Fryzjerka

Janina Tyrcz

Najstarsza rzemieślniczka w Polsce

Kobietom nie wypada wypominać wieku, ale w tym przypadku po prostu trzeba, bo pani Janina Tyrcz jest bodaj najstarszą rzemieślniczką w Polsce (na jesieni ukończy 92 lata) i wciąż zawodowo aktywną. Wprawdzie nie prowadzi już własnego zakładu przy ul. Mikołaja, w którym spędziła ponad 30 lat, wciąż jednak poratuje w potrzebie dawne klientki, zwłaszcza że jej dłonie są nieomylne, a wizja zawsze trafna. Nieprzypadkowo pani Janina otrzymała w 2011 roku Szablę Kilińskiego, najwyższe odznaczenie rzemieślnicze, a przez lata działała (i wciąż działa) w Cechu Rzemiosł Różnych we Wrocławiu (do ubiegłego roku pełniła funkcję Podstarszej Cechu), wykształciła wiele znakomitych fryzjerek, uczennice sporo jej zawdzięczają.  

Fryzjerstwo? Nie marzyłam

Aż dziw, że ostatnią rzeczą, o której marzyłaby młoda Janina, było fryzjerstwo. – Chciałam być lotnikiem, albo sportsmenką. Ze Szrenicy potrafiłam zjechać w takim tempie, że gubiłam czapkę – wspomina. Zamiast wyczynowego sportu pani Janina trafiła jednak do zakładu fryzjerskiego pana Leśniaka w rodzinnym Krośnie. – Przyjął mnie na praktyki, a po dwóch miesiącach pracowałam już na pełny etat. Nie było czasu myśleć, człowiek zresztą do wszystkiego musi się przyzwyczaić i wielu rzeczy nauczyć – dodaje wrocławska rzemieślniczka.

Wrocław powojenny

Do Wrocławia pani Janina przyjechała po raz pierwszy w 1946 roku. – Wtedy wszyscy jechali na zachód – opowiada. Jednak wygląd powojennego miasta ją przeraził. – Pierwszą noc przesiedziałam na drzewie, bo bałam się złodziei i gwałcicieli, którzy wszędzie grasowali. Wokoło tylko gruzy. Wtedy pomyślałam, co ja tutaj robię, a następnego dnia zdecydowałam, że wracam do Krosna – dodaje. Jednak do stolicy Dolnego Śląska przyjechała ponownie dwa lata później i tym razem już została.

Naturalnie, prosto z Paryża 

Najpierw pani Janina Tyrcz pracowała w zakładzie przy ul. Kotlarskiej, potem, już przez blisko cztery dekady, w swoim zakładzie przy ul. św. Mikołaja. Przez całą zawodową karierę pozostała wierna jednej zasadzie. – Nigdy nie robiłam tapirowanych fryzur, nie uznawałam usztywniania lakierem. Nie dlatego, że było przy tym więcej pracy, ale przede wszystkim z miłości do naturalnych włosów – wyjaśnia. Umiłowanie naturalności fryzjerka zawdzięcza w dużej mierze wyjazdom na konkursy i pokazy do Paryża. Załatwienie pozwolenia na podróż w latach 60. było nie lada wyzwaniem. – Przez koleżankę z Paryża, prezydent fryzjerów przysłał dla mnie zaproszenie i na tej podstawie mnie puścili – mówi. Wyjazd wart był zachodu. – Na konkursie mi się przyglądano, bo wszystkim się wydawało, że ja doskonale orientuję się w każdym temacie, a w rzeczywistości musiałam zdrowo główkować, aby nasz pokaz wypadł dobrze – wspomina. W Paryżu chłonęła modę, analizowała uczesania znakomitych fryzjerów. – Uczymy się podpatrując, a ja podglądałam lepszych od siebie i zawsze coś z tego wyniosłam – dodaje pani Janina. Wielkim wydarzeniem dla polskich fryzjerów była wtedy wizyta w domu legendarnego kreatora fryzur Antoine’a de Paris, czyli Antoniego Cierplikowskiego, który czesał największe gwiazdy Hollywood z Marleną Dietrich na czele i zapoczątkował modę na krótkie włosy u kobiet. – Kiedy go spotkałyśmy już nie pracował w zawodzie. To był specyficzny człowiek, trochę dziwak. Sypiał w specjalnej trumnie, która stała w jednym z pokoi w jego pięknym domu –  wspomina pani Janina.

Piękne włosy Renaty Mauer-Różańskiej 

Do Paryża jeszcze potem wracała, ale swój świat miała we Wrocławiu. I wierne klientki, jak mistrzynię olimpijską Renatę Mauer-Różańską. – Zaprzyjaźniłyśmy się, zawsze miała długie, zdrowe piękne włosy. Pamiętam, jak raz je ścięłam, ale była zadowolona z efektu – opowiada pani Janina. Dziś fryzjerka wciąż z zainteresowaniem podgląda nowe trendy i to, jak zostały podcięte włosy. – Każda dobra fryzura zależy od dobrego strzyżenia, to żelazna zasada – podkreśla. Bez niej nic się nie uda – uśmiecha się pani Janina.

Tekst: Magdalena Talik

Zdjęcia: Janusz Krzeszowski