Festiwal T-Mobile Nowe Horyzonty. Dobra edycja, świetna frekwencja

Filmy, spotkania z reżyserami, koncerty, wystawy. Po 16. edycji Festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty wielu fanów kina odsypia intensywne dziesięć dni, a czołowi krytycy nazwali wrocławską imprezę najważniejszym festiwalem filmowym w Polsce. Jest się z czego cieszyć.


Widzów najbardziej uradowały filmy. Te znanych reżyserów i jeszcze anonimowych twórców, o których wkrótce będzie głośno. Te, które mają już dystrybucję i wkrótce obejrzy je cała Polska (ale we Wrocławiu miały premierę krajową, jak „Julieta” Pedra Almodóvara) i te, których pokazy to prawdziwy rarytas, bo trzeba na nie polować na festiwalach (na razie nie wiadomo, czy do kin trafi owacyjnie przyjęty brazylijski „Aquarius”). Sporym zainteresowaniem cieszyły się opery filmowe. Na „Zagubioną autostradę” z librettem Elfriede Jelinek i muzyką Olgi Neuwirth w reżyserii Natalii Korczakowskiej bilety wyprzedały się rewelacyjnie (choć sam spektakl wielu melomanów mocno rozczarował, kinomanom się z kolei podobał). Sześciogodzinny projekt Matthew Barney’a „River of Fundament”, mimo wymagającego charakteru scenariusza (w oparciu o powieść i biografię amerykańskiego prozaika i mistrza non-fiction Normana Mailera oraz egipską mitologię) nie odstraszył, znalazło się sporo chętnych obejrzeć trzyaktowe dzieło (z bardzo dobrze skomponowaną muzyką, choć „librettem” zrozumiałym prawdopodobnie tylko w wąskim gronie odbiorców, zresztą sam artysta podkreśla, że „jego prace nie są dla każdego”).

Najchętniej kupowano bilety na nagradzane hity prosto z Cannes. Trudno było dostać się na seans „Ja, Daniel Blake” Kena Loacha, triumfowali Rumuni – Cristi Puiu z „Sieranevadą” oraz znany już dobrze Cristian Mungiu z nagrodzonym w Cannes „Egzaminem”. Oblężone były też seanse „Służącej” Park Chan-wooka, bo też ekranizacja powieści Sary Waters w wiktoriańskim stylu przeniesiona do Korei lat 30. i śmiała obyczajowo w iście azjatyckim stylu bardzo się spodobała. Była erotyka, makabra i humor – uszczypliwy, jak na historię przystało. Trudno było zarezerwować seans „Toniego Erdmanna”, najgłośniejszego filmu z Cannes (bo historia córki, która ma mocno wyluzowanego ojca wzbudziła sporo dyskusji). Rozczarował natomiast nowy obraz Bruno Dumonta, bo „choć „Martwe wody” rozbawiły sporo widzów nawiązaniami m.in. do „Delicatessen”, czy francuskich komedii z postaciami fajtłapowatych żandarmów, nie wspominając o arystokracji w krzywym zwierciadle, w satyrze reżyser posunął się aż po granice, wyszła komedia. Nie wszystkim podobał się też nowy Almodóvar z „Julietą”. Wprawdzie mistrz wraca do formy, ale do ideału jeszcze sporo brak, m.in. bardziej spójnego scenariusza.

Na koncertach w Arsenale przewinęły się tłumy, a Midnight Show w BWA codziennie śledzili fani, wśród nich pisarka Agnieszka Wolny-Hamkało, która nie przegapiła żadnego „odcinka” specjalnej gazety (wydawanej każdego dnia w BWA)  wydarzeń. Fascynatów było więcej, wymieniali się biletami i przepisami na tablicy Hyde Park w Kinie Nowe Horyzonty, pożyczali książki w mobilnej festiwalowej bibliotece (w połowie festiwalu bibliotekarki liczyły już czytelników w setkach), śledzili po pięć seansów dziennie, zadawali pytania na spotkaniach z reżyserami (Z Nannim Morettim, Carlosem Saurą, czy Petrem Zelenką). Czuli się u siebie. Dlatego zawsze wracają i, jak zapewnia większość, wrócą za rok.

Zgłoś uwagę