcześnie na niezapowiedziane wizyty. Postanowiłem więc, że pojadę wprost do pracy.

Jak to się stało, że znalazł się Pan w miejscu, w którym samochodom nie wolno jeździć?

Stało się. Wiem i ubolewam. Jak już opowiadałem, chciałem podjechać pod budynek Kurii Metropolitalnej. Następnym razem pewnie pójdę pieszo.

Pojawia się wiele insynuacji na temat Pana wypadku i różnych jego szczegółów.
 
Dziś nie wiem co bardziej boli: czy połamane kości, czy te wszystkie jakże niepotrzebne kłamstwa i oszczerstwa na mój temat. A przecież nie ma żadnej sensacji. Samochodem jechałem sam. Jechałem na Ostrów Tumski i do pracy. Niestety wiem też, że bez względu na to co powiem, złe języki zrobiły już swoje.
 
A Pana pobyt w szpitalu?

Wszyscy wiemy jak to jest być w szpitalu. Obolały, połamany, zupełnie bezradny i do tego nieruchomy. Dobrze, że bliscy byli przy mnie. Ale były też dobre momenty. Niezwykle liczne wyrazy wsparcia od przyjaciół, ale także od nieznanych mi ludzi, głównie z Wrocławia, ale i z innych części Polski, także z zagranicy. Za te wszystkie objawy sympatii raz jeszcze bardzo dziękuję, bo nie na wszystkie z setek smsów i maili byłem w stanie odpowiedzieć.

Nie wypada mi chyba już Pana więcej męczyć. Proszę na siebie uważać i szybko wracać do zdrowia. Dziękuję za rozmowę.
 
Dziękuję bardzo.
 
Rozmawiała Ewa Waplak
Zgłoś uwagę