Jacek Stodółka – nowy prezes KS AZS AWF Wrocław [ROZMOWA]

„Żona powiedziała krótko: Mój Kochany, jak zostaniesz profesorem, to będziesz jeździł motorem” – z Jackiem Stodółką, nowym prezesem KS-u AZS AWF Wrocław, rozmawiał Wojciech Koerber.

  • fot: archiwum prywatne

  • fot: archiwum prywatne


Kim jest nowy prezes Klubu Sportowego AZS AWF Wrocław?

Tak się składa, że w tym roku obchodzimy 40-lecie klubu, który powstał w 1976 roku, a ja wtedy właśnie pojawiłem się w nim jako młodzik. Od tego czasu przeszedłem przez wiele szczebli klubowej struktury. Byłem zawodnikiem, trenerem, w latach 90. stanąłem nieco z boku (pracowałem w Dolnośląskiej Federacji Sportu i DZLA), by na początku wieku znów się bardziej zaangażować w sport akademicki. Zostałem koordynatorem sekcji lekkiej atletyki, później członkiem zarządu, wiceprezesem ds. sportowych, aż w końcu teraz prezesem.

Dodajmy, że przed 40 laty pojawił się Pan w klubie jako młodzik miotający kulą.

Zgadza się, byłem większy niż wielu rówieśników, a jako mieszkaniec Wielkiej Wyspy trafiłem do AZS-u AWF-u. Ta moja zawodnicza przygoda trwała osiem lat, do ostatniego roku studiów. Na poziomie juniorskim otarłem się o kadrę narodową, byłem w krajowej czołówce, przywoziłem medale z mistrzostw Polski juniorów, a czego zabrakło do bardziej znaczących sukcesów? Może warunków fizycznych. W każdym razie skończyłem na poziomie I klasy sportowej z rezultatem 16,20, który dziś na Tomku Majewskim nie zrobiłby pewnie większego wrażenia.

A propos. To przyszły sternik PZLA?

Da się takie głosy usłyszeć, że interesuje go teraz praca społeczna. Jest po studiach politologicznych i myślę, że ma duże szanse na objęcie w niedalekiej przyszłości tego stanowiska, w każdym razie zasłużył sobie na nie. Bardzo dobrze znam jego trenera, Henia Olszewskiego, obecnie szefa wyszkolenia w PZLA. Wraz z prof. Juliuszem Migasiewiczem, byłym moim szkoleniowcem i byłym rektorem wrocławskiej AWF, a także Mieczysławem Bogusławskim z Łodzi, wprowadzał mnie w trenerskie arkana, uczynił opiekunem kadry narodowej juniorów. Stąd też miałem możliwość obserwować postępy Tomka Majewskiego od jego najmłodszych lat. Ma ciekawą osobowość i stonowane wypowiedzi dla mediów, co nie jest bez znaczenia w światku, w którym wielu ludzi, m.in. trenerów, wypowiada się na głos dość impulsywnie. Tomek zna języki obce i jest w świecie równie dobrze znany, co Irena Szewińska.  

 

Wróćmy do prezesa Stodółki – z czego jest najbardziej dumny?

Standardowa odpowiedź w takich przypadkach brzmi – z rodziny i sukcesów zawodowych. Jeśli chodzi o rodzinę, powody do dumy mam jak najbardziej. Syn, Szymon, skończył Politechnikę Wrocławską, a to studia, które naszej rodzinie nie są raczej bliskie. Nigdy nie miał skłonności do uprawiania sportu, mimo że żona, Anna, również jest absolwentką naszej uczelni, swego czasu biegała na 800 metrów, a po kontuzji zaczęła rzucać oszczepem, na poziomie I klasy sportowej. Tym większe było moje zaskoczenie, kiedy Szymon ukończył niedawno Iron Mana w Kopenhadze, łamiąc przy okazji czas 11 godzin (zawody triathlonowe, na które składa się pływanie – 3,86 km, jazda na rowerze – 180,2 km i bieg maratoński – WoK). Córka, Weronika, kończyła z kolei w naszej uczelni fizjoterapię, jest na studiach doktoranckich, a pochwalić mogę się też wspaniałą synową i prawie sześcioletnim wnukiem.

A praca zawodowa?

Nadal się rozwijam, będę jeszcze usiłował zrobić habilitację, a dużym wyzwaniem jest funkcja prezesa klubu. Dopiero po wyborze zdałem sobie sprawę, jak wielką odpowiedzialność na siebie wziąłem, skoro mam decydować o losach ludzi, ich pensjach, zwolnieniach etc. Jak wspominał mój poprzednik, a obecny rektor Andrzej Rokita, można mieć wielu doradców, ale kiedy przychodzi podjąć ostateczne decyzje, zostajesz zupełnie sam. To nowe doświadczenie, choć wcześniej byłem też szefem wyszkolenia w Dolnośląskiej Federacji Sportu i w Dolnośląskim Związku Lekkiej Atletyki, prodziekanem na uczelni czy kierownikiem zakładu lekkiej atletyki w konkurencjach technicznych. Nigdy wcześniej nie podejmowałem jednak decyzji jako jednostka. 

Jakie będą w tej kadencji klubowe priorytety?

Klub był zakładany z myślą o studentach, którzy chcą uprawiać sport wyczynowy i chciałbym, by ten sport wyczynowy zajmował u nas ważne miejsce. Jesteśmy organizacją wielosekcyjną, jak Śląsk, i mamy ambicję ten format utrzymać. Do Rio de Janeiro wysłaliśmy czterech olimpijczyków: Roberta Soberę, Rafała Omelko, Asię Linkiewicz i Agatę Forkasiewicz. Liczyliśmy również na judoczkę Agatę Ozdobę i skoczkinię wzwyż Justynę Kasprzycką, jednak w obu przypadkach te plany pokrzyżowały kontuzje. Liczymy na kolejnych olimpijczyków, chcemy zmienić oblicze sekcji szermierczej i judo.

To znaczy?

Chciałbym, by na wzór lekkiej atletyki nawiązały one współpracę z jakimś klubem młodzieżowym. Z klubem, w którym ktoś wykonuje dobrą pracę szkoleniową na poziomie juniorów. Drugie zadanie dla trenera koordynatora to stworzenie w regionie Szkoły Mistrzostwa Sportowego w tych dyscyplinach. Dzięki temu wyłapywaliśmy najbardziej uzdolnione osoby, a jednocześnie unikalibyśmy często drażliwej kwestii zmiany barw klubowych. Lepszych rozwiązań nie widzę. Rozwijamy również sekcje naborowe, m.in. siatkarską, która aspiruje już do gry w niższych ligach. Z własnej inicjatywy nawiązała już ona współpracę z siatkarską SMS, której prezesuje nasza była piłkarka nożna, Anna Tymińska. Jesteśmy również otwarci na współpracę ze sportowcami, którzy podjęli studia na innych uczelniach, a dobrym przykładem jest tu Agata Forkasiewicz, kształcąca się w Uniwersytecie Medycznym. Jak widać, nawet tak ciężkie studia można pogodzić z karierą zawodniczą i wywalczyć sobie przepustkę na igrzyska. I wreszcie armia – z nią również współpracujemy, zatem najlepsi mają szanse na etaty wojskowe. Żeby daleko nie szukać – tą drogą poszły Weronika Wedler, Blanka Błach czy swego czasu Sylwia Ejdys. Dzięki temu, w połączeniu z innymi dotacjami, finalne uposażenie zawodnika może być naprawdę wysokie. Uważam, że mamy w regionie potencjał, taka Asia Linkiewicz jest mieszkanką Wielkiej Wyspy, a to ważne, budujące i motywujące, kiedy na sąsiedniej ulicy mieszka medalistka ME. Nie chcę nic umniejszać np. Piotrkowi Małachowskiemu, ale powszechnie wiadomo, że na Dolnym Śląsku bywa rzadko, bo choć reprezentuje wrocławski klub, to jednak mieszka daleko stąd. Uważam, że można stworzyć wspólnie długofalowy program, a trenerów w Młodzieżowym Centrum Sportu nie zatrudniać niejako dożywotnio. Bo w sporcie musi być presja i rywalizacja między trenerami, tymczasem szkoleniowców MCS-u w zasadzie nie można zwolnić, bo chronią ich różne prawne obwarowania. Osobiście uważam, że to mało korzystne dla sportu, że lepiej szkolić w cyklu czteroletnim, a później rozliczać. Jeśli dany trener dostarczy do AZS-u AWF-u czy też do Śląska zawodników na poziomie ME, znaczy to, że ma efekty. Myślę, że podobne kontrakty czteroletnie sprawdziłyby się w SMS-ach. Mamy na uczelni laboratoria i opiekę lekarską, trzeba tylko podjąć rozmowy i się docierać, a nowy rektor obiecuje pomoc w uzyskiwaniu grantów naukowych, które mają wspomóc szkolenie zawodników na wysokim poziomie sportowym. 

Ile sekcji funkcjonuje obecnie w klubie?

Wyczynowych sześć, a wszystkich 21. Nie jest wykluczone, że dojdzie również triathlonowa, w każdym razie jestem po rozmowach z prezesem Polskiego Związku Triathlonu. Pójdziemy za głosem serca, ale i rozsądku, by struktur klubu nie rozdmuchać na siłę, lecz by podnieść jego jakość. Miniona kadencja okazała się bardzo dobra pod względem organizacyjnym, czas na jeszcze lepsze wyniki sportowe.

A członków klubu ilu można się doliczyć?

Około 1250 i… każdy czegoś oczekuje. Zawodników zrzeszonych w związkach sportowych mamy około dwustu i tacy, zgodnie z ustawą o kulturze fzycznej, muszą mieć wykupioną licencję. Pozostali to członkowie sekcji naborowych oraz sympatycy, korzystający z przywilejów, które daje klubowa przynależność. Mam taki plan, by tych wszystkich ludzi integrować. Daleki jestem od długachnych, korporacyjnych spotkań, niemniej jednak uwagi wymieniać należy, choćby z naszymi trenerami, którzy polecieli do Rio de Janeiro. Mamy szanowanego w świecie Wiesia Błacha, medalistę MŚ oraz ME w judo, i mamy też w klubie jeden olimpijski medal, srebrny z Pekinu, na który zapracowali Tomek Motyka i Robert Andrzejuk. Niech nasi pływacy przejdą się na trening siatkarzy Marcina Ściślaka i odwrotnie, bo to przenikanie się jest niezwykle ważne. Swego czasu organizowałem Międzynarodowy Mityng Zjednoczonej Europy, mając za wzór mityng z cyklu Golden League w Zurychu, w jednej z bogatych dzielnic miasta. Kiedy bieżąca edycja się kończyła, miejscowi mieli już wykupione wszystkie bilety na przyszłoroczną. Bo oni robią to sami dla siebie, swoimi siłami, to jest ich lokalne dziedzictwo. Mam świadomość, że nie zaczniemy wykładać takich pieniędzy, jak fani Barcelony na swój klub, ale od czegoś trzeba zacząć. Czujmy się gospodarzami na własnym terenie, może wspólnie coś zbudujemy, nieważne czy w pływaniu, siatkówce czy lekkiej atletyce. Wielka Wyspa nie jest może obszarem bardzo zaludnionym, ale bez wątpienia z potencjałem.

Jako były kulomiot zamierza Pan rządzić twardą ręką, wedle zasady Huberta Wagnera, że „u nas panuje demokracja, ale rację mam zawsze ja”, czy może jednak wedle zasad klasycznej demokracji?

Wyznaję zasadę demokracji sterowanej, tzn. daję ludziom dużo swobody. Nie interesuje mnie, jak długo ktoś przesiaduje w pracy, tylko czy ta jego praca została odpowiednio wykonana. Innymi słowy, nie pilnuję czasu pracy, lecz jej efektów. I takie właśnie pryncypia przedstawiłem na pierwszym spotkaniu z trenerami. Jestem uczynny i cierpliwy, potrafię też podejmować trudne decyzje. I mam również umiejętność rozszyfrowywania ludzi, mianowicie potrafię ocenić, kto jest naciągaczem i snuje fantazje.

Dochować się medalisty olimpijskiego z Tokio, a nie tylko olimpijczyka - taki cel, czy też taką ambicję, stawia przed klubem rektor Rokita, poprzedni prezes. To realny cel?

Każdy na moim miejscu chciałby mieć ten medal, w jakiejkolwiek dyscyplinie. Osiągnąć cel w lekkiej atletyce może być trudno, tym bardziej, że nie mamy grupy rzutów. A przecież wiadomo, że od lat Polska rzutami stoi. W tym względzie również chciałbym znaleźć systemowe rozwiązanie i szkoleniowca, który by się wyzwania podjął. Myślę, że spore medalowe nadzieje można wiązać z sekcją judo, a może też z jakąś inną, nową? Na jedną, góra dwie, miejsce jeszcze znajdziemy, być może wybór padnie na wspomniany już triathlon?

Warunki finansowe-organizacyjne są w klubie na wysokim poziomie, natomiast gorzej z bazą, mam na myśli lekkoatletów. Co z tym fantem?

Paradoksalnie mamy najlepszych lekkoatletów, medalistów ME, a nie mamy obiektów. Korzystamy ze Stadionu Olimpijskiego, który należy do AWF-u we Wrocławiu, a sporym wyzwaniem dla uczelni jest taki obiekt utrzymać i jeszcze weń inwestować. Przed tegoroczną, lipcową, renowacją bieżni z okazji Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży nasi biegacze jeździli na przedolimpijskie treningi do Oleśnicy i ubolewam, że środowisko ich nie docenia. Mamy gwiazdy dyscypliny, ale – jak widać – nie mniej ważny jest wydźwięk medialny. Otóż w latach 90. koszykarze Śląska Wrocław byli wielokrotnymi mistrzami Polski i z tego tytułu brali udział w rozgrywkach europejskich, lecz eliminacji w kontynentalnych pucharach nigdy nie przeszli. Ale prasę mieli wyśmienitą. Dlatego musimy budować swoją tożsamość, którą ma np. Bydgoszcz. Ich lekka atletyka to ich wartość sama w sobie, to marka. Pamiętam, że kiedy w koszykarskim Śląsku grał Adam Wójcik, to bardzo drużynie kibicowałem, ale gdy w kolejnym meczu sezonu przyjechał do Wrocławia bronić barw Sopotu, to poczułem się po prostu oszukany. Kiedyś atutem naszego stadionu lekkoatletycznego miał być taki sam tartan, jak na olimpijskim obiekcie w Atlancie, ale dziś porządne obiekty mają w Toruniu, Sopocie czy Bydgoszczy, a my z obiegu wypadliśmy. Możemy się tylko ratować budową hali treningowej.

I co się w tym temacie dzieje?

Powraca jak bumerang i wciąż się rozmywa. Efekt jest taki, że – póki co – wdrażamy różne karkołomne rozwiązania, korzystając np. z hali w czeskim Jabloncu. Mamy halę szermierczą z pełnym zapleczem, halę do judo, ale lekka atletyka wciąż się boryka z problemami. Uczelnia wspomaga nas jak może. Dzięki dobrej współpracy mogliśmy np. zapewnić komfortowe warunki treningowe, jak na realia klubowe, dla Roberta Sobery, przygotowującego się do minionych igrzysk w Rio.

Podejmiecie też na swoich obiektach uczestników przyszłorocznych The World Games, ekipy rywalizujące w przeciąganiu liny, piłce ręcznej plażowej i fistballu.

Bo jako uczelnia jesteśmy otwarci na nowe trendy, o czym choćby świadczy nasza sekcja ultimate frisbee. Nawet mamy zawodników grających w imprezach rangi MŚ. Początkowo traktowałem tę dyscyplinę z przymrużeniem oka, lecz obejrzałem ją sobie z bliska i spodobała mi się. Teraz nasi ludzie wybierają się na ME do Londynu i jako prezes wsparłem ich w tym wyjeździe finansowo. Słyszę też, że ultimate ma być pokazową dyscypliną na igrzyskach w Tokio. Jak mówię, również staramy się wpisywać w te nowe trendy, zwłaszcza że możemy pomóc nie tylko organizacyjnie, ale też dostarczyć sportowy potencjał ludzki. Była u nas np. lekkoatletka, na poziomie 2. klasy sportowej, która przekwalifikowała się i została wicemistrzynią Europy w nordic walking. Do imprezy pozostał jeszcze niespełna rok, a my dysponujemy potencjałem, z którego jakaś dyscyplina mogłaby jeszcze skorzystać.

Na koniec – czym się Pan zajmuje w wolnych chwilach?

Jak się zwykło mówić, szewc bez butów chodzi. Zatem żadne maratony po głowie mi nie chodzą, wyznaję mianowicie zasadę, że starzeć trzeba się z godnością. Ale żeby trochę ruchu było, porzuciłem auto, drepczę sobie i liczę kroki.

By lepiej doglądać klubowego interesu, nie zza szyby. A pozasportowe fascynacje?

Kiedy przechodziłem kryzys wieku średniego, zrobiłem prawo jazdy na motocykl. I właśnie kupno motocykla chodzi mi po głowie, bo mam marzenie przejechać z jednego krańca na drugi Stanów Zjednoczonych, a później sprowadzić maszynę do Polski. Na kursie prawa jazdy zapytali mnie, czy jestem z tych, co to od razu na jednym kole jeżdżą, czy może z tych bardziej statecznych. Należę do tych drugich, ale pojemność silnika muszę mieć jednak konkretną, choćby z uwagi na posturę. Nie wiem tylko, jak się sprawa zakończy, bo zawarłem pewien układ z małżonką, o którym lepiej głośno nie mówić. A poza tym jestem miłośnikiem Pragi, od kilkunastu lat co najmniej na jeden dzień muszę tam wyskoczyć i poznawać nowe miejsca, o których w żadnych przewodnikach nie piszą. No i pasjonuję się heraldyką, herbami polskich miast, zbieram takie różne cudeńka. A do tego dobra książka: literatura piękna, z realną i ciekawą fabułą, w wersji papierowej. 

Ten układ z żoną nie daje mi jeszcze tylko spokoju…

Postawiła jeden warunek: "Mój Kochany, jak zostaniesz profesorem, to będziesz jeździł motorem." Czasy się zmieniły, troszeczkę jestem z tym pomysłem spóźniony, ale myślę, że jeszcze dam radę.

Rozmawiał Wojciech Koerber

Jacek Stodółka urodził się 17 stycznia 1962 roku we Wrocławiu. Ukończył XI Liceum Ogólnokształcące we Wrocławiu i Akademię Wychowania Fizycznego we Wrocławiu (kierunek wychowanie fizyczne ze specjalnością trenerską w lekkiej atletyce). W 1995 roku obronił pracę doktorską. Trener klasy mistrzowskiej w lekkiej atletyce (2005).

Zgłoś uwagę