WRACAJĄC DO JATEK
(Informator ZPAP CZERWIEC 22/2002)
W moim krótkim życiu z Jatkami zacząłem bardzo wcześnie i dość dramatycznie. Będąc początkującym licealistą dostałem wraz z kolegami zadanie od pani profesor języka polskiego (prof. M. Dudzik – a niech ma) napisanie minireportażu o jakimś ciekawym miejscu we Wrocławiu. Ja, już wtedy wędrowniczek i wagarowiczek, napisałem o nikomu, ale to prawie nikomu nie znanej uliczce o niezwykłej nazwie Jatki
A’propos wagarów, to moje zainteresowanie sztuką bierze się z rozkosz wagarowania w ówczesnym Muzeum Śląskim, obecnie Narodowym. Bo wtedy (lata sześćdziesiąte) w kinach były kontrole tzw. „trójek” – kto spędza słodki czas poza szkołą, a komu by przyszło do głowy kontrolować kogoś w muzeum. Zresztą ja tam bywałem samiuteńki wraz z paniami robiącymi na drutach.
Ale wracając do Jatek. To było wówczas jedno gliwiejące rumowisko ze śladami kramów. Zalatywało wilgocią i szczynką, i to wszystko w stałym półmroku. No i ten rynsztok, jeden jedyny taki we Wrocławiu. I ja o tych resztkach kramów, o oprawcach zwierząt i rynsztoku, o posoce, która spływała doń... Serce włożyłem, bo temat znałem. Napisałem „jak trza” – początek, rozwinięcie, zakończenie. Reportaż coś odkrywał, bo takie to jego zadanie. Pani profesor oddaje przeczytane wypracowania... i co ja widzę?... dwója!.... a niżej – ZA NIEATRAKCYJNOŚĆ TEMATU!!! Tę dwujaszkę i to co pod nią będę pamiętał do końca dni swoich, chyba że mi pomoże zapomnieć nasz krajan, wrocławianin Alzhaimer (zapomniałem jak się pisze jego nazwisko, a to już jakiś objaw). A tak na boku – czy ZPAP nie mógłby ogłosić konkurs na pomnik Alzhaimera z takim napisem: „Ku pamięci – Alzhaimerowi, postawiony by nie zapomnieć”?
Ale do Jatek. Jakiś czas potem, między moim „chodzeniem” na studia polonistyczne (tu wagarowałem „chodząc” do Państwowej Szkoły Sztuk Przepięknych. To już tak trzydzieści lat! Powinienem dostać od Akademii dyplom za chodzenie) a Szkołą Teatralną byłem za instruktora k.o. w Domu Kultury „Starówka”. Wejście od Świętej Elżbiety, a okna na Jatki. Tam był cieciem niejaki pan Gładys Józef i on mi się zapamiętał jako „wieczorowy sprzątacz”. Otóż on też sprzątał ten Dom Kultury, poczym otwierał okno od strony Jatek i sru... śmieci na uliczkę, i stąd ta tradycja mieszkańców tej uliczki do dzisiaj. A co najważniejsze jest w życiu? Jak śpiewał Tewie w „Skrzypku na dachu” – TRADYSZYN! Swojak polski ja się nie opluje i wokół siebie, to czuje się zagrożony. Taki psi ślad.
Potem uliczkę i kamieniczki z kramami szast-prast wyremontowano. Chwała temu, który walczył o niewyburzenie uliczki, a były takie zakusy. Widział tu piękno zarosłe syfem. I tym chwała, którzy to podnieśli z lepkiego gruzu-gnoju. Niech imiona i nazwiska będą wszem znane, bo należy się im pokłon z jakiejkolwiek by byli konstelacji. Niewytłumaczalne za to jest zasiedlenie ludźmi, którzy absolutnie nie doceniali i nie doceniają do tej pory tego miejsca. Tu, gdzie obecnie ma lokum Związek, zadomowił się pierwszy OKiS (chyba wtedy WOKiS?) i tu było nienajgorzej. Czas płynął, a świat PRL-u stał w miejscu, a może było odwrotnie, w każdym bądź razie uliczka była spokojna, taka n a uboczu i bez patentu, choć było tu ładniej niż gdzie indziej. Surrealizm tamtych czasów jakby sam się programował. Otóż tam, gdzie z piętra wyrzucał śmieci cieć Gładys Józef z wąsikami-pijawkami (Dom Kultury przeniesiono na plac Solny) zagnieździła się tzw. Zieleń Miejska. Takie coś od sprzątania, między innymi trupów z ulicy. Dokładnie tam, gdzie teraz jest Klub na Jatkach. Trzymano tam łopatę, grabie, taczki i budowano kolejne ścianki działowe (dział łopat, dział grabi, dział socjalny, dział pani Wiesi, pana kierownika). Nie do uwierzenia ile tam było tych ścianek. Ale nie o tym.
Tak było aż do stanu wojennego. Tu cezura. Pomieszczenia te stały się, uwaga na nazwę – Nocną Pracownią Malarską, a właściwie Zamalowywarską. Mało kto wie, że w tych pomieszczeniach zacumowali swoiści niedocenieni, mało znani malarze. Zwróćcie uwagę – genius loci i tradyszyn! Otóż nocą i tylko późną nocą z tych pomieszczeń wychodzili malarze, którzy zamalowywali to co podły wróg PRL-u bazgrał po murach. Tworzyły się paradoksalne sytuacje: opornik malował „wrona skona” i coś w tym rodzaju, a za węgłem czekał „malarz wojenny” i to zamalowywał, po czym znikał, a to zamalowidło było dobrą płaszczyzną, by ci z Pomarańczowej malowali na nim swoje krasnoludki. Symbioza jak w przyrodzie. Zamalowywaczy obowiązywał jeden kolor: „brąz srakulski”. Historykom sztuki to poświęcam i przypominam, że tu były początki czegoś jeszcze w sztuce nie opisanego.
Teraz będzie część z mottem wziętym z piosenki Włodzimierza Wysockiego: „... ech, dorogije Pany, nie sypcie soli na me rany...” Będzie o klubie. Razu pewnego spotkał mnie apostoł Piotr (apostoł był wtedy w sandałkach) i powiada: jest wyzwanie, jest przestrzeń po Zieleni Miejskiej i można by zrobić z tego coś co mogłoby być miejscem, jakiego brakuje. Wziął latarkę i pokazał mi to „wyzwanie”. 669 ścianek działowych, gruz w piwnicach po sam sufit, zapach stresu po poprzednikach. „Człowiek z człowiekiem materii zgotował ten los.” Pokazałem „to” Krzysztofowi Zdybałowi i powiedziałem: jest wyzwanie. Potem po kolei: napisałem ofertę programową – jako że był przetarg ofert, potem spędziłem ponad dwa lata w kurzu i pyle, potem było otwarcie, potem wjechało techno i publiczność zwana stado, potem powiedziano mi, że jestem anachroniczny, potem rany się bliźniły i zabliźniły... tu koniec tego aktu. Kurtyna. A życie patataj dalej.
„Nadejszła wiekopomna chwila”, w której błysnął pomysł ustawienia pomnika Zwierząt Rzeźnych. Jest to przykład niedocenianej u nas „sztuki publicznej” tworzącej klimat. Jestem, bez kadzenia i wazeliny, dumny, że zwrócono się do mnie, do pierwszej eksplikacji zrealizowanej Piotrowej idei. Podkreślam – zrealizowanej. Bo to też swoista sztuka – idee zrealizować. Dalej podtrzymuję, co powiedziałem na pierwszej odsłonie rzeźb, że będą to jedyne rzeźby z brązu, których nie pokryje patyna, bo o to by tak było postarają się dziecięce pupki, które z całą zapalczywością je glancują. Publika kocha te zwierzęta. Przewodnicy prowadzą tu wycieczki. A póki co, pozwólcie na to, żeby pierwsza złotówka na rzeźbę osła była moja, bo osła będzie się czciło zawsze.
O moich kochanych przyjaciołach galernikach to chciałbym napisać osobno. Kocham ich – te słupy ostańce.
(Stanisław Wolski)