(Nie)zwykłe matki niezwykłych wrocławian

„...W moim dzieciństwie każdy dzień roku był dniem Matki. Każdy poranek był dniem Matki. I południe i wieczór i noc” – pisał zmarły przed dwoma laty poeta Tadeusz Różewicz, mocno związany z dolnośląską stolicą, Honorowy Obywatel Wrocławia z 1994 r. Matki znanych wrocławian to postaci, o których wiemy mniej niż o ich nieprzeciętnych potomkach. Często nieśmiałe, pogodzone z losem, ale przepełnione troską i miłością o najbliższych. Pierwsze przewodniczki swoich sławnych dzieci…

  • Grotowski

    Emilia Grotowska z synami – z Jerzym i Kazimierzem, rok 1933, źródło: http://www.zwoje-scrolls.com/


Matka Tadeusza Różewicza – Stefania Maria z Gelbardów pochodziła z rodziny żydowskiej, ale dla mężczyzny, którego kochała i z którym postanowiła założyć rodzinę, zdecydowała się przyjąć chrzest. Różewiczowie po I wojnie światowej osiedli w Radomsku i tam urodził się Tadeusz – jedno z pięciorga dzieci Stefanii i Władysława. Ojciec utrzymywał rodzinę z pensji niższego urzędnika sądowego. Na jego żonie spoczął obowiązek wychowywania potomstwa i prowadzenia domu. O jej pasjach, zainteresowaniach wiadomo na pewno, że skupiła je na swoich… dzieciach. Miała w tym względzie wystarczająco dużo „pole do popisu” każdego dnia. Nietrudno sobie bowiem wyobrazić, ile uwagi, troski, miłości i przywiązania musiała nosić w sobie, żeby równo obdzielić nimi wszystkich potomków, zmagając się przy tym z wieloma przeciwnościami losu – choćby, gdy wybuchła wojna, z finansowymi problemami. Nie do wyobrażenia jest zaś cierpienie matki, która traci syna i to w tak brutalnych okolicznościach, w jakich życie stracił brat Tadeusza – Janusz rozstrzelany przez Niemców w sierpniu 1944. Pani Stefania przeżyła swoje dziecko o kilkanaście lat (1957), ale zmarła 20 lat wcześniej niż jej mąż, ojciec Tadeusza.

Jednak wydaje się, że to z matką poeta, który związał się na wiele lat z Wrocławiem, czuł szczególną więź i niewypowiedzianą wdzięczność za to, że była. To, czego nie powiedział jej jednak, gdy żyła, to czego nie zrobił, gdy mógł się z nią widywać, te emocje, których się bał/wstydził wtedy, gdy odwiedzał ją w Radomsku, gdzie zakończyła swoje życie – poeta Tadeusz Różewicz wyrzucił z siebie po latach – w niesamowicie osobistym i pięknym utworze „Matka odchodzi”: Teraz, kiedy piszę te słowa, oczy matki spoczywają na mnie. Te oczy, uważne i czułe pytają milcząc: „'Co cię martwi synku...?'” Odpowiadam z uśmiechem: „'nic...wszystko w porządku, naprawdę, mamo''. – „No powiedz – mówi matka – co cię trapi?” Odwracam głowę, patrzę przez okno... Oczy matki wszystko widzące patrzą na urodziny, patrzą przez całe życie i patrzą po śmierci z „tamtego świata”. Nawet jeśli syn zamieniony został w maszynę do zabijania albo w zwierzę mordercę oczy matki patrzą na niego z miłością... patrzą.

„Matka była moim pierwszym guru”…

…po latach – pracy artystycznej, rozgłosu i znaczenia, które zyskał w historii teatru – powiedział o swojej mamie, Emilii z Kozłowskich Grotowskiej – Jerzy Grotowski. Wrocław będzie zawsze kojarzony również z jego nazwiskiem. Twórca znanego na całym świecie Teatru Laboratorium, honorowy wrocławianin z 1998 r. Bez ryzyka przekłamania można powiedzieć – podkreślali bowiem to zawsze bracia Grotowscy, Jerzy i Kazimierz – że to, kim został, jak zasłużył się sztuce jako reformator teatru, Jerzy Grotowski zawdzięcza swojej matce, pani Emilii.

Była rodowitą lwowianką, mocno przywiązaną do tradycji rodzinnych, pięknie opowiadała, a także spisywała te historie. Z wykształcenia nauczycielka, rok starsza od swojego męża – Mariana, którego poznała jako 16-latka. Gdy na świecie pojawiły się ich dzieci – w roku 1930 Kazimierz (został profesorem fizyki), a trzy lata później Jerzy, ich matka była gotowa na każde poświęcenie dla męża, więc podążała wszędzie tam, gdzie znalazł nowe miejsce pracy. We wrześniu 1939, po rozdzieleniu z Marianem Grotowskim, chroniła synów, uciekając z nimi na Ukrainę. Zresztą męża nie spotkała już nigdy potem, choć poznała jego dalsze losy i utrzymywała z nim ożywioną korespondencję. W 1944 r. dowiedziała się, że mąż przeżył, a on sam dał znać z Londynu. Liczyła na jego powrót, ale z czasem przekonała się, że to się nie stanie. Nie udał się też wyjazd za granicę, choć takich prób podejmowała kilka. Koniec końców pani Emilia chyba pogodziła się z tym, że do męża do Anglii nie pojedzie, a to oznaczało właściwie jedno – koniec jej niedługiego małżeństwa. Skupiła się więc na synach, z Marianem Grotowskim pozostając w kontakcie korespondencyjnym, aż do śmierci męża na atak serca w Paragwaju w 1968 r. Gdy synowie jej to powiedzieli, pani Emilia miała zawołać: Nigdy go już nie zobaczę!
Całą miłość skupiwszy na synach, matka Jerzego Grzegorzewskiego była dla swoich dzieci wielkim autorytetem, a także towarzyszką podróży. Sama chorowała na serce, ale nie potrafiła odmówić sobie wędrówek po górach. Z Kazimierzem podróżowała po Europie, z Jerzym była też w Indiach i na Cejlonie. Zbierała wszystkie wycinki prasowe na temat jego pracy artystycznej w Polsce i na świecie. A zmarła – w podobny sposób jak jej „korespondencyjny” mąż – na atak serca. Tę ogromną rolę, jaką odegrała w rodzinie, twórca Teatru Laboratorium skomentował jednoznacznie: Matka była moim pierwszym guru.

„Święta” matka świętej

Augusta Stein z domu Courant, rodem z Lublińca, to matka Edyty Stein, zwnej później św. Teresą Benedyktą od Krzyża, urodzonej we Wrocławiu w roku 1891, „filozofki światła”, która została męczennicą Kościoła katolickiego. Od roku 1999 Patronki Europy.

Augusta spełniła się wyjątkowo jako matka, wydała bowiem na świat jedenaścioro potomstwa, a potem wszystkie siły i czas poświęciła tej sporej gromadce pociech i dbałości o dom. Była niewiastą bardzo zaradną i praktyczną, miała rękę do owoców i warzyw, które lubiła uprawiać, uzupełniając w ten sposób domową spiżarnię, nieraz świecącą pustkami. Biznes opałowy jej męża Zygfryda nie miewał się bowiem najlepiej, a z czasem było tylko gorzej. Gdy więc Steinów doszły słuchy o mieście, które daje większe możliwości, czyli o Wrocławiu, właśnie tam wyruszyli. Tam też na świat przyszła ich najmłodsza córka, przyszła święta – Edyta.
Auguście nie tylko o większe możliwości zarobkowania chodziło. Jako troskliwa matka wiedziała, że jej dzieciom należy się porządna edukacja, a o taką w dużej metropolii na pewno było ławiej. Z czasem okaże się, że miała rację, zwłaszcza Edyta zasmakowała w w zdobywaniu wiedzy – na miejscowym uniwersytecie studiowała germanistykę, historię i psychologię.

Wrocław nie okazał się taką krainą obfitości, o jakiej myśleli Steinowie. Augusta jednak nigdy nie uskarżała się na niedostatki. Nawet wtedy gdy dopadło ją najgorsze – tragiczna śmierć męża i los wdowy z gromadą dzieci wielkim mieście, nie poddała się jednak, a jej godna podziwu odwaga postrzegana była niemal jak szaleństwo. Niewiele znając się bowiem na handlu drewnem, matka Edyty postanowiła przejąć zadłużone przedsiębiorstwo, by ratować rodzinę. Szanowala i lubiła ludzi, i nie bała się ciężkiej pracy, dlatego jej ryzykowne postanowienie po latach zaowocowało – opinią najlepszego kupca w branży i własną kamienicą (przy dzisiejszej ul. Nowowiejskiej 38). Edyta tak opisała swoją matkę: Sama [Augusta] poprzestawała prawie na niczym. O jej ubiór musiały się troszczyć córki. Najczęściej to, co było potrzebne, sprawiało się matce na urodziny, gdyż w przeciwnym razie zbyt się broniła przed przyjęciem czegoś nowego. A nawet wtedy czyniła nam wyrzuty, że wydaliśmy niepotrzebnie pieniądze.

Zapracowana Augusta nigdy nie zabiedbała dzieci. Stworzyła im dom, w którym była dla nich niekwestionowanym autorytetem. Nie apodyktyczną matką, ale czułym człowiekiem, gotowym przeżywać razem ze swoimi najbliższymi i radość, i porażki. Wierna rodzinie z Lublińca, wierna także do śmierci Zygfrydowi, nie wyszła powtórnie za mąż. Żarliwie wierząca w Boga, nie usiłowała wymóc na najmłodszej córce, gdy ta jako nastolatka stała się ateistką, zmiany decyzji. Swojemu potomstwu pozostawiła wolność wyborów, a one szanowały jej zwyczaje religijne, odziedziczone po przodkach.
Augusta zmarła w 1936 r., na sześć lat przed dniem, gdy jej ukochaną Edytę zagazowano w niemieckim obozie zagłady w Oświęcimiu. Stwórca, który tak często poddawał matkę ciężkim próbom, tym razem zadbał o to, by jej serce  nie pękło z rozpaczy…

Źródła: Tadeusz Różewicz „Matka odchodzi”, Kazimierz Grotowski „Portret rodzinny”, Krzysztof Kunert „Augusta Stein – Mama Edyty”; fot. wikipedia, http://www.zwoje-scrolls.com/
Zgłoś uwagę