Andrzej Sekuła

Operator z Wrocławia, który podbił Hollywood

Zrobił zdjęcia do „Pulp Fiction”, jednego z najsłynniejszych filmów w historii kina, pracował z gwiazdami Hollywood – Johnem Travoltą, Umą Thurman, Christianem Bale'em, Nicholasem Cage'em. Tylko dla wroclaw.pl opowiada o pracy operatora, miłości do Wrocławia i reżyserskich planach.

Magdalena Talik: Od lat pracuje Pan w Hollywood jako operator. Nakręcił Pan legendarny „Pulp Fiction” Quentina Tarantino. Ale niewiele osób wie, że pochodzi Pan z Wrocławiu i tutaj narodziła się Pańska miłość do kina.

Andrzej Sekuła: Pamiętam nawet swój pierwszy seans, na który poszedłem z rodzicami do kina Dworcowego – ekran, siedzenia, projektory... A pierwszą ekipę filmową widziałem, jako dziecko, gdy Andrzej Wajda kręcił na ulicy Nasypowej sceny do „Popiołu i diamentu”. Coś tam udało się nam podejrzeć, choć byliśmy przeganiani, bo przeszkadzaliśmy.

Filmem tak naprawdę zainteresowałem się w szkole. Na wagary szło się właśnie do kina, przesiedziało parę pokazów, chyba że ktoś zarządził „Zjeżdżaj, gówniarzu, bo cię kopnę w tornister”. Pamiętam kino Warszawa, być może ostatnie, gdzie pokazywano filmy na 70 mm i to wielkie tytuły! Wtedy się marzyło: „Jak byłoby to pięknie, gdyby moje nazwisko znalazło się w napisach”. Zacząłem kupować magazyny, czytałem o operatorach i w wieku 13, czy 14 lat już wiedziałem, co chcę w życiu robić.

Fascynujące, że po latach w szkole w Londynie spotkałem operatora moich ukochanych filmów z dzieciństwa – Oswalda Morrisa, autora zdjęć do „Dział Nawarony” czy „Skrzypka na dachu”…

Ale równie ciekawy jest fakt, że uczył się Pan w X Liceum Ogólnokształcącym, podobnie jak Janusz Kamiński, operator Stevena Spielberga. Czy również podobnie jak Kamiński był Pan fanem Studenckiego Klubu Filmowego w Pałacyku?

Nie spotkaliśmy się w szkole, Janusz Kamiński jest młodszy… W zasadzie wtedy chciałem być fotografem, bardziej interesował mnie obraz. Dziś żałuję, że nie traktowałem fotografii jako narzędzia do dokumentowania powojennej historii Wrocławia. Gdy znajduję teraz moje negatywy z tamtych lat i oglądam stare, odrapane domy, ze śladami po kulach, albo konne wozy rozwożące węgiel uświadamiam sobie, że to coś niesamowitego. Kompletnie inny świat, egzotyczny. Ale wtedy patrzyłem raczej na artystyczną fotografię i naśladowałem prace znanych twórców. Filmem zajmowałem się natomiast bardziej teoretycznie.

Operator nie był prestiżowym zawodem?

Raczej niepoważnym. Rodzice wiedzieli o moich planach i nieustannie ubolewali: „Synu, czyś ty zwariował?”. Woleli, żebym wybrał geografię albo ekonomię. W liceum trzymałem wszystko w wielkiej tajemnicy przed kolegami, a sprawa wyszła na jaw dopiero, gdy wypełniałem dokumenty do łódzkiej Filmówki, bo to była wtedy jedyna droga do zawodu.

Zdawał Pan do tej słynnej szkoły sześć razy, bez sukcesu. Jakie to uczucie usłyszeć po raz kolejny: nieprzyjęty?

Straszne. Mijają kolejne lata, filmówkę kończą już ludzie, z którymi składałem papiery, potem kręcą już pierwsze filmy...

Dlaczego tyle razy nie udawało się Panu?

Mam wrażenie, że przygotowywałem się z determinacją, ale często w złym kierunku. Tak bardzo interesowałem się sztuką, że czytałem książki, w których rozważano symbolizm „Damy z łasiczką” Leonarda da Vinci, analizowałem zdjęcia rentgenowskie. Dużo się nauczyłem i to była dobra wiedza, ale w tamtym momencie niepotrzebna. Potem się jednak opłaciła.

Co robił Pan pomiędzy kolejnymi podejściami do egzaminów?

Dorywczo pomagałem np. w Wytwórni Filmów Fabularnych przy filmie Stanisława Lenartowicza, byłem pomocnikiem rekwizytora, operatora. Za darmo. Ważniejsze była choćby możliwość położenia ręki na kamerze, gdy wszyscy szli na obiad. Potem upomniało się o mnie wojsko, na dwa lata.

Najpierw stacjonowałem w Oleśnicy, później dostałem przydział do wydziału propagandy Śląskiego Okręgu Wojskowego. Tak na marginesie, w tym samym czasie trafił tam również Jan Jakub Kolski, przyszły reżyser. Zostałem tam operatorem filmowym, robiłem zdjęcia i to nieraz całkiem ciekawym rzeczom: manewrom, przejazdom czołgów, wybuchom na poligonie, a Breżniewowi – na zjeździe państw-członków Układu Warszawskiego. Zresztą była tam cała sowiecka generalicja – jak Kulikow czy Ustinow, przyjechał też Ceaușescu. Specjalnie dla nich zorganizowano ogromną bitwę – wybuchy, eksplozje, helikoptery... Jak w prawdziwym kinie! Niedawno zresztą trafiłem w telewizji na jakiś materiał o krajach Układu Warszawskiego i z zaskoczeniem odkryłem tam swoje materiały. I taki błysk myśli: „Przecież mogłem nakręcić więcej”.

No i w wojsku podpadłem Wojciechowi Jaruzelskiemu…

Czym się Pan naraził generałowi?

W wydziale nosiłem długie włosy i chodziłem w cywilnych ubraniach, ale na przyjazd wysokich rangą gości trzeba było wyciągnąć z szafy mundur. Na jedną z takich okazji więc wyciągnąłem, ubrałem, ale generał Jaruzelski dziwnie mi się przyglądał i wreszcie zapytał mojego zwierzchnika: „Co tu robi ten Szwejk z długimi włosami?”. To zabrzmiało jak wyrok zesłania… do fryzjera. Po drodze był damski. W środku same panie pod suszarkami, siadam na fotel i nożyczki idą w ruch pod czujnym okiem pułkownika. Chciałem ocalić jak najwięcej włosów, ale przełożony nie dał mi szans, naciskając na fryzjerkę, żeby sobie nie żałowała [śmiech].

No ale przygoda z wojskiem wreszcie się skończyła. Co Pan planował?

Po wojsku nie chciałem studiować nigdzie indziej poza Filmówką, choć rodzice załamywali ręce. Obawiałem się, że gdy pójdę do innej szkoły, wciągnie mnie życie studenckie, zapomnę o tym, co rzeczywiście chcę w życiu robić. Zostać operatorem.

Ale tym razem zdawał Pan do słynnej londyńskiej National Film and Television School.

Zgadza się, choć kiedy przyjechałem do Anglii przez rok chodziłem do szkoły językowej – „zapłaciłem” za to moim małym fiatem – potem przez dwa lata pracowałem w piekarni, bo chciałem zarobić pieniądze na start. Szczęście dopisało, za pierwszym podejściem dostałem się do National Film and Television School, zrobiłem chyba duże wrażenie na komisji egzaminacyjnej.

Trafiłem idealnie, bo grono pedagogiczne było fenomenalne. Pracowaliśmy indywidualnie z Johnem Schlesingerem, reżyserem „Maratończyka” i „Nocnego kowboja”, wspomnianym już Ozziem Morrisem, Billym Williamsem – laureatem Oscara za zdjęcia do „Gandhiego”, czy operatorem Walterem Lassalym, który dostał Oscara za „Greka Zorbę” i filmował „Samotność długodystansowca”.

Andrzej Sekuła ze znakomitym operatorem Billym Williamsem w szkole w Londynie/fot. archiwum A. Sekuły

Jak po Londynie znalazł się Pan w Los Angeles, na planie filmu „Wściekłe psy”, debiutu fabularnego Quentina Tarantino?

Przyjechałem do Los Angeles wybrany przez Europejski Instytut Filmowy. Poproszono dziewięciu europejskich reżyserów i jednego operatora. Zdecydowano o moim wyjeździe, bo miałem na koncie kilka wygranych konkursów i kręciłem już krótkie metraże. W Stanach pokazali moje filmy, dziś nawet nie pamiętam ich tytułów, ale zainteresowały producentów. Byłem zszokowany. Nie zrobiłem jeszcze porządnego dużego filmu, a tu mam oferty filmów ze sporym budżetem? Przy okazji zaproponowano mi nakręcenie mniejszego obrazu. Od razu się zgodziłem. Wtedy jedna z producentek skontaktowała się z Quentinem Tarantino. Powiedziała mu, że mają operatora, który jest dobry, a parę godzin później Quentin do mnie zadzwonił… ale odmówiłem spotkania.

Nie miał Pan dla niego czasu?

Chodziło o coś innego… Dowiedziałem się wtedy, że zmarł mój ojciec. Quentinowi powiedziałem tylko: „Jeśli przyjedziesz do mojego hotelu i odwieziesz mnie na lotnisko, to porozmawiamy”. Przyjechał o 3 rano i pogadaliśmy.

Po pewnym czasie dostałem telefon z Los Angeles, że chcą się ze mną jeszcze raz spotkać. Wtedy na własny koszt kupiłem bilet do Stanów, ale tym razem dyskusja trwała krótko. Dostałem pracę operatora.

Jakie wrażenie zrobił na Panu Quentin Tarantino?

Jego entuzjazm robił wrażenie, bo kino było dla niego świątynią. Obaj nie mieliśmy nic do stracenia, a wiele mogliśmy w Hollywood zyskać. Dla mnie ważne było, że stało się coś niemożliwego. Jestem w Los Angeles, mam sprzęt Panavision, ludzi i robię film. Choć zastanawiałem się, czy „Wściekłe psy” w ogóle trafią do kin, czy skończą na kasetach wideo.

Przeżyłem jednak szok, gdy po przylocie do Londynu, zobaczyłem tysiące plakatów filmu Tarantino na wszystkich stacjach metra. Kampania reklamowa była imponująca.

Po „Wściekłych psach” Tarantino chciał, aby pracował Pan z nim przy nowym filmie „Pulp Fiction”. Czy przeczuwał Pan, że ten obraz zmieni historię kina?

Przy każdym projekcie są duże oczekiwania. „Pulp Fiction” zapowiadał się na sukces, ale potem właściwie nie byłem pewien. O swojej pracy mówię, prawie zawsze, krytycznie, próbuję unikać oglądania własnych filmów, choć „Pulp Fiction” niedawno obejrzałem powtórnie i przyznaję – nawet niezłą robotę wykonaliśmy.

Jak się pracowało na planie z Tarantino?

Współpraca była w zasadzie świetna. Quentin mówił, jaki efekt chce uzyskać, dawał mi przykłady, ja podsuwałem mu inne. Tak zrobiliśmy scenę w hotelu, kiedy John Travolta i Samuel L. Jackson przychodzą policzyć się z drobnymi gangsterami i ich zabijają. Tarantino przyznał, że to było najlepsze zbliżenie, choć de facto był to najszerszy plan.

Ale film jest sztuką intuicji. Kiedy pracuję, bardziej słucham siebie, niż trzymam się sztywno „przepisów”.

Quentin Tarantino w 2014 roku / fot. za Wikipedią Georges Biard

Zaprzyjaźniliście się z Quentinem Tarantino?

Można tak powiedzieć, choć dużo nie rozmawialiśmy. Pokazał mi parę filmów, chciał, aby odtworzyć dokładnie jakąś scenę z któregoś z nich. Zaproponowałem wtedy: „A co, jeśli nie nakręcimy tak, jak oni, ale wymyślimy coś własnego, aby potem wszyscy kopiowali nas?”. Byłem młodym operatorem, trochę blefowałem, ale on dał mi zielone światło. Więc jeśli ktokolwiek pisze, że kopiowaliśmy obrazy z innych filmów, myli się. Quentin zrobił coś unikalnego, choć nie do końca wiem, co to było. Pamięta pani słynne ujęcie z otwieraną teczką z „Pulp Fiction”?

Ze środka bije blask, a widz zastanawia się, co jest w środku, bo John Travolta tylko wpatruje się w jakąś zdobycz…

Słyszałem różne wersje – że to złoto, uran, duch Marsellusa Wallesa (jednego z bohaterów „Pulp Fiction” – dop. red.). Skąd Quentin wziął pomysł na tę scenę? Obaj uwielbialiśmy „Złoto dla zuchwałych” Briana G. Huttona, komedię o grupie żołnierzy, którzy w czasie II wojny światowej przedostają się za linię frontu, by obrabować pilnie strzeżony bank. Gdy dostają się do łupu i ściągają z niego plandekę, widzimy zbliżenie. Na twarzy każdego z nich odbija się złota poświata. Myślę, że to zainspirowało Quentina. Wziął z tamtej sceny konkretny element, a fani „Pulp Fiction” dopisali potem całą filozofię. Ale to moja teoria.

Nakręciliście jeszcze razem „Człowieka z Hollywood”, jedną z nowel do filmu „Cztery pokoje”. Prasa nazywała Pana nadwornym operatorem Tarantino.

Quentin zatrzymał mnie kiedyś na planie „Człowieka z Hollywood” i powiedział: „Andrzej, przyrzekam, że zawsze, kiedy będę robił film, zaproponuję ci pracę, a ty zdecydujesz i jeśli nie będziesz chciał, to ewentualnie powiesz: Może następny film”. Przy kolejnym filmie złamał tę obietnicę.

Dlaczego?

Następnym filmem był obraz „Jackie Brown”, do którego Quentin wynajął całą moją ekipę filmową, ale innego operatora. Gdy Tarantino przymierzał się do kolejnego filmu „Kill Bill”, dostałem propozycję od producentów i odmówiłem. W tym przypadku zwyciężyło moje ego, a nasze drogi się rozeszły. Potem zadzwonił do mnie mój agent, że producenci chcą podać moje nazwisko do kolejnego filmu Quentina – „Bękarty wojny”. Wtedy ponownie odmówiłem. Ale to był czas, gdy zająłem się reżyserowaniem filmów. Wybrałem, niestety, nieciekawe scenariusze. Ale to już inny temat.

Pracował Pan ze znanymi aktorami. Ostatnio na planie „I Am Wrath” ponownie z Johnem Travoltą. Pamiętał Pana z „Pulp Fiction”?

Oczywiście, zapraszał na pokład swojego samolotu, ma licencję pilota, uwielbia latać. Ale z reguły aktorzy przychodzą dziś na plan jak do zwykłej pracy. Chociaż na przykład Christian Bale traktuje swoją profesję wyjątkowo poważnie. Kiedy kręciłem „American Psycho” w Toronto, był zdyscyplinowany, perfekcyjny i wyglądał, jak maszyna, bo do roli przygotowywał się przez 10 miesięcy, ćwicząc i przestrzegając surowej diety. Gdy skończyliśmy kręcić w Nowym Jorku i poszliśmy do pubu, zamówił piwo i przyznał się: „Pierwsze od prawie roku”.

W Hollywood w ogóle są możliwe prawdziwe przyjaźnie?

Pod warunkiem że bezinteresowne. Czyli że ja nie oczekuję, że ty dasz mi pracę, zaangażujesz do filmu etc. Kilku dobrych znajomych w branży mam.

Do Wrocławia przyjeżdża Pan często?

Częściej niż kiedyś, odwiedzam rodzinę, spotykam się kolegami z X liceum. Szczęśliwie, nie ma między nami dystansu. Potrafią być krytyczni: „Andrzej, jakiegoś ty knota wyreżyserował” i wszystko jest w porządku, nie gniewam się, bo mają rację. Myślę o tym, by tu się przenieść. W tej chwili mieszkam w Los Angeles, Toronto, okazjonalnie w Londynie. Całe życie na walizkach, a teraz coraz bardziej ciągnie mnie do Wrocławia.

Nie myślał Pan nigdy o nakręceniu filmu w Polsce, we Wrocławiu?

Kiedyś miałem szansę nakręcić „Weisera Dawidka”, ale wtedy o sprawie przesądziły terminy. Wrocław oczywiście brałem pod uwagę, szczególnie teraz. Kiedy się tu mieszka, człowieka tak nie pociąga klimat, ale dystans sprawia, że docenia się to piękne miasto.

Teraz przymierzam się do reżyserowania westernu, a potem? Może film, w którym zagra Wrocław...?

 

fotografie: Janusz Krzeszowski