Lao Che i Maleo Reggae Rockers. Recenzja koncertu w Parku na Wyspie

W 71. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego we Wrocławiu, w nowym miejscu koncertowym – w Parku na Wyspie między zoo a akademikami politechniki, zagrał zespół Maleo Reggae Rockers z projektem „Panny Wyklęte: Wygnane” oraz Lao Che z płytą „Powstanie Warszawskie”. To była udana impreza.

  • lao che koncert wrocław

    Formacja Lao Che


Patriotyczny kontekst

Wszystko zaczęło się z małym opóźnieniem, bo do godz. 18 jeszcze nie wszyscy zdążyli dotrzeć na miejsce. A publiczność dopisała, na koniec imprezy, podczas występu Lao Che pod sceną było z pewnością dobrych kilka tysięcy ludzi. Do Parku na Wyspie przyszły całe rodziny, przeważali ludzie młodzi i bardzo młodzi, ale niecodzienna i uroczysta okazja ściągnęła też sporo osób starszych; wszystkich łączył z pewnością szacunek wobec bohaterstwa powstańców i chęć jego nieskrępowanego zamanifestowania. Widać było biało-czerwone opaski, zdarzały się rogatywki, mnóstwo było t-shirtów z godłem, flagą i patriotycznymi napisami. To robiło wrażenie, choć można było również zwrócić uwagę na pewien estetyczny dysonans związany z wymykającym się jednoznacznej ocenie (a może wydumanym?) konfliktem między szczególnym i trudnym tematem a komercyjną otoczką całego koncertu. Bo czy piknikowa atmosfera ze wszystkimi jej atrybutami (od cukrowej waty po ofertę food tracków) sprzyja jakiejkolwiek, a już szczególnie etycznej refleksji? Czy można autentycznie przeżywać piosenki o bohaterstwie walczących za ojczyznę, leżąc na leżaku, popijając leniwie cydr i podgryzając wegetariańską zapiekankę?

Nie na baczność

Chyba można. Jak zresztą miałby ten koncert wyglądać, by wszystko było „comme il faut”?  Strach pomyśleć. Żaden z wykonawców nie wymagał zresztą od publiki, by ta stała w pozycji na baczność. A w najbardziej interesującym nas, artystycznym sensie zarówno występ Darka Malejonka z zaprzyjaźnionymi wokalistkami, jak i koncert Lao Che były bardzo przyzwoite. Projekt „Panny Wyklęte: Wygnane” w wersji na żywo robił dobre wrażenie, a biorące w nim udział artystki wypadły nieźle, szczególnie Marika. I może jeszcze Kasia Kowalska. Im bliżej końca, tym bardziej się wszyscy rozkręcali; „Noc” śpiewana przez Kasię Malejonek z ojcem była już autentycznie fantastyczna. Lao Che z „Powstaniem Warszawskim” wypadło natomiast... tak sobie. I to nie z własnej winy. Coś było nie tak z dźwiękiem, w trakcie pierwszych utworów kilka razy na ułamek sekundy zapadała cisza, wreszcie w „Starym Mieście” dźwięk padł kompletnie. Publiczność doskonale znała tekst, dokończyła więc utwór za Spiętego (skandowane „Dostępu do włazu my żądamy!” powodowało ciarki na plecach), jednak ta kilkuminutowa przerwa zepsuła dramaturgię całego występu. Porażki nie było, potem wszystko już brzmiało jak trzeba, ale nastrój nieco siadł. Szkoda.

Mimo wszystko warto było tam być. Czy zwierzęta z bardzo pobliskiego zoo (szczególnie niedźwiedzie, ich wybieg znajdował się kilkadziesiąt metrów od sceny) były równie zadowolone, trudno powiedzieć. Może dały się kupić piosenką o misiu Wojtku w wykonaniu Mariki? Powinny. To też był jeden z fajniejszych momentów sobotniego wieczoru.                                  

Zgłoś uwagę