Głodomór, którego nie widać

„Odejście Głodomora” to kolejny spektakl zrealizowany przez Andrzeja Ficowskiego w konwencji „Teatru w ciemnościach”. Ani to typowe przedstawienie, ani słuchowisko – reżyser tworzy nową jakość, ale jednocześnie pozbawia tekst Tadeusza Różewicza warstwy wizualnej.

  • "Odejście Głodomora" fot. Piotr Hawałej/ WTW

    "Odejście Głodomora" fot. Piotr Hawałej/ WTW

  • "Odejście Głodomora" fot. Piotr Hawałej/ WTW

    "Odejście Głodomora" fot. Piotr Hawałej/ WTW


Brakuje jej w spektaklu, bo przecież Głodomorowi chodzi o to, by go podziwiano. Chce, by wszyscy widzieli jego głodówkę. Siedząc w klatce, której w inscenizacji Ficowskiego nie ma, robi wszystko, by zainteresować widzów swoim głodem. W ciemnościach słyszymy go , a także narratora i strażników, ale to niestety za mało, by zbudować spójny obraz Głodomora.

Co z tego, że przed premierą reżyser opowiadał o Głodomorze jako innym, obcym, być może postaci z romskiego koczowiska. Ciemność przedstawienia kryje za dużo. Na chwilę pojawia się światło, w czasie wywiadu dziennikarki (Anna Błaut) z Głodomorem, ale to za mało, żeby uświadomić sobie miejsce i kontekst. Widzimy jedynie trochę śmieci, miotłę wetkniętą do wiadra. Czy komuś kojarzy się to z koczowiskiem? Czy Głodomór może być Romem? Odrzuconym, naznaczonym, niezrozumianym? Nie wiem. Dla mnie Głodomór pozostanie na zawsze kafkowską postacią. Chudym, kościstym Franzem, który niczym postać z objazdowego pokazu osobliwości straszy samym wyglądem. Głodomór nie przyjmuje do wiadomości istnienia innych głodomorów, chce być wyjątkowy, jedyny, przyciągać uwagę, być wybranym. Głód jest jego obsesją, ale też drogą, chce być podziwiany i autentyczny. Nie przyjmuje jedzenia dla kosmonautów, po głodówce nie jada w ekskluzywnych restauracjach. Nic prócz głodu go nie interesuje, ani żona Impresaria, ani popularność.

„(…) Nie mogę znaleźć potrawy, która mi smakuje. Możesz mi wierzyć, że gdybym ją znalazł nie robiłbym z siebie widowiska, ale najadł się do syta tak jak ty i wszyscy inni” – mówi Głodomór.  

Nie głodowałby, gdyby znalazł ulubioną potrawę. Głód jest więc jego wyborem, choć także koniecznością. Czy jesteśmy w stanie zrozumieć Głodomora? Pojąć sens jego głodowania na oczach publiczności? Jak w telewizyjnym reality show odsłania swój głód przed gawiedzią. Czy to jest właśnie ta inność, którą sugeruje Ficowski? Jego Głodomora nie widać, ale jego głodowanie nie zmieni świata, pozostanie osobliwością, niczym szczególnym. Czterdzieści dni głodówki Głodomora nie jest równe czterdziestu dniom postu Chrystusa. Ficowski za Różewiczem pokazuje, że we współczesnym świecie ofiary nie mają sensu, stają się jarmarcznym widowiskiem – strajki głodowe, protesty, Romowie z koczowiska po pewnym czasie nudzą, jeśli nie ma w tych historiach niczego sensacyjnego. Żyjąc w zdegradowanym świecie, gdzie media kreują rzeczywistość, nie potrafimy przejąć się czyimś głodowaniem. Tym bardziej w ciemnościach. Nie rozumiem za bardzo kontekstu „Teatru w ciemnościach”. Czy to niepotrzebne udziwnienie, a może chwyt marketingowy, sposób na przyciągnięcie publiczności do teatru?. Oglądać sztukę, której nie widać? Siedzieć na widowni w ciemnościach, że oko wykol? Nie, dziękuję. Nie widzę w tym sensu. Proszę włączyć światło!

„Odejście Głodomora” Tadeusza Różewicza, reż. Andrzej Ficowski, premiera 11 października w Teatrze Współczesnym. Scenografia – Dariusz Orwat, muzyka – Jacek Modliński, występują: Jerzy Senator – Narrator, Maciej Kowalczyk – Głodomór, Maciej Tomaszewski – Impresario, Elżbieta Golińska – Żona Impresaria, Anna Błaut – Dziewczyna, Strażnicy: Przemysław Kozłowski, Tomasz Orpiński. 

Zgłoś uwagę