"Kwartet" w Operze Wrocławskiej. Recenzja sztuki

Rzadko zdarza się, by na scenie opery wystawiano sztukę dramatyczną. Chyba że rzecz dotyczy śpiewaków, jak „Kwartet” Ronalda Harwooda. W opowieści o czworgu emerytowanych artystów w domu spokojnej starości, którzy chcą raz jeszcze poczuć smak scenicznego występu gra kwartet artystów Opery Wrocławskiej. I potrafi rozbawić widzów.

  • kwartet opera wrocławska

    Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak jako sympatyczna Cecily Robson/fot. z próby/ Tomasz Walków

  • kwartet opera wrocławska

    Tomasz Janczak jako Reginald Paget i Bogusław Szynalski jako Wilfred Bond/ fot. z próby/ Tomasz Walków

  • kwartet opera wrocławska

    Tomasz Janczak jako Reginald Paget i Bogusław Szynalski jako Wilfred Bond/ fot. z próby/ Tomasz Walków

  • kwartet opera wrocławska

    Bogusław Szynalski jako Wilfred Bond i Tomasz Janczak jako Reginald Paget / fot. z próby/ Tomasz Walków

  • kwartet opera wrocławska

    Bogusław Szynalski jako Wilfred Bond i Jolanta Żmurko jako Jean Horton/ fot. z próby/ Tomasz Walków

  • kwartet opera wrocławska

    Jolanta Żmurko jako Jean Horton i Tomasz Janczak jako Reginald Paget/ fot. z próby/ Tomasz Walków


Śpiewak mówi ze sceny

Gdyby aktor chciał zaśpiewać operowo musiałby, najprawdopodobniej, włączyć nagranie i udawać że naśladuje odpowiedni rodzaj głosu. Tak jest w sporej części spektakli „Kwartetu” wystawianych na świecie. Tymczasem w Operze Wrocławskiej narodził się pomysł, by sytuację odwrócić. By to śpiewacy, o których jest sztuka, zagrali na scenie i dodatkowo wykonali w finale tytułowy kwartet z ostatniego aktu „Rigoletta” Giuseppe Verdiego. Zawody są pokrewne, bo i aktorzy i śpiewacy na scenie muszą nauczyć się na pamięć swojej roli, grają, tworzą postaci, muszą wczuć się w atmosferę danej sceny. Drobna różnica polega na tym, że dla śpiewaka mówienie przez ponad godzinę jest, jak dla aktora śpiewanie przez taką samą ilość czasu – specyficzne.

Artysta autentyczny

A po premierze „Kwartetu” na deskach Opery Wrocławskiej – okazuje się, że także wykonalne, choć, zapewne nakładem sporego wysiłku. Minusem są momenty, w których czasem trudno zamienić operowy styl grania na bardziej naturalny, bezpośredni. Plusem – autentyczność. Bo czworo śpiewaków (sopranistka Jolanta Żmurko, mezzosopranistka Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak, tenor Tomasz Janczak i baryton Bogusław Szynalski) to, podobnie jak bohaterowie sztuki, artyści, którzy swoje największe triumfy święcili na scenie już pewien czas temu, obecnie są w takim momencie życia artystycznego, gdy głos nie jest tym samym, co niegdyś i o wielu partiach trzeba po prostu zapomnieć. W sztuce Ronalda Harwooda jest mowa o przemijaniu, pogodzeniu się z tym nieuchronnym procesem, o godnej jesieni życia i o apetycie na życie.

Soliści Opery Wrocławskiej pod kierunkiem reżysera Zbigniewa Lesienia stworzyli zgrany zespół odnajdując w każdej z ról coś dla siebie, wypowiadając nie tyle kwestie, własne życie sceniczne. Siłą wrocławskiej inscenizacji (pierwszej na świecie, w której role grają śpiewacy operowi) jest autentyczność. Artyści na scenie mówią o swoich sukcesach, nagraniach, wspominają scenicznych partnerów z „Rigoletta”, przeklinają partie z „Cyrulika sewilskiego” Rossiniego, żartują z bohaterów wagnerowskich dzieł. Sporo tu angielskiego poczucia humoru, kąśliwego, uszczypliwego, jeśli trzeba do bólu szczerego. Ale wiemy, że gdyby wrocławski kwartet śpiewaków pisał wspomnienia to wiele z nich brzmiałoby podobnie do tekstów ze sztuki. Bawiłyby, ale i zmuszały do refleksji nad nieubłaganym upływem czasu i nad tym, by nawet będąc go świadomym nie zatracić radości z życia. I muzykowania, bo tym jest finałowe wykonanie kwartetu "Bella figlia dell' amore" z "Rigoletta" Verdiego.       

Zgłoś uwagę