"Madame Butterfly" w Operze Wrocławskiej. Recenzja spektaklu

Nowa inscenizacja wielkiego dzieła włoskiego mistrza w reżyserii Giancarlo del Monaco, jest, po japońsku, ascetyczna, powściągliwa i wyjątkowo mocna w przekazie. Ale, jak zawsze, najbardziej zachwyca muzyka Giacomo Pucciniego. Dobrze, że "Madame Butterfly" po długiej przerwie wraca na afisz Opery Wrocławskiej.

  • madame butterfly opera wrocławska

    Madame Butterfly (Anna Lichorowicz)/fot. Joanna Stoga

  • madame butterfly opera wrocławska

    Pinkerton (James Valenti)/fot. Joanna Stoga

  • madame butterfly opera wrocławska

    Pinkerton (James Valenti) i Madame Butterfly (Anna Lichorowicz)/fot. Joanna Stoga

  • madame butterfly opera wrocławska

    Pinkerton (James Valenti) i Sharpless (Valdis Jansons)/fot. Joanna Stoga

  • madame butterfly opera wrocławska

    Pinkerton w kąpieli (Nikołaj Dorożkin)/fot. Tomasz Walków

  • madame butterfly opera wrocławska

    Goro (Aleksander Zuchowicz) i Pinkerton (Nikołaj Dorożkin)/fot. Tomasz Walków

  • madame butterfly opera wrocławska

    Pinkerton (Nikołaj Dorożkin) i Sharpless (Jacek Jaskuła)/fot. Tomasz Walków

  • madame butterfly opera wrocławska

    Pinkerton (Nikołaj Dorożkin) i Sharpless (Jacek Jaskuła)/fot. Tomasz Walków

  • madame butterfly opera wrocławska

    Madame Butterfly (Eliza Kruszczyńska) w gronie kobiet/fot.Tomasz Walków

  • madame butterfly opera wrocławska

    Madame Butterfly (Eliza Kruszczyńska) i Suzuki (Jadwiga Postrożna)/fot.Tomasz Walków

  • madame butterfly opera wrocławska

    Pinkerton (Nikołaj Dorożkin)/fot. Tomasz Walków

  • madame butterfly opera wrocławska

    Madame Butterfly (Eliza Kruszczyńska) i Pinkerton (Nikołaj Dorożkin)/fot.Tomasz Walków

  • madame butterfly opera wrocławska

    Madame Butterfly (Eliza Kruszczyńska) i Pinkerton (Nikołaj Dorożkin)/fot.Tomasz Walków

  • madame butterfly opera wrocławska

    Madame Butterfly (Eliza Kruszczyńska) i Pinkerton (Nikołaj Dorożkin)/fot.Tomasz Walków

  • madame butterfly opera wrocławska

    Goro (Aleksander Zuchowicz)/fot. Tomasz Walków

  • madame butterfly opera wrocławska

    Książę Yamadori (Łukasz Rosiak)/fot. Tomasz Walków

  • madame butterfly opera wrocławska

    Madame Butterfly (Eliza Kruszczyńska) i konsul Sharpless (Jacek Jaskuła)/fot.Tomasz Walków

  • madame butterfly opera wrocławska

    Madame Butterfly (Eliza Kruszczyńska)/fot.Tomasz Walków


Dawna Madame, współczesna Butterfly

Pamiętam „Madame Butterfly” w Operze Wrocławskiej sprzed lat z Aleksandrą Lemiszką-Myrlak i Kazimierzem Myrlakiem w głównych partiach (duet miłosny z I aktu w wykonaniu małżonków był porywający). Inscenizację wielu z nas wspomina jako bardzo tradycyjną, niepozbawioną wdzięku. Ale w 2015 roku potrzebujemy zupełnie innej Butterfly. Swoją wersję pokazał ponad dekadę temu w Warszawie Mariusz Treliński interesując się orientalną symboliką. Z kolei reżyserujący w Operze Wrocławskiej Giancarlo del Monaco uwspółcześnił libretto (zmienił nieznacznie zakończenie) w sposób wiarygodny i zrealizował spektakl w duchu minimalistycznym, japońskim. Zarówno pod względem kolorów, kostiumów, jak i ruchu scenicznego.

Znakomita scenografia Williama Orlandiego/fot. Tomasz Walków

Obejrzeliśmy losy Butterfly w tonacjach szarości z nieznacznymi plamkami bieli (suknia ślubna bohaterki), akcję przeniesiono do dzielnicy portowej, wizualnie pozornie mało atrakcyjnej, choć scenograf William Orlandi stworzył na scenie fantastyczny krajobraz. Z nałożonymi na siebie kontenerami w roli głównej, jak z placu budowy. Trudno wyobrazić sobie happy end w scenerii, która sprawia wrażenie tymczasowości, fikcji, kłamstwa. Dokładnie, jak związek małżeński, w jaki wstępuje Butterfly, czy kontrakt jej amerykańskiego męża Pinkertona na wynajęcie „domu”, który opiewa na nieskończoną ilość lat.

Japonka w portowym mieście

Akcja wszystkich trzech aktów opery Giacomo Pucciniego rozgrywa się właśnie na owym portowym podwórcu, szarym, pozbawionym życia. Na taką egzystencję skazuje japońską wybrankę Amerykanin, który wkrótce po ślubie odpływa do ojczyzny, by powrócić po kilku latach i zachować się, jak tchórz. Ale „Madame Butterfly” A.D. 2015 ogląda się inaczej nie tylko z uwagi na ponurą oprawę.

Butterfly (Eliza Kruszczyńska) i konsul Sharpless (Jacek Jaskuła)/fot. Tomasz Walków

Reżyser Giancarlo del Monaco, świadom tego, jak inaczej patrzymy dziś na tak aranżowane związki, jak ten w libretcie (często będące handlem żywym towarem, a w najlepszym razie formą prostytucji) pokazuje losy Butterfly – kobiety z honorem w świecie mężczyzn bez honoru. Kobiety (a właściwie 15-letniej dziewczyny) przez mężczyzn sprzedawanej i kupowanej w świecie, gdzie miłość w cieniu kwitnącej wiśni to tylko cyniczna gra w celu usidlenia i wykorzystania wybranki. Świetnie udaje się pokazać także ów cynizm w zetknięciu dwóch odmiennych kultur, gdzie nie obowiązuje szacunek względem inności, ale raczej chęć wyzysku, łatwej, taniej przyjemności. To wizja niedaleka od tej, jaka pojawia się ostatnio w wielu filmach (m.in. „Raj” Austriaka Ulricha Seidla) – obywatele starej Europy, albo Ameryki podróżujący do egzotycznych krajów, by na chwilę rzucić się ramiona tubylców za odpowiednio odliczoną gotówkę albo prezenty, które w razie potrzeby można spieniężyć. Obydwie strony kontraktu wiedzą, czego od siebie oczekują. Butterfly w operze Pucciniego przegrywa, bo kocha i naiwnie liczy na wzajemność. W finale przekonujemy się, że złoty interes zrobili na dziewczynie z Nagasaki nie tylko B.F. Pinkerton, ale i okoliczni bonzowie. Zakończenie opery wersji zaproponowanej przez Giancarla del Monaco jest wyjątkowo gorzkie. Tak, jakby honorowa śmierć Cio-Cio-San nie została przez nikogo uszanowana, bo w końcu kto dziś chyli czoło przed ludźmi honoru.

Obezwładniająca muzyka Pucciniego

W tej ponurej, okrutnej rzeczywistości na plan pierwszy wysuwa się muzyka. Nie ma inscenizacji, która by partyturę Giacomo Pucciniego przyćmiła. Dzieło mistrza weryzmu wciąż poraża z niezwykłą siłą, wzrusza do głębi, zachwyca mnogością zjawiskowych rozwiązań harmonicznych i brzmieniowego bogactwa. Nie ma chyba melomana, który nie wzruszyłby się miłosnym duetem Cio-Cio-San i Pinkertona, przepięknym śpiewem chóru zwiastującym oczekiwanie Japonki na przybycie ukochanego albo finałem, gdy Pinkerton woła z oddali trzykrotnie „Butterfly”, a bohaterka upada popełniając harakiri. Podczas premiery udało się sprawić, że muzyka pozostała pierwszoplanowa, najważniejsza. Zasługa w tym nie tylko śpiewaków, w równym stopniu orkiestry pod batutą Ewy Michnik.

Wrocławska udana obsada

Obsada wrocławska (poza gościnnie występującym tenorem Jamesem Valenti) pokonała trudności wymagającego tekstu muzycznego, ale największy podziw należy się sopranistce Annie Lichorowicz, bo to na jej barkach przez trzy akty jest utrzymanie uwagi widzów, ale i podtrzymanie napięcia. Przepięknie wypadła zwłaszcza w duecie z Jamesem Valenti (Pinkerton) „Voglietemi bene” z I aktu, czy właściwie doskonale poprowadzony cały akt II. Pod względem aktorskim włoski reżyser zadbał o wiarygodność, precyzyjnie odmierzony ruch scenicznych w kluczowych scenach, a śpiewacy, podporządkowując się, uzyskali efekt dużej wiarygodności. James Valenti przekonywał zarówno wokalnie, jak i aktorsko, choć premiera mogła być stresująca (reżyser uznał, że pokaże go w części scen I aktu z gołym torsem). Zabłysnęła mezzosopranistka Barbara Bagińska jako służąca Suzuki, baryton Valdis Jansons w roli konsula Sharplessa, czy Zygmunt Kryczka (w mniejszej partii jako Komisarz).

Pinkerton (James Valenti) i Butterfly (Anna Lichorowicz)/fot. Joanna Stoga

Bilety na najbliższe spektakle „Madame Butterfly” są wyprzedane, ostatnie miejsca zostały na kwietniowe przedstawienie. Byliśmy mocno złaknieni muzyki Pucciniego. Dobrze, że najnowsze premiera ten głód zaspokaja.

Zgłoś uwagę