Recenzja „Makbeta” Verdiego w Operze Wrocławskiej [DUŻO ZDJĘĆ]

Kiedy w 2014 roku Bruno Berger-Gorski wyreżyserował operę Verdiego w Hali Stulecia udało mu się nie tylko okiełznać olbrzymią przestrzeń, ale i opowiedzieć o zaślepiającej ludzi żądzy władzy. Teraz, gdy niemiecki reżyser zrealizował „Makbeta” na niewspółmiernie mniejszej scenie Opery Wrocławskiej obiecywał, że większy nacisk będzie położony na stronę psychologiczną postaci. Zamiast tego obejrzeliśmy natomiast eklektyczne w formie widowisko, które momentami razi naiwnością. Sytuację ratuje wspaniała partytura Verdiego.

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławskamakbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków

  • makbet, opera wrocławska

    Scena z nowej inscenizacji „Makbeta” Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej/fot. Tomasz Walków


Szkoda, że premiera „Makbeta” rozczarowuje, bo to kolejna inscenizacja opery Giuseppe Verdiego, której w Operze Wrocławskiej warto raczej posłuchać niż obejrzeć (wspominając zwłaszcza wcześniejsze, nie do końca udane – „Joannę d’Arc”, czy „Rigoletta”). Część niemieckich widzów obecnych na sobotniej premierze wydawała się zaskoczona owacją po przedstawieniu. Wiadomo, o gustach się dyskutuje, jednak Niemcy wyjątkowo operę szanują (nie tylko wagnerowskie dramaty) i czują potrzebę o niej dyskutować. Po „Makbecie” pozostało im tylko z politowaniem pokiwać głową. Bo wszystkiego było w tej inscenizacji zbyt wiele.

Władimir Chmielo jako Makbet w operze Giuseppe Verdiego/fot. Tomasz Walków

Niedawno na ekranach kin można było obejrzeć nową ekranizację „Makbeta” w reżyserii Justina Kurzela. Produkcja wyjątkowo udana i wyjątkowo przejmująca, bo wszystko bardzo naturalistyczne, a kadry zaprojektowane ascetycznie i ze smakiem. A przy tym postaci – Makbeta, żołnierza z traumą i jego żony, która nawet jako podżegająca do zbrodni wywołuje w widzu empatię – wzbudzają zainteresowanie i, choć znamy ich losy, śledzimy je z zapartym tchem. Uosabiają cechy i pragnienia, jakie, być może, są w każdym z nas. To tym bardziej przerażające.

Duch Banka w scenie z II aktu/fot. Tomasz Walków

Tymczasem w operowej inscenizacji „Makbeta” brak emocji, a nietrafione pomysły rozwiązania kolejnych scen wywołują momentami wręcz nienaturalną w tym przypadku wesołość. W II akcie, gdy królewska już para wyprawia przyjęcie, a Makbet widzi ducha zamordowanego Banka – tę postać reżyser sadza za stołem, a w kluczowym momencie każe jej zniknąć, zsuwając się pod biały obrus. Nic nie bawi bardziej niż dosłowność. Gdyby duch Banka był zakapturzoną postacią bez twarzy wywołałby lęk znacznie większy niż artysta upozowany na ofiarę zbrodni rodem z tunelu strachów z wesołego miasteczka. Na tym nie koniec. Na sabacie czarownic w III akcie podrygujące wiedźmy „grają” na kościach, pląsają wokół Makbeta, co daje raczej komiczny niż makabryczny efekt. Prawdziwe danse macabre musi przerażać. W akcie IV uciśniony lud ucieka przed tyranią Makbeta z…walizkami, a dyktator ginie…zastrzelony z pistoletu Makdufa. Być może scenograficzne detale nie raziłyby tak mocno, gdyby nie kostiumy głównych bohaterów i chóru, mocno jednak inspirowane historycznymi. Szkoda, że wokół dam w gorsetach i panów w obszytych futrem szatach, krążą współcześni całkiem komandosi (!!!), czy odziani w moro i krawaty żołnierze. A obok stylowego stołu, przy którym Makbet snuje plany o potędze, ustawiane są (w scenie uczty) stoliki na kółkach.

Świetnie przygotowana scena baletowa w III akcie/fot. Tomasz Walków

W eklektycznym scenicznym anturażu widz ma jedno wyjście – może słuchać uważniej muzyki. Warto, bo orkiestrę przygotowała Ewa Michnik z pieczołowitością (świetnie spisują się zwłaszcza instrumenty dęte blaszane), a chór ma tutaj swoje nie pięć, ale znacznie więcej minut. Na długo pozostanie w pamięci przepięknie wykonana scena „Patria oppressa” z IV aktu (brawa dla chórmistrzyni Anny Grabowskiej-Borys). Doskonale przygotowała balet Bożena Klimczak, bo rozbudowana scena z udziałem tancerzy w III akcie to jeden z najjaśniejszych momentów tej inscenizacji. Soliści mogą się podobać, choć śpiewający tytułową partię Władimir Chmielo nie miał w sobotę swojego wieczoru, a jego głos pozostał matowy. Eliza Kruszczyńska jako Lady Makbet podobała się znacznie bardziej (zwłaszcza w scenie przyjęcia w II akcie i w finałowej legendarnej scenie obłędu „Una macchia”), bardzo dobrze zaprezentowali się Makary Pihura w partii Banka i Nikołaj Dorożkin jako Makduf.

Lady Makbet (Eliza Kruszczyńska) i Makbet (Władimir Chmielo)/fot. Tomasz Walków

Zgłoś uwagę