dla mieszkańca
dla przedsiębiorcy
dla turysty
dla studenta
e-urząd
dla mediów
AAA
aktualności
 
 
 
 

Krzywa „Wieża radości”

29 listopada 2011 15:18
Artykuł archiwalny

Ach damą być! - ten szlagwort przychodził na myśl, gdy Maria Berny pojawiała się w sekretariacie Skały, naczelnego i twórcy "Wieczoru Wrocławia". Tak jak generał Bolesław Wieniawa Długoszowski mógł jawić się w wyobraźni, gdy do gabinetu wkraczał generał Kazimierz Stec, kolega z pułku czołgów czasu wojny. Dziś widać, że klasę damy i generała tworzył w niemałej części format gospodarza, Ryszarda Skały, postaci we wrocławskiej namiastce Fleet Street, czyli przy Podwalu 62, absolutnie wyjątkowej, człowieka w każdym calu przyzwoitego. 

 

W wydanej niedawno "Wieży radości" Maria Berny poświęca redaktorowi Skale jedną z 260 stron, pisząc, że "nie mogła się nadziwić, jak taki duży, przystojny i towarzyski mężczyzna, mógł się podporządkować żonie, kobiecie o niewątpliwych zaletach charakteru, ale tak mało atrakcyjnej aparycji. Nie flirtował nawet z koleżankami. Ale do czasu dzban wodę nosił. (...) Dobierając sobie zespół, zaangażował między innymi Kasię Klem, dziewczynę nie tylko dobrze piszącą, ale szczuplutką, z dużym biustem, dużymi oczyma i rudawą czupryną."

 

Kto wie, może Ryszard Skała byłby całkiem usatysfakcjonowany taką formą obecności w panoramie Wrocławia za demokracji ludowej, namalowanej przez Marię Berny, ale co do nestora polskich poetów, Tadeusza Różewicza, można mieć wątpliwości. "Ten wielki już wtedy poeta (...) nie był jednak erudytą – orzeka Berny. - Spotkanie było nieciekawe." Erudytów wszakże autorka też spotykała. "Kiedy miałam jakieś wątpliwości, szybciutko zapraszałam na kawę pana Edwarda. Był on tzw. opiekunem kierownika klubu z ramienia Służby Bezpieczeństwa. (...) Oczytany, erudyta, utwierdzał mnie w przekonaniu, że program działalności imprezowej klubu jest interesujący i kształcący. To on właśnie doradził mi, żebym w sprawie hippisów zwróciła się do milicji, która ma służby zajmujące się sprawami młodocianych przestępców."

Bezdyskusyjną zasługą "Wieży radości" jest przywołanie choćby nazwisk osób kiedyś we Wrocławiu znanych, dziś, niestety, w większości zapomnianych. A także imprez, które przestały się odbywać. Jak pochód pierwszomajowy. "Zbieraliśmy meldunki z Organizacji Partyjnych, jak liczny udział załóg przewidują. (...) Trzeba było ustalić kolejność ustawiania się poszczególnych zakładów, a następnie wyznaczyć drogi dojścia do dzielnic, by w pochodzie bez zmian szyków mogły przechodzić przed trybuną. Trzeba było podać do radia nie tylko kolejność zakładów pracy, dane liczbowe o uczestnikach pochodu, ale i nazwiska wybijających się w pracy przodowników. Te wiadomości przekazywali zgromadzonym na chodnikach tłumom i przechodzącym jezdnią szeregom radiowcy. Najbardziej w roli relacjonującego pochód lubiłam Tadeusza Łączyńskiego. Miał niski ciepły głos radiowy, mówił bardzo poprawnie i płynnie, ale też w sposób bardzo zaangażowany. W jego głosie wszyscy wyczuwaliśmy radość tego robotniczego święta, dumę z osiągnięć naszej ludowej ojczyzny. (...) Dla mnie to było najmilsze święto. Pochód był zawsze piękny, otwierała go dzielnica Fabryczna. Dzielnica pełna wielkich przemysłowych zakładów pracy: Pafawag, Dolmel, Hutmen i tyle, tyle innych, po których dzisiaj już nie ma śladu. W pochodzie szły wielkie kolumny budowlanych, o których tak pięknie w czasie przemarszu mówił Łączyński. Kiedy już ochrypł, zmieniał go Józio Wolny, który zawsze w swoje relacje wplatał inwektywy pod adresem RFN i zachodnich imperialistów. Była to przecież jego grządka. (...) Cały pochód kolorowy, barwny, pełen biało-czerwonych i czerwonych flag. Pełen transparentów. Wszystko to jak łany zboża powiewało na wietrze."

Tak wzruszał co roku autorkę pochód pierwszomajowy, a niełatwo jest na niej zrobić wrażenie. Lwów na przykład, choć urodziła się w Trościance na Wołyniu – "nie spełnił moich oczekiwań, rozbudzonych przez jego wrocławskich miłośników. Miasto jak miasto, muzea jak wszędzie."

 

Zmiany po sierpniu 1981 obserwuje z niechęcią. W Biurze Wystaw Artystycznych, gdzie jest dyrektorką, "poza mną wszyscy pracownicy są członkami Solidarności". W marcu 1981 roku, gdy kraj wstrzymuje oddech w obawie przed generalną konfrontacją, Maria Berny z witryny pałacu Hatzfeldów przy Wita Stwosza (BWA) zdziera "plakat z rozkwaszoną gębą Rulewskiego", lidera Solidarności bydgoskiej pobitego przez milicję podczas posiedzenia Wojewódzkiej Rady Narodowej. Nie doczekała jako dyrektorka roku 1984. Gdyby jej Solidarność nie zdjęła, może zrywałaby plakat ze >złachmanionym trupem Popiełuszki<.

Maria Berny wspomina: "Trzynastego rano ojciec włączył telewizor. Wysłuchaliśmy komunikatów i odetchnęliśmy z ulgą i nadzieją, że nie zawiśniemy >zamiast liści<." Bo był taki tekścik w roku 1981, że, gdy wygra Solidarność, to >na drzewach zamiast liści wisieć będą komuniści<. Pani Berny i jej ojciec odetchnęli za wcześnie, bo Solidarność w końcu jednak wygrała – pierwsze wolne wybory 4 czerwca 1989 roku. Nie zawiśli jednak zamiast liści, owszem Maria Berny została wybrana senatorem III i V kadencji z ramienia SdRP i SLD.

Jako senator walczyła między innymi z nami, urzędnikami magistrackimi, o zapewnienie pomocy pewnemu literatowi, który długie lata żył jak cygan, lecz w końcu "ożenił się, ustatkował, (...) Po latach, kiedy startowałam w wyborach do Senatu napisał kilka zgrabnych rymowanek, które stały się świetnym dodatkiem do moich ulotek. Ale niebawem zaczął chorować. Odwiedzałam go w ich zadłużonym mieszkaniu, ale pomóc mu nie umiałam. Mój dar przekonywania, poparty nawet siłą senatorskiego mandatu, nie działał na miejskich urzędników, którzy stali na straży przepisów (a serca mieli już kamienne)." Małe słówko "już" każe nam przyjąć do wiadomości, że za PRL-u miejscy urzędnicy serca mieli gołębie. My zresztą należymy do dużej grupy winowajców odpowiedzialnych za zrujnowanie państwa sprawiedliwości społecznej. Inni mają grzech dużo cięższy. "Myślę o radykalnej likwidacji PGR-ów przez Leszka Balcerowicza – pisze Maria Berny. – Myślę o tym, jak łatwo i jak bohatersko uzdrowił on nasze rolnictwo, ale jak straszliwie skrzywdził setki tysięcy ludzi, odbierając im warsztat pracy, chleb, nadzieję, sens istnienia. Im, ludziom, którzy kiedyś pracowali w Państwowych Gospodarstwach Rolnych, ich dzieciom i ich wnukom. Tylko nieliczni z nich odnaleźli się w kapitalizmie, w systemie, jaki im zafundował Balcerowicz. Większość przeklina go do dziś."

Na okładce "Wieży radości" można przeczytać, że Maria Berny "przepracowała piętnaście lat w Komitecie Dzielnicowym PZPR Wrocław Stare Miasto". Ejże, edytorzy Oficyny Wydawniczej ATUT, przedobrzyliście, aż tak czerwoną damą pani Berny nie jest. Przecież na stronie 29 napisała: "z pracy w KD PZPR Wrocław Stare Miasto odeszłam już po półtora roku". 

 Andrzej Milcarz

 

 
 
 
Wróć do góry strony
|
Wrocław.pl (c) 2010powered by CMSMirage

Wrocławski Serwis Internetowy jest oficjalnym
Serwisem Urzędu Miejskiego Wrocławia

statystyki serwisu redakcja serwisu biuletyn informacji publicznej kanały RSS

 
zgłoś uwagę