Festiwal Nowe Horyzonty 2015. Dlaczego warto było chodzić do kina

Dwie dziennikarki - Ula Jagielnicka i Magda Talik - piszą, dlaczego warto było chodzić na filmy w ramach festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty. Liczyło się wszystko, nie tylko wielkie role i świetna reżyseria, także publiczność i...dreszczyk emocji przy klikaniu na upatrzone senase, by dostać się na pokaz.

  • amy nowe horyzonty

    Kadr z filmu "Amy"

  • syn szawła nowe horyzonty

    Kadr z filmu "Syn Szawła"

  • zupełnie nowy testament nowe horyzonty

    Kadr z filmu "Zupełnie Nowy Testament"

  • namiętność i dźwięk w Berlinie Zachodnim nowe horyzonty

    Kadr z filmu "Namiętność i dźwięk w Berlinie Zachodnim"

  • lampart nowe horyzonty

    Kadr z filmu "Lampart"


Urszula Jagielnicka: Bóg, homar i muzyka, czyli za co polubiłam Nowe Horyzonty

To był mój pierwszy raz na Nowych Horyzontach i muszę przyznać, że ten festiwal chyba mnie kupił. Mam kilku swoich filmowych faworytów i trochę festiwalowych spostrzeżeń, które w odróżnieniu od tych, które miałam zanim stałam się uczestnikiem festiwalu, nie skupiają się tylko na ocenie wyglądu ludzi, którzy przez ostatnie 11 dni tłoczyli się pod wejściem do kina przy Kazimierza Wielkiego.

Karnetowy festiwalowicz

Skoro tak, to zacznę może od spostrzeżeń. Bycie „karnetowanym” festiwalowiczem jest bardzo emocjonujące. Żeby dostać się na upatrzony film trzeba było go wcześniej zarezerwować. Wcześniej, tj. o godzinie 8:30 dnia poprzedzającego projekcję. Jeśli film zapowiadał się ciekawie, to było niemal pewne, że o godzinie 8:30 i 45 sekund nie będzie już ani jednego ze 150 miejsc. Dlatego też tu liczył się refleks i dobre łącze. Dzień przed emisją filmu The Lobster o godzinie 8:15 przyszłam do kina, żeby skorzystać z tamtejszych komputerów, niestety wszystkie już były zajęte. Wyciągnęłam więc tablet, połączyłam się z festiwalowym Wi-Fi i w napięciu czekałam na godzinę „zero”. Klik! Oczekiwanie… I jest! Udało się! O godzinie 8:31 nie było już ani jednego miejsca.

Homar i Nowy Testament

No to teraz o filmach, dla których warto było przeżyć te emocje J. O filmie „The Lobster”, czyli Homar, wiedziałam tylko tyle co opowiedziała mi koleżanka, która widziała go wcześniej. Powiedziała, że film super, że historia taka „odjechana” i że naprawdę warto zobaczyć. No i rzeczywiście, historia „odjechana” bardzo. Bo wyobraźcie sobie, że żyjecie w świecie, w którym można być singlem tylko przez 40 dni, po czym zamieniają cię w zwierzę. Za masturbację karze się przypalaniem dłoni w tosterze, a ci, którzy nie godzili się z takim systemem muszą żyć na wygnaniu w lesie i urządza się na nich cykliczne polowania. No jakiś absurd! Ale czy większy niż ten pokazany w „Zupełnie Nowym Testamencie”? Gdzie Bóg jest wstrętnym facetem w średnim wieku, który jedyne czym się zajmuje cały dzień to zsyłanie na ludzi nieszczęść i wymyślanie absurdalnych zasad, które utrudniają im życie. I gdzie ten Bóg ma córkę, siostrę Jezusa Chrystusa, który w ich domu istnieje jako ożywająca gipsowa figurka. I gdzie ta córka wyrusza na Ziemie, do ludzi, żeby z pomocą sześciu nowych apostołów przerwać tyranię ojca i napisać Zupełnie Nowy Testament. Film świetny! Polecam z całego serca, ale kto, na Boga, wymyślił taką historię? Ale nie tylko absurdem kupiły mnie Nowe Horyzonty. Trochę się też wzruszyłam, a nawet popłakałam na filmie „Amy”. Ten film warto obejrzeć nawet jeśli nie jest się fanem twórczości Amy Winehouse. No i bezbłędny „B-MOVIE: „Namiętność i dźwięk w Berlinie Zachodnim” archiwalne zdjęcia, prywatne filmy i świetna historia, a do tego, moim zdaniem, najlepsza muzyka, czyli punk rock i nowa fala.

Z czystym sercem mogę polecić festiwal Nowe Horyzonty nawet tym, którzy podobnie jak ja, filmy potrafią ocenić tylko z pespektywy widza i do tej pory uważali, że na takich wydarzeniach nic dla siebie nie znajdą.

Magdalena Talik: Chwila milczenia i zakazane seanse

Za bywalczynię festiwalu się nie uważam (spotykałam tu ludzi jeszcze z cieszyńskich edycji Nowych Horyzontów – z kim się porównywać!), ale co roku staram się obejrzeć, jeśli nie kino całkiem offowe, to przynajmniej to z mainstreamu (patrz – sala numer 1, gdzie z reguły pokazywane są zwycięskie propozycje ze światowych festiwali). Odkryłam własne miejsce „jedynce”. Zawsze ostatni rząd, a za moim fotelem wygryziona (zębami siedzącego od kilku godzin głodnego kinomana?) tkanina. I towarzystwo obok. Można pogadać, podzielić się wrażeniami, poznać miejscową giełdę, co trzeba omijać, na co koniecznie pójść. Dzięki temu odradzono mi „Zakazany pokój” Guy’a Madina. Dwie wolontariuszki przedstawiły mi upiorną wizję filmu o facetach w łodzi podwodnej, którym z każdą pokonaną milą morską ubywa tlenu. Aby zapobiec uduszeniu jedzą racuchy (w nich znajdują się dodatkowe pęcherzyki tlenu) i odwiedza ich drwal. Brzmi nieprawdopodobnie, surrealistycznie? I dlatego wszystkie moje rozmówczynie (łącznie cztery na dwóch seansach) wyszły po 15 minutach. Odhaczyłam na liście. Nie idę na „Zakazany pokój”.

Lamparci urok

Wybrałam się na 3-godzinną odrestaurowaną wersję „Lamparta” Luchino Viscontiego. Po pierwsze, dlatego, że filmu nie uświadczy się w Polsce na DVD z polską wersją (ani w ogóle żadnego innego, poza „Śmiercią w Wenecji”, dzieła włoskiego mistrza). Po drugie, bo kocham Viscontiego. Po trzecie, bo kocham tę konkretną powieść Lampedusy. Po czwarte, bo nikt tak trafnie nie opowiadał o Sycylii, jak wspomniany pisarz. Rzecz w tym, że u Viscontiego historia księcia Saliny to nie tylko wizja upadku włoskiej arystokracji, ale uniwersalna historia o przemijającym świecie i próbie dostosowania się do tych nieuchronnych zmian. Pasjonująca, z wielką rolą Burta Lancastera, pięknym jak marzenie Alainem Delonem i ponętną Claudią Cardinale. A scena balu wieńcząca film? Dziś nikt już tak nie kręci. Nam zakręcić się może łezka w oku.   

Dramat w absolutnej ciszy

I wreszcie „Syn Szawła”, film porażający, który na długo przed festiwalem rekomendował Roman Gutek. Długometrażowy debiut węgierskiego reżysera László Nemesa ogląda się jak dzieło dojrzałego twórcy, niektórzy już okrzyknęli obraz arcydziełem. Historia węgierskiego Żyda, członka osławionego Sonderkommando (w którym więźniowie byli zmuszani do prowadzenia ludzi do komór gazowych, obsługi krematoriów). Historia, jak antyczny dramat, bo tutaj ów bohater chce pochować małego chłopca. Z honorem, z udziałem rabina, który odmówi nad grobem kadysz. To pragnienie wydaje się całkowicie irracjonalne w sytuacji masowej eksterminacji, a jednak bohater podporządkowuje mu ostatnie godziny, jakie zostały mu zanim zostanie zabity (członków Sonderkommando regularnie uśmiercano, na ich miejsce przychodzili nowi, wszystko, by zataić funkcjonowanie fabryki śmierci). Kamera nie opuszcza bohatera, jego twarz jest cały niemal czas w kadrze, w tle nieostre, ale wystarczająco wyraźne sceny z obozowej zagłady. Po tym filmie dyskusja nie była konieczna. Zobaczyliśmy historię. I człowieka, który chce zachować godność i przyzwoitość, ocalić swoje człowieczeństwo w miejscu, gdzie wszystkie zasady przestały mieć rację bytu.  

Dla tych tytułów warto było wypić kawę ("Lampart" zaczynał się o 21.45), uzbroić się w cierpliwość, pokusić się o nowy sposób patrzenia na religię (świetny "Nowy Testament"), czy na samotność w dzisiejszym świecie (pod wieloma względami jednak przerażający "Lobster"). Bo Nowe Horyzonty dają emocjonalnego i intelektualnego kopa na długo.

Zgłoś uwagę