Ewa Stachniak

opowiada historię polskiej bogini tańca

– Wybieram bohaterki, których doświadczenia są mi w jakimś stopniu bliskie – podkreśla pisarka Ewa Stachniak, wrocławianka, która od lat mieszka w Kanadzie, a jej powieści są na świecie bestsellerami. Nam opowiada o nowej książce poświęconej Bronisławie Niżyńskiej, wybitnej tancerce.

Magdalena Talik: W swoich książkach przedstawia Pani często kobiety, które za życia były legendami, a po śmierci świat o ich roli w historii jakby zapomniał. W „Bogini tańca” wskrzesza Pani postać Bronisławy Niżyńskiej, znakomitej tancerki, ale za mało znanej, bo będącej w cieniu wielkiego brata Wacława Niżyńskiego. Co Panią urzekło w tej kobiecie, czy czasem właśnie nie walka Bronisławy, by nie pozostać tylko siostrą swojego wybitnego brata?

Ewa Stachniak: Wiele mnie urzekło. Jej siła, gotowość do poświęcenia się sztuce. Jej mądra miłość do Wacława, genialnego brata który mógłby ją zdominować, a który inspirował, bo to właśnie jego nieprzeciętny talent podsuwał jej kolejne zadania, sugerował kolejne etapy artystycznego rozwoju. Byli, jak pisała w swoich „Wspomnieniach”, „połówkami tej samej całości”. A na dodatek Bronisława Niżyńska miała w sobie wszystko czego szukam w mojej bohaterce. Żyła zawsze na pograniczu kultur i tożsamości: wychowana w polskiej rodzinie, ale w carskiej Rosji, uczyła się tańca w rosyjskiej szkole baletowej, została członkiem rosyjskiego zespołu tanecznego, który nigdy w Rosji nie wystąpił. Była córką i siostrą, żoną i matką. Kochała, była kochaną. 

„Bogini tańca” ukazała się nakładem krakowskiego Znaku

Jak przygotowywała się Pani do napisania książki? Niewiele pozostało wspomnień samej Bronisławy Niżyńskiej, a choreografia to bardzo ulotna sztuka.

Prawdą jest że opublikowany, jedyny tom jej „Wspomnień” kończy się na roku 1914, ale już w Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie można utonąć w materiałach z których składa się Kolekcja Bronisławy Niżyńskiej. Są tam pamiętniki, listy, zdjęcia, opisy i recenzje spektakli, notatki choreograficzne. Materiały bardzo osobiste, z różnych okresów jej życia. Spędziłam w Waszyngtonie sporo czasu, przeglądając te archiwalne skarby, szukając wśród nich tak wiedzy jak i natchnienia. Nie zawiodłam się. 

Rzeźba przedstawiająca słynne baletowe rodzeństwo – Wacława i Bronisławę Niżyńskich

Choreografia jest rzeczywiście ulotną sztuką. Tak bardzo żałuję, że nie zachowały się nagrania filmowe ze spektakli Les Ballets Russes. Zostają nam tylko rekonstrukcje, oparte na pamięci tancerzy, rysunkach i opisach. Oglądałam te rekonstrukcje, żałując iż nigdy nie będę mogła zobaczyć oryginału. Rozmawiałam z historykami baletu, starając się w pełni zrozumieć, na czym polegały osiągnięcia choreograficzne Bronisławy. Czytałam biografie i wspomnienia  baletowych sław, z którymi współpracowała: najpierw Wacława, potem Diagilewa, Fokina, Szaliapina, Pawłowej, Karsawiny, Strawińskiego, Lifara. Kiedy już poczułam się pewnie w historii baletu przeprowadziłam serię rozmów ze współczesnymi tancerzami i choreografami. Nauczyli mnie patrzeć na świat ich oczami. Zapraszali na próby, dzielili się swoimi przemyśleniami, obawami, nie kryli bólu ciągłych kontuzji, zakulisowych intryg.

Bronisława Niżyńska wychowała się na pograniczu kultur – polskiej, z której się wywodziła jej rodzina i rosyjskiej, bo w tym kraju przyszło żyć Niżyńskim. Podkreśla Pani w książce jej silne przywiązanie do polskiego pochodzenia. Na ile pielęgnowała je także jako dojrzała kobieta?

Życie na pograniczu kultur umożliwia kultywowanie równoległych tożsamości. W domu Niżyńskich zawsze mówiło się po polsku. W kolekcji Biblioteki Kongresu są listy Bronisławy pisane do matki Eleonory w 1928 roku, kiedy Bronia była w Argentynie, gdzie przez rok prowadziła Teatro Colon, a Eleonora w Paryżu opiekowała się wnukami. Listy te—jeden z nich zamieściłam na swojej stronie internetowej www.ewastachniak.com—pisane po polsku dają posmak rodzinnych domowych rozmów. Bronia, która – co warto podkreślić – nigdy nie chodziła do polskiej szkoły, pisze poprawną, bogatą polszczyzną. Owszem, zdarzają się drobne błędy, rusycyzmy (np. „Italiancy” zamiast „Włosi”), ale to drobiazgi, choć gdybyśmy byli świadkami takiej rozmowy między matką i córką, pewnie w głosie Broni usłyszelibyśmy jeszcze echo rosyjskiej intonacji. 

Eleonora Niżyńska sama nauczyła dzieci pisać i czytać po polsku. Ochrzciła je w Warszawie, w Rosji prowadziła do polskich kościołów. Poza domem natomiast, Bronia i Wacław zanurzeni byli w kulturze rosyjskiej. Chodzili do rosyjskich szkół i stali się częścią artystycznej elity Rosji. Ich polskie pochodzenie nie było nigdy tajemnicą, a czasami im je wręcz wypominano, szczególnie w szkole baletowej i szczególnie Wacławowi, którego talent budził zazdrość kolegów. 

Czy ta polskość przetrwała próbę czasu? Z pewnością zapisała się na zawsze we wspomnieniach z dzieciństwa, w słowach „mamusia”, „Bronia”, „niania”, „narwany”, które znalazłam na kartach „Wspomnień” opublikowanych już po śmierci Bronisławy. Polskość pozostała we fragmentach wierszyków, piosenek i zapamiętanych bajek, które zachowałam w „Bogini tańca”. Potem bywało różnie. Obaj mężowie Broni byli Rosjanami. Jej dzieci, wychowane przez babcię głównie we Francji i Monte Carlo, mówiły trochę po polsku. Ale listy piętnastoletniej Iriny do Broni, zgromadzone w waszyngtońskiej kolekcji, były pisane po rosyjsku.

W moim odczuciu polskość, nieodłączna część jej dzieciństwa, była dla Broni sprawą osobistą, apolityczną, nie wymagającą deklaracji przynależności. I taką też jest na kartach „Bogini tańca”.

Czy żyją dziś jacyś potomkowie Broni albo Wacława Niżyńskich i czy udało się Pani z nimi spotkać?

Córka Broni, Irina Niżyńska, zmarła w 1991 roku. Bardzo żałuję, bo z moich rozmów z osobami, które ją spotkały czuję, że powieść by się jej spodobała. Nie żyje też Natalie, wnuczka Broni. Syn Iriny, George Gaetz, mieszka w Kalifornii, ale mimo starań, nie udało mi się nawiązać z nim kontaktu. Natomiast Tamara Niżyńska, młodsza córka Wacława, właśnie czyta powieść, a ja czekam na jej reakcję. 

Pani książki stają się zagranicą bestsellerami. Polskie bohaterki albo polskie wątki są interesujące dla obcojęzycznych czytelników np. Kanadyjczyków albo Amerykanów?

Pisząc wychodzę z założenia, że każda dobrze opowiedziana historia jest lub może być ciekawa bez względu na to, gdzie się dzieje. Moje historie z Polską w tle nigdy nie są hermetyczne, adresowane jedynie do Polaków. Wybieram bohaterki, których doświadczenia są mi w jakimś stopniu bliskie, ale także te w których życiu widzę uniwersalne wątki, ważne dla każdego kogo interesuje cała gama ludzkich doświadczeń. Cieszy mnie, gdy czytelnicy w Kanadzie, Stanach, czy w Niemczech podzielają moje zdanie.

 

Ewa Stachniak – pisarka, córka paleontolożki Anny Jerzmańskiej, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego. Jej drugim domem od ponad trzydziestu lat jest Kanada. Wykładała na Sheridan College w Ontario oraz zaczęła podbijać serca anglojęzycznych czytelników pisząc historie związane z Polską i wschodnią Europą. Dotychczas ukazały się powieści „Konieczne kłamstwa” (za którą Ewa Stachniak dostała nagrodę za najlepszy debiut literacki w Kanadzie), „Ogród Afrodyty” (o bogatym życiu Zofii Potockiej), „Dysonans” (o szczególnym małżeńskim trójkącie Zygmunta Krasińskiego, jego żony Elizy z Branickich oraz Delfiny Potockiej). Dwie książki poświęciła carycy Katarzynie Wielkiej – „Grę o władzę” i „Cesarzową nocy”, a najnowszą „Bogini tańca” Bronisławie Niżyńskiej, tancerce i choreografce. Zanim zasiądzie do pisania Ewa Stachniak prowadzi zaawansowane badania, przegląda dawne pamiętniki, czyta biografie, odwiedza miejsca, w których zamierza potem zawiązać akcję, dopieszcza wszystkie szczegóły. Czytelnicy to doceniają. W Kanadzie „Gra o władzę” przez wiele tygodni okupowała listy bestsellerów, prawa do wydań kupują wydawnictwa ze Stanów Zjednoczonych i Anglii.  

Rozmawiała: Magdalena Talik

Zdjęcia: Tomasz Walków

KONKURS

Do 25 sierpnia możecie wygrać 3 egzemplarze „Bogini tańca” Ewy Stachniak. Zajrzyjcie tutaj