| Miśnia podbija cenę. Rozmowa z Jolantą Sozańską, kuratorką pokazu porcelany miśnieńskiej w Muzeum Narodowym20 stycznia 2012 15:50 Artykuł archiwalny | |
- Trzeba było strzec wiedzy o całym procesie wyrobu porcelany, więc wynalazcę Böttgera i jego kilku współpracowników przeniesiono do zamku Albrechtsburg w Miśni, gdzie wszyscy pracowali w bardzo ciężkich warunkach wytwarzając porcelanę. Po kilku latach nie różniła się ona od oryginalnej chińskiej, a wkrótce wyroby miśnieńskiej manufaktury i niepowtarzalne wzory nadawały ton wszystkim osiemnastowiecznym wytwórniom europejskim-opowiada Jolanta Sozańska, specjalistka w dziedzinie ceramiki i współautorka (wraz z Magdaleną Karnicką) pokazu „Marka białego złota” w skarbcu wrocławskiego Muzeum Narodowego wyjaśniając tajemnice sukcesu słynnej miśnieńskiej manufaktury i opisując techniki zdobienia porcelany.
Jolanta Sozańska/fot. Tomasz Walków
Magdalena Talik: Kiedy słyszymy porcelana, myślimy- chińska. A przecież trendy światowe wyznaczały także europejskie manufaktury.
Jolanta Sozańska: Na naszym kontynencie istnieje bardzo wiele fabryk porcelany, ale miano manufaktury zwyczajowo przypisuje się miśnieńskiej, dzisiaj nazywanej Staadtliche Porzellan Manufaktur Meissen. Oczywiście, pewien etap produkcji w jakiś sposób zawsze był zmechanizowany, bo nie wszystkie wyroby toczono na kole garncarskim, albo odlewano w specjalnych formach, ale cały proces zdobienia, a zwłaszcza wieloetapowego malowania, odbywał się ręcznie. Motyle, ptaki, kwiatki i inne owady, widoczne często nawet na dużych formach zostały wykonane cienkimi pędzelkami z włosia bobrowego przez specjalistów. Największym kłopotem okazało się uzyskanie granatowo-niebieskiej barwy, którą potrafiono malować w Miśni dopiero pod koniec lat trzydziestych XVIII wieku, a tak zdobione chińskie naczynia już od końca XV wieku cieszyły się największą sławą w Europie. Porcelanie przypisywano magiczne właściwości, wierzono, że można wykryć truciznę, gdy potraw próbowało się właśnie z takiego naczynia.
Jakie nowe elementy pojawiły się w europejskiej porcelanie w stosunku do chińskich pierwowzorów? W czym byliśmy prekursorami?
Na samym początku nie pojawiało się nic nowego poza złoceniami, typowo barokowym przejawem gustu. Najstarsze europejskie wyroby porcelanowe w swoich formach, naśladowały naczynia wykonane z innych tworzyw, głównie ze srebra i złota. Nieco inne również było tworzywo, bo Europejczycy nie potrafili produkować szpatu, czyli tradycyjnej masy chińskiej. U nas zastąpiono ją białą glinką - kaolinem z odpowiednimi dodatkami. Ale kolory pojawiające się na naczyniach europejskich miały odpowiedniki w barwach porcelany japońskiej, czy chińskiej- np. czerwienie, zielenie, żółcie, czy wspomniany już kolor niebieski. Formy naczyń europejskich różniły się od chińskich, ale należy pamiętać, że najstarsza porcelana chińska z VII, czy VIII wieku także bardzo odbiegała swoim wyglądem od tego, co zaczęło się pojawiać w późniejszych epokach. Przypominała współczesne wyroby ceramiczne, a więc grube naczynia z rozmaitymi szkliwami zaciekowymi. O tym, że dany przedmiot nazywano porcelaną decydował dźwięk, który uzyskiwało się po jego delikatnym uderzeniu. Europejczycy poznali dużo późniejsze wyroby z Dalekiego Wschodu. Namiętnie kolekcjonował je król August II Mocny.
Figurka z podobizną Augusta II Mocnego
Jego podobiznę obejrzymy w gablocie. W opisie czytamy, że figurkę wykonano z czerwonej kamionki böttgerowskiej. Rozszyfrujmy ten termin.
Johanna Friedricha Böttgera uznaje się za wynalazcę masy porcelanowej. Był to chemik, który najpierw pracował jako farmaceuta w Berlinie, potem zajął się doświadczeniami z dziedziny alchemii. Jej uprawianie groziło przykrymi konsekwencjami, więc w rezultacie Böttger musiał uciekać z rodzinnego Berlina do Drezna na dwór Augusta II Mocnego, elektora saskiego i króla polskiego. Władca zaprosił go, bo liczył, że za böttgerowską sławą alchemiczną stała możliwość uzyskania kamienia filozoficznego. A stąd już niedaleka droga do produkcji złota. Król potrzebował drogocennego kruszcu na swoje wojny i maniakalne wręcz zbieractwo porcelany dalekowschodniej. Böttger nie mógł sobie wprawdzie poradzić z kamieniem filozoficznym, ale skupił się na wynalezieniu masy, z jakiej można byłoby wykonać naczynia przypominające te, które zachwycały Augusta II. W pewnym momencie połączył siły z geologiem Ehrenfriedem Walterem von Tschirnhaus i w 1709 roku obaj uzyskali masę, z której wykonane naczynia nie kruszyły się po wypaleniu w bardzo wysokiej temperaturze i jednocześnie były białawe. Rok później mocą specjalnego królewskiego edyktu, powołano do życia pierwszą w Europie manufakturę porcelany, która przez początkowe miesiące działała w Dreźnie. Trzeba było jednak strzec wiedzy o całym procesie, więc wytwórnie Böttgera i jego kilku współpracowników przeniesiono do zamku Albrechtsburg w Miśni, gdzie pracowali w fatalnych warunkach wytwarzając porcelanę, która po kilku latach nie różniła się od oryginalnej chińskiej. Wkrótce wyroby miśnieńskiej manufaktury i niepowtarzalne wzory nadawały ton wszystkim osiemnastowiecznym wytwórniom europejskim. Ale tajemnica zaczęła powoli wyciekać z Miśni, bo kilku pracownikom udało się zbiec i sprzedać swoją wiedzę w Austrii, Francji i na innych dworach niemieckich, których władcy mieli podobne do Augusta II apetyty.
Dziś w Miśni artystów nie trzyma się już pod kluczem, choć do pracowni wstęp mają jedynie wybrani. Jak wyglądało malowanie wzorów na naczyniach?
Zachował się w Miśni wzornik pierwszego dyrektora malarni, Höroldta, gdzie na cieniutkiej bibule grafitowym rysikiem naniesiono scenki o dalekowschodnich tematach. Metodą przepróchy z kartonu z odpowiednio perforowanymi konturami nałożonego na wilgotne naczynie proszkiem grafitowym odbijano kontur, a odpowiedni malarze zajmujący się np. tylko i wyłącznie malowaniem kwiatów, czy tylko i wyłącznie zdobieniem złotem, przystępowali do pracy. Jeden malarz nie miał prawa wejść w kompetencje drugiego. Jeśli ktoś malował określony rodzaj kwiatów to przez całe życie.
Na wystawie zobaczymy dwa naczynia ze słynnego serwisu łabędziego. Na czym polega jego wyjątkowość?
Wciąż w miśnieńskiej manufakturze wykonywane są kopie tego serwisu, w dalszym ciągu bardzo drogie, bo zdobienie odbywa się ręcznie. Płaci się za markę białego złota, co zaznaczyłam w tytule wystawy. Zleceniodawcą wykonania tego serwisu był hrabia von Brühl. Nazwisko Brühl to w swobodnym tłumaczeniu „błota”. Hrabiemu zależało na tym, by w dekoracji serwisu były przedstawienia i motywy związane z wodą. Stąd naczynia z ptakami i roślinami wodnymi oraz dalekowschodnie kwiaty (peonie, chryzantemy) i herby. Pierwsza zastawa dla hrabiego składała się z ok. 2200 przedmiotów i przeznaczona była na pompatyczną ucztę dla co najmniej stu osób.
Filiżanka ze spodkiem do czekolady 1735-1740
A jak przedmioty, które obejrzymy, znalazły się w posiadaniu Muzeum Narodowego we Wrocławiu?
Trafiły tu po wojnie, wcześniej były zabezpieczone w rozmaitych składnicach dolnośląskich. Działania wojenne spowodowały, niestety, zniszczenia sporej części zbiorów. Niektóre eksponaty nabyliśmy stosunkowo niedawno. W latach 90. została kupiona filiżanka ze spodkiem do czekolady. Nie ujawnię kwoty, ale kosztowała naprawdę sporo. W dalszym ciągu Miśnia podbija cenę.
rozmawiała Magdalena Talik
| |