Zbigniew Czwojda, czołowy wrocławski muzyk jazzowy, trębacz, lider sławnych zespołów „Crash” (1976) i „Sami Swoi” (1981). Założyciel zespołu „Czwojda Band” (2002). Wraz z żoną Mirosławą prowadzi Wrocławską Szkołę Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Ściśle związany z Festiwalem Jazz nad Odrą. Wieloletni członek Rady Programowej, juror konkursu na indywidualność jazzową i twórca jego nowatorskiej formuły. Dyrygent festiwalowego big bandu, aranżer, wcześniej dwukrotnie nagradzany laureat przeglądu konkursowego JnO jako członek zespołów „Freedom” i „Spisek Sześciu”. Wieloletni Prezes Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego we Wrocławiu. Za całokształt pracy twórczej odznaczony przez Ministra Kultury medalem Gloria Artis oraz nagrodą Złota Tarka przyznawaną przez środowisko jazzowe.
POCZĄTKI FESTIWALU I POCZĄTKI TWÓRCZOŚCI
Kinga Rękawiczna: Jakie były początki najstarszego festiwalu jazzowego we Wrocławiu?
Zbigniew Czwojda: W latach 60-tych Jazz nad Odrą stanowił jedyną szansę, by się pokazać i zaprezentować muzykę jazzową. Choć był to studencki festiwal, występowali na nim różni twórcy, nie tylko studenci. Przez Jazz nad Odrą przewinęło się gro artystów, którzy następnie tworzyli czołówkę polskiej sceny muzycznej. Było także wielu takich, których dzisiaj nie kojarzymy z jazzem, przykładowo Zdzisława Sośnicka, Wojciech Gąssowski, czy Sławomir Łosowski (założyciel zespołu Combi) ze swoim trio jazzowym.
K.R. Trudno było grać jazz?
Z.C. Kiedyś muzyk jazzowy musiał przejść „weryfikację jazzową” przed komisją w Warszawie. Ja sam taką przeszedłem, a w mojej komisji egzaminacyjnej siedzieli m.in. Nahorny, Namysłowski, Sadowski. Trzeba było zagrać standard jazzowy, tak jak w szkole na egzaminie. Po takiej weryfikacji mogliśmy być członkami Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego i nazywać się jazzmanami. Oprócz tego jazzmani musieli przejść jeszcze weryfikacje obowiązujące wszystkich muzyków - w zależności od poziomu muzycznego: gastronomiczną, estradową (klasa A lub B) lub tę najważniejszą
(najwyższą) wydawaną przez Ministerstwo Kultury tzw. ministerialną (klasa S). Tylko takie weryfikacje zapewniały możliwość legalnego występowania i zarabiania na tym.
ZAKAZANY JAZZ I TEATR WOLNOŚCI
K.R. A zakazy wprowadzane przez socjalistyczne władze?
Z.C. Za granicą było łatwiej koncertować. W Polsce w latach 60-tych i 70-tych w szkołach muzycznych granie jazzu nie było mile widziane, więc ukrywaliśmy się z tym hobby. Ja osobiście nie miałem kłopotów, gdyż trafili mi się profesorowie, którzy zezwalali na granie jazzu. Jednak niektórzy moi koledzy nie mieli takiego szczęścia i zdarzały im się różne kłopoty z tego powodu. Gdy profesorowie z Akademii Muzycznej dowiadywali się, że ktoś gra jazz, reagowali różnie. Miałem znajomych klarnecistów, którzy grali na saksofonie. Niektórzy zostali z tego powodu relegowani z uczelni.. Uczniowie i studenci jazz mogli grać w tajemnicy, dopiero po lekcjach. W tym czasie wielu muzyków jazzowych wyjechało za granicę. Teraz mamy na uczelniach wydziały jazzowe, ale wtedy była tylko ortodoksyjna klasyka.
K.R. Czy dlatego pierwszy zespół nazywał się „Freedom”?
Z.C. Założycielem zespołu „Freedom” był Ryszard „Gwalbert” Misiek, wrocławski saksofonista samouk. Ja w tym czasie grałem w średniej szkole muzycznej klasykę na trąbce i dopiero zaczynałem granie jazzu. „Misiek” nie chodził do żadnej szkoły i sam doszedł do mistrzostwa w grze na instrumencie. I zawsze chciał grać inaczej od wszystkich. Wymyślił sobie, że będzie grał tzw. free jazz. Swobodną interpretację, czasami za bardzo swobodną. Bez żadnych kanonów, reguł gry. U niego była tylko własna inwencja, pominął wszystkie konwenanse.
Nazwa „Freedom” oznaczała wolność muzyczną, choć w kontekście panującego ustroju była też wolnością „systemową”. Na przekór wszystkiemu, wszystkim utartym schematom w muzyce jazzowej.
K.R. I to się sprawdziło. Zdobyliście pierwszą nagrodę na Jazzie nad Odrą w 1971r.
Z.C. Nasz występ był spektaklem, światła zostały przyciemnione. Nikt czegoś takiego nie zrobił ani przedtem, ani nawet do dzisiaj. To było bardzo dobrze przemyślane i tak samo przyjęte. Jury wręcz nie mogło wydać innego werdyktu. Opowiedziana została historia, to nie była tylko muzyka. Cały spektakl, jak i skład zespołu był pomysłem „Miśka”.
Z.C. „Freedom” zakończyło działalność po kilku festiwalach, gdy Gwalbert przekształcił zespół w teatr muzyczny. Spektakl na „Jazzie” był przyczynkiem do wykreowania Polskiego Teatru Instrumentalnego w Gdyni, którego został dyrektorem. Realizował tam sztuki teatralne (np. „Joanna d’Arc”) w których aktorami byli muzycy i operę instrumentalną. Muzycy jednocześnie grali na instrumentach i odgrywali role teatralne. Później „Misiek” dostał zaproszenie do McGill University w Montrealu, gdzie otworzył Wydział Teatru Instrumentalnego. Do Wrocławia wrócił po wielu latach, niestety już zapomniany, a później niedoceniany. Miał wyjeżdżać do Japonii, gdzie dostał zaproszenie, by stworzyć w Tokio teatr instrumentalny, lecz zmarł niespodziewanie w ubiegłym roku.
K.R. Później były kolejne zespoły i coraz większa popularność.
Z.C. Gdy z zespołem „Crash” na międzynarodowym festiwalu jazzowym w San Sebastian w 1976 r. zdobyliśmy Grand Prix, jeździliśmy z koncertami po Hiszpanii. Później w Holandii w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych z następnym zespołem „Sami Swoi” zjeździliśmy niemalże wszystkie miasta. Były też trasy po Niemczech, a jako jedni z nielicznych graliśmy w klubach studenckich w Skandynawii. Koncertowaliśmy w Szwecji i Danii, głównie w Kopenhadze. W Szwecji i Finlandii jest wielu dobrych muzyków, którzy grają jazz mainstreamowy, tzw. muzykę środka, wspomina muzyk.
Skandynawowie korzystają ze swojej muzyki ludowej, czego próbkę daje Jan Garbarek, norweski muzyk polskiego pochodzenia. W Polsce przedstawicielem takiego jazzu jest Zbigniew Namysłowski.
CRASH
CZY ROCK SIĘ KOŃCZY?
K.R. Co z innymi rodzajami muzyki? Na światowych playlistach coraz mniej jest rockowych utworów, zdominowała je Lady Gaga.
Z.C. Akurat tego rodzaju muzyki nie lubię. Choć istnieją odmiany ciekawej muzyki rozrywkowej, jak rock, czy blues. Jest też wiele rodzajów muzyki, na przykład ostrego, metalowego grania, którego nie słucham, lecz doceniam, bo grają tam dobrzy muzycy. Moja córka czasami przynosi mi różne takie utwory. Niezłych muzyków, wokalistów. To od razu słychać. Choć czasami wiadomo, że to amatorzy i czegoś takiego nie lubię słuchać. Jeżeli rock umiera, to zła wiadomość. Bo dobry rock to ważna muzyka. Tak samo blues.
Teraz mamy rap, hip-hop, amerykańskie style, które przejmujemy. Tutaj liczy się tekst, a nie melodia. Za to w pięknej muzyce słychać linię melodyczną, frazy, dźwięki w szerszych przestrzeniach.
ODPŁYNĄĆ NA JAZZOWEJ FALI…
Z.C. W jazzie niesamowite jest już samo granie i możliwość improwizacji. Są takie koncerty, na których przeżycia są wręcz metafizyczne. W przeciągu wielu lat mojego grania może dziesięć razy odczułem taki stan. Odpłynąłem i nie interesowało mnie, czy ktokolwiek jest obok, czy jest widownia, ile osób. Nie zawsze jednak się uzyskuje taki efekt, choć do tego dążymy. Dużym przeżyciem wewnętrznym bywają także spontaniczne występy artystów, tzw. jam session.
K.R. Gdyby wymienić choć jeden taki koncert…
Z.C. Grywaliśmy swojego czasu w krajach Beneluksu, w latach 80-tych i 90-tych. Byłem wtedy liderem zespołu „Sami Swoi” (później The New Sami Swoi”), znali nas w całych Niemczech, za to w Polsce graliśmy niewiele, choć mieliśmy trasy, m.in. z Andrzejem Rosiewiczem. Za granicą miesięcznie bywało około dziesięciu koncertów, co było jednocześnie bardzo dobrym zarobkiem. Nie znam dzisiaj zespołu, który by wyjeżdżał na regularne trasy do Niemczech. Mieliśmy bazę w Wuppertalu, niemieckiego menadżera i przez dwadzieścia lat graliśmy w ten sposób. Wtedy też, w 1986 roku, poznałem świetnego wokalistę, czarnoskórego Wayne’a Bartlett’a. Występowaliśmy razem w całej Europie, Polsce, także we Wrocławiu. Wspólne granie z Wayne’m było niezapomniane.
MUZYKA, CHARYZMA I ŚMIERĆ
Z.C. Wayne Bartlett miał nietuzinkowy głos. Miał niesamowite podejście do tego zawodu, do sposobu zachowywania się i bycia na scenie. Taką sceniczną charyzmę. Potwierdza to także Ewa Bem, która zaśpiewała z nim w duecie telewizyjnym.
Ten artysta mógł zrobić wielką karierę, także w Stanach Zjednoczonych. Bardzo doceniany był w Niemczech, lecz nie chciał tam zostać, ani śpiewać po niemiecku, jak na przykład Roberto Blanco.
Wayne zmarł na białaczkę, a ja już nigdy nie znalazłem takiego wokalisty. Przez długi czas nie chciałem zresztą nikogo innego. Dopiero niedawno nawiązałem współpracę z Sydney Ellis, która okazjonalnie śpiewa z moim zespołem „Czwojda band”.
fot. Piotr Guzek
JAZZOWY KAPITALIZM
K.R. Czy Pan chciał robić karierę za granicą?
Z.C. Miałem wiele propozycji, aby zostać za granicą. W Europie, Ameryce, nawet w Afryce, czy gdziekolwiek indziej. W Polsce tak samo. W Warszawie miałem bardzo dobrą ofertę, nie skorzystaliśmy. To we Wrocławiu, razem z żoną, chcieliśmy mieszkać i pracować. Nie mógłbym zamieszkać w Niemczech z różnych powodów. Tam były tylko występy gościnne. Choć przyjmowano nas bardzo ciepło i pieniądze też były dobre - to jednak owe pieniądze nie są najważniejsze.
K.R. Zdaje się, że jazzmanów pieniądze ani stała praca się nie trzymają?
Z.C. Muzyków jazzowych można śmiało nazwać pierwszymi polskimi kapitalistami. Nie mieliśmy stałego zatrudnienia, etatu, ani opieki zdrowotnej czy ubezpieczeń społecznych. Żartobliwie można to określić formą komunistycznej „działalności gospodarczej”. Funkcjonowaliśmy poza systemem, ścigała nas policja, bo nie mieliśmy stałego zawodu ani zarobków. Takie „kolorowe ptaki”. Nawet dzisiaj inni muzycy mają etaty w filharmonii czy teatrach, ewentualnie na uczelniach jako wykładowcy. Tak samo aktorzy czy muzycy w operze czy operetkach. Jazzmani musza sobie samodzielnie zapewnić zatrudnienie, zorganizować występy i oczywiście przy tym rozliczać się z podatków. Ja dla siebie stworzyłem etat w szkole. Na szczęście jazz funkcjonował w Polsce od dawna, a jazzmani potrafili się utrzymać. Na przełomie lat 50, 60 i 70-tych, gdy muzyka jazzowa była na marginesie ustroju, zaczął się nawet pewnego rodzaju „snobizm na jazz”. Tej zakazanej muzyki słuchali przede wszystkim studenci i intelektualiści. Gdy pojawiły się pierwsze sygnały przyzwolenia dla muzyki jazzowej, na pierwszy festiwal Jazz nad Odrą przybyły tłumy. Do organizacji następnych edycji festiwalu brać studencka miała już swoje sposoby, aby przekonać partyjnych towarzyszy. W „Pałacyku” i w knajpkach „zmiękczali” ich na różne sposoby, aby dostać dofinansowanie na następne koncerty. Zresztą wtedy wszystkie studenckie wydarzenia kręciły się wokół tego miejsca i Zrzeszenia Studentów Polskich.
I tak Jazz nad Odrą odbywa się do dzisiaj, choć nie jako festiwal studencki lecz miejski.
ZJADACZE ZĘBÓW WSKAZUJĄ
K.R. Do Konkursu na Indywidualność Jazzową wprowadził Pan znaczne zmiany.
Z.C. Zgadza się. Muzycy najpierw prezentują swoje utwory, a po występie mają możliwość porozmawiania z jury. W czasie gdy następna grupa montuje sprzęt, uczestnicy otrzymują „na gorąco” informacje o swoim występie. Podczas luźnej rozmowy od razu mogą dowiedzieć się, co zmienić, a co było dobrze. Doświadczeni jazzowi muzycy mogą doradzić młodym co i jak zagrać, albo na kim się wzorować, czy które utwory warto posłuchać. Są to takie „wskazówki od starych wyjadaczy” którzy „zjedli na tym zęby”. To się bardzo dobrze sprawdza, a młodzi muzycy z niecierpliwością czekają na rozmowę z jurorami. Mają naprawdę wiele pytań. Wyjątkowe w konkursie jest też to, że nagradzamy indywidualnych wykonawców. Oczywiście cały zespół również może zostać nagrodzony, jeżeli zobaczymy w nim potencjał na przyszłość.
K.R. A jak to wygląda z perspektywy jurora?
Z.C. Od razu widać, jak kto gra. Czasami po pierwszych dźwiękach słychać, że to muzyk dużego kalibru. Tak było z Krzysztofem Urbańskim, który został nagrodzony na 44. JnO.. Miał coś do powiedzenia. My oceniamy harmonię jazzową, jakość dźwięków. Czasami pokrywa się to z opinią widzów, a czasami nie.
SZKOŁA JAZZU
K.R. Wraz z żoną Mirosławą prowadzi Pan również Wrocławską Szkołę Jazzu i Muzyki Rozrywkowej.
Z.C. Jest to jedyna w Polsce samodzielna szkoła jazzu na poziomie II stopnia. Odbywają się tutaj wyłącznie zajęcia z jazzu i muzyki rozrywkowej, a dla uczniów przeznaczony został cały budynek szkoły, a nie tylko jeden wydział, czy jedna klasa. To nowatorski pomysł w skali kraju. Aktualnie wspólnie z Centrum Edukacji Artystycznej Ministerstwa Kultury opracowujemy podstawy programowe dla tego typu szkół. Wszystkie następne szkoły jazzu, które powstaną w Polsce, będą się wzorowały na Wrocławskiej Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. W naszej szkole zatrudniamy wrocławskich i nie tylko, jazzmanów. Mile widziani są u nas wszyscy muzycy, często odwiedzają nas i naszych pedagogów. W szkole odbywają się próby zespołów szkolnych i zespołów naszych pedagogów. Chcieli byśmy żeby szkoła spełniała funkcję integracyjną środowiska jazzowego.
CZWOJDA BAND
K.R. Zespół „Czwojda Band”, czyli ojciec i dzieci w składzie wzmacnianym przez gościnnych muzyków. Czego możemy się spodziewać w najbliższej przyszłości?
Z.C. Większość czasu zajmują mi obowiązki dyrektora szkoły. Oczywiście chętnie grywam z moimi dziećmi Michałem-perkusistą i Magdą-gitarzystką. Niestety, (ale to dobrze) one mają coraz mniej czasu . Są tak zapracowani, że trudno mi uzgodnić termin wspólnego grania. Przygotowuję jednak nowe utwory, znów zacząłem ćwiczyć intensywnie grę na trąbce. Nie wiadomo jeszcze, kiedy będzie można nas posłuchać, bo nie lubię robić niczego „na pół gwizdka”. Prawdopodobnie stylistyka nagrań będzie utrzymana w stylu smooth jazz. Już w roku 1991 zacząłem nagrywać takie utwory, lecz nigdy nie doszło do ich wydania. Wtedy nikt w Polsce nie był zainteresowany takimi utworami, z trąbką jako instrumentem przewodnim, choć znamy przykłady takich wykonawców za granicą m.in. Chuck Mangione i Chris Botti. Będzie to miękkie granie w polskim wydaniu.
Jeden z takich kawałków można odsłuchać na profilu muzyka na myspace – „Saving all my love For You”.