Wrocławianin pokonał Elbrus dwa razy w niecałą dobę!

W ciągu niecałych 18 godzin dwa razy zdobył kaukaski Elbrus (5642 m n.p.m.). I to oba szczyty tej bliźniaczej góry. I dodatkowo dwa razy zjechał ze szczytów na snowboardzie. Takie zadanie wykonał Leszek Mikulski. Wrocławianin chce swoim wyczynem ustanowić rekord świata wraz z wpisaniem wyczynu do Księgi Rekordów Guinnessa. 

  • Leszek Moczulski

    Zamierza trafić do Księgi Rekordów Guinnessa

  • Leszek Mikulski

    Leszek Mikulski chce dwa razy zdobyć Elbrus (5642 m n.p.m.) w ciągu 24 godzin


Udało się! W ciągu niecałych 18 godzin wrocławianin Leszek Mikulski dwa razy zdobył bliźniacze szczyty Elbrusa. Wroclaw.pl towarzyszył mu w tej wspinaczce. Na swojej stronie na Facebooku alpinista napisał: Jest sukces, udało się! Więcej zdjęć i video relacji wkrótce. Muszę po prostu odpocząć i wrócić do Polski.

Pełną relację i zdjęcia z tego wyczynu przedstawimy już za kilka dni. Zachęcamy was do przeczytania wywiadu, którego Leszek Mikulski udzielił nam przed wyjazdem.

Alpinista za każdym razem podkreśla, jak ważne jest dla niego to, skąd pochodzi. Na Elbrus ma zamiar wnieść nie tylko flagę Polski, ale także herb Wrocławia. Wroclaw.pl będzie mu towarzyszył w czasie tego zadania.

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z alpinistą.

Zdobyć Elbrus dwa razy jednego dnia. Skąd wziął się pomysł na taki wyczyn?

Leszek Mikulski: – Z niedosytu. W 2013 roku, po pewnych zawodowych perypetiach, po tym, jak splajtowała moja firma, udało mi się podnieść z tych gruzów. I za to postanowiłem zrobić sobie prezent. Pomyślałem, że skoro się nie poddałem, to zasługuję na jakąś nagrodę. I to musiało by być jakieś kolejne wyzwanie. I wybrałem się właśnie na Elbrus. Wchodziłem z grupą 13 osób. Plan zakładał, że zdobędziemy szczyt niższy (5621 m) i potem przejdziemy siodłem na wyższy szczyt (5642 m). Ale to się nie udało. Udało nam się zdobyć tylko niższy szczyt. Coś za coś. Podczas wspinaczki pomogłem innej osobie pokonać to wyzwanie. Jeden z mężczyzn miał problemy ze wspinaczką. Praktycznie wciągnąłem go na samą górę. Całą energia, którą miałem na zdobycie góry, została szybko zużyta. Powyżej 5 tysięcy metrów jest problem z zawiązaniem sznurowadeł, a co dopiero wciągnięciem drugiej osoby. Sprawdziłem się jako lider, potrafiłem zmotywować innych. Jednak sam przed sobą czułem niedosyt. Zabrakło mi tych 21 metrów drugiego wierzchołka. Po powrocie do Wrocławia zacząłem na nowo budować spółkę ETM Group Sp zoo. Z sukcesem. Dzisiaj mogę już to przyznać. Cały czas czułem jednak ten niedosyt w sobie. W październiku ubiegłego roku, jakoś tak po moich urodzinach, postanowiłem wrócić na Elbrus. Zacząłem szukać jakiegoś rekordu, który mógłbym pobić przy okazji. Okazało się, że nikt jeszcze nie zdobył tej góry dwukrotnie w ciągu 24 godzin, od tej najdzikszej, północnej strony.

Jak wyglądają przygotowania do wyprawy? Od kiedy trwają?

– Trwają od listopada ubiegłego roku. Wynająłem osobistego trenera, Mateusza Paula. Nie jest to osoba, która specjalizuje się w treningu wysokościowym, ale wiedziałem, że jest w stanie przygotować mnie pod względem siłowym. Miałem intensywne treningi – trzy razy w tygodniu ciężkie siłowe treningi – żołnierskie. Martwe ciągi. Te ciężary praktycznie z treningu na trening rosły. Zaczynaliśmy od przysiadów ze sztangą 50 kg, a obecnie jest to ponad 100 kg. Ostatnie trzy miesiące to był głównie trening cardio, interwałowy, a także elementy crossfitu. Bardzo dużo treningów tlenowych i beztlenowych. Podbiegi pod górkę z obciążeniem, interwały. Przez ostatnich kilka weekendów wbiegałem na Śnieżkę dwa razy dziennie.

Przed Panem trening przygotowawczy w Alpach. Wejście na Mont Blanc?

– Osobiście uważam, że jest to potrzebna aklimatyzacja. Kilkudniowe przebywanie na wysokości ponad 4 tysięcy metrów spowoduje, że mój organizm „złapie” tę wysokość. Będę bardziej gotowy na wspinaczkę, niż gdybym tu, we Wrocławiu, czekał na Elbrus. W 2013 roku miałem chorobę wysokościową. Złapało mnie to na wysokości około 5 tysięcy 300 metrów. Co się wtedy czuje? Można to porównać do upojenia alkoholowego. Bywa, że człowiek nie jest świadomy tego, co czuje i jak się czuje. Myśli, że minęło 5 minut, a faktycznie to było 25 minut. Wydaje się, że mówimy wyraźnie, tymczasem z naszych ust wydobywa się niezrozumiały bełkot. To jest bardzo zgubne. Może nawet zagrozić naszemu organizmowi. Będzie bardzo trudno zejść z góry. To naprawdę są ekstremalne warunki. Powyżej 5 tysięcy metrów tlenu jest niewiele. To tak, jakbyśmy założyli sobie na głowę worek foliowy z pięcioma otworkami i próbowali oddychać pełną piersią.

Jak wygląda harmonogram wyjazdu?

– Po powrocie z Alp czeka mnie kilka dni odpoczynku. Potem, 24 sierpnia, wyjeżdżamy do Moskwy. Tam spędzimy może dwa dni. Planujemy pobieżne zwiedzanie placu Czerwonego. 26 sierpnia wylot na mineralne wody, tam przesiadamy się na uazy, takie fajne terenowe auta, i nimi jedziemy pod górę. W biciu rekordu będzie mi towarzyszył Zbigniew Bąk, doskonały alpinista. Do bazy na wysokości 3800 metrów planujemy dojść z ekipą telewizyjną. Będą kręcić materiał do wysokości 4700 metrów. Tam spędzimy jakieś dwa dni. Ja w nocy wraz ze Zbyszkiem Bąkiem, będziemy wspinać się wyżej. Będzie to też dobra aklimatyzacja, a także okazja do sprawdzenia paru zjazdów na snowboardzie. Sprawdzę, jak układa się śnieg pod deską. Trzeba mieć świadomość, że to jest off-road. Tam nie ma żadnej trasy. Muszę spodziewać się, że ten śnieg będzie różny. W niektórych momentach będzie bardzo głęboki, a w innych może być tylko cienka warstwa lodu. Po tych próbach planuję odpoczynek. I jakoś około 30 sierpnia atakujemy szczyt. Podejście z 3800 metrów na szczyt zachodni 5642 metry, zjazd do siodła i podejście na szczyt wschodni, ten niższy o 21 metrów. Ze szczytu wschodniego zjazd do bazy na wysokość 3800. Godzina odpoczynku i drugie podejście.

To będzie to trudniejsze podejście?

– Bardzo trudne. Organizm będzie już wycieńczony pierwszym zdobyciem góry. A na dodatek będzie to podejście w pełnym słońcu. Tego się najbardziej obawiam. Muszę zabezpieczyć twarz przed poparzeniem słonecznym – najmocniejsze filtry. W 2013 roku, gdy zjeżdżaliśmy, to jeszcze tego nie czuliśmy, ale twarze mieliśmy spalone tak, że skóra schodziła płatami. Mimo że mieliśmy filtry 50.

Z jaką prędkością będzie Pan zjeżdżał z góry?

– Nie będę jechał bardzo szybko. Nie jestem ekstremalnym snowboardzistą. Na desce jeżdżę około dwóch lat. W tym roku bardzo intensywnie trenowałem w Alpach. Pod okiem instruktorów, ale także sam spędziłem sporo godzin na najtrudniejszych szlakach. Na Elbrusie nie będzie instruktora, ale jestem pewien, że dam radę. Jednak nie planuję szybkiego, szalonego zjazdu. To będzie normalna prędkość – około 20-30 km/h. Przy samym wierzchołku stok jest bardzo mocno nachylony, więc muszę być gotowy, że będę krawędziował.

Jakie zabezpieczenia zabiera Pan ze sobą?

– Na pewno liny, raki. Idziemy we dwóch też na linie cały czas. Gdyby coś się stało, któryś z nas wpadłby w szczelinę, to druga osoba musi go zabezpieczyć. Obaj mamy czekany, żeby szybko wbić się w lód i zabezpieczyć przed zbyt głębokim osunięciem. Oprócz tego zabieramy ze sobą telefony satelitarne, krótkofalówki. O naszej wyprawie wiedzą też tamtejsze służby ratunkowe. Będziemy z nimi cały czas w kontakcie. Wprawdzie wszyscy pukają się w głowę na to, co chcemy zrobić, ale wiele osób nam kibicuje.

Co teraz Pan czuje? Adrenalinę czy tremę?

– Teraz to chyba tremę. Adrenalinę poczuję w górach.

Więcej informacji o wyprawie znajdziecie na stronach głównego sponsora wydarzenia www.etmgroup.pl oraz na stronie informującym o wyzwaniu www.leszekmikulski.etmgroup.pl/ oraz www.leszekmikulski.pl.

Zgłoś uwagę