Miłosne spojrzenie Diany Krall. Recenzja koncertu

– Uwielbiam tu grać – zwierzył się po koncercie Diany Krall jej gitarzysta Anthony Wilson. – Wspaniała publiczność – dodał i zrobił to z przekonaniem. Przez dwie godziny Kanadyjska pianistka i wokalista jazzowa wraz z zaproszonymi przez siebie muzykami dała świetny koncert w ramach trasy promującej jej nowy album „Wallflower”, choć de facto mieliśmy bardziej do czynienia z recitalem, który powinien zostać nazwany „The Look of Love”. Albo „American Songbook”.

  • diana krall autograf

    Autograf Diany Krall na zdjęciu z mężem Elvisem Costello

  • wallflower diana krall

    Okładka najnowszego albumu "Wallflower" Diany Krall


Diana Krall to już nie tylko artystka, to kobieta instytucja. Wystarczy sprawdzić zasięg jej tras koncertowych i częstotliwość występów, by mieć pewność, że jest tytanem pracy, ma kondycję długodystansowca i od publiczności jest uzależniona, jak od adrenaliny. Wprawdzie dziewięć lat temu, gdy urodziła Elvisowi Costello bliźniaki, albo nie tak dawno, gdy musiała odwołać część koncertów z powodu zapalenia płuc, wydawało się, że przystopuje, wycofa się na dłużej. Nic bardziej mylnego. W Hali Stulecia grała pełne dwie godziny i tylko raz zrobiła sobie kilkuminutową przerwę świadoma, że ludzie przychodzą posłuchać przede wszystkim jej i gotowi są słono płacić za tę przyjemność (najtańsze bilety kosztowały 200 zł). Ponadto tak przygotowuje swój występ, by niwelować różnicę, jaką stwarza występ w wielkiej sali w stosunku do kameralnego klimatu, jaki z reguły kojarzymy z muzyką jazzową. Nawet fani siedzący tuż pod kopułą budowli Maksa Berga i widzący właściwie tylko sylwetkę wokalistki i jej zespołu oraz, z tej perspektywy, niewielką stosunkowo scenę, mogli się poczuć, jak zaproszeni na ekskluzywny wieczór z dobrym jazzem w pomieszczeniu o idealnej akustyce i nastroju. Dźwięk był w Hali Stulecia fantastyczny, a reżyser świateł wyczarował z reflektorów intymną wręcz atmosferę, niemal domową, a przy tym wyjątkowo gustownie dobrał kolory i wzory, jakie pojawiały się na specjalnej kotarze.

W tych warunkach pozostawało po prostu siedzieć i słuchać. Nie było tu zniechęconych, narzekających. Przyszli i przyjechali (bo to jedyny koncert w Polsce) fani Diany Krall, którzy jej płyty kupują, bo lubią jazz, jej głos, chcą się zrelaksować, albo kochają piosenki o miłości. Gdyby podsumować cały występ to trzeba by mu nadać tytuł jednego z hitowych albumów Krall – „The Look of Love”, bo większość tekstów klasycznych amerykańskich hitów traktuje o miłości. Czy to „I’ve Got You Under My Skin” Cole’a Portera rozsławiona przez Franka Sinatrę, czy „The Look of Love” Burta Bacharacha napisane z myślą o Dusty Springfield, czy „A Case of You” Joni Mitchell, czy wybór piosenek Nat King Cole’a, albo „Let’s Fall in Love” Arlena i Koehlera.

Z nowej płyty zabrzmiały m.in. tytułowy „Wallflower” Boba Dylana (szczęśliwie, nie śpiewany jego głosem, ale głębokim i zmysłowym wokalem Krall), czy „California Dreamin” z repertuaru grupy The Mamas and the Papas. Można zżymać się, że Diana Krall interpretuje piosenki znane i lubiane przerabiając je w swoim specyficznym jazzowym stylu, ale Kanadyjka udowadniała nie raz, że uwielbia mierzyć się z klasyką na nowo. Dowodem wiele genialnych interpretacji (w „A Case of You” może stawać w szranki z Mitchell).

Zespół, z którym podróżuje zasilają talentem zwłaszcza gitarzysta Anthony Wilson (tak, ten sam z genialnego albumu „Live in Paris”), kontrabasista Dennis Crouch i perkusista Karriem Riggins. Wszyscy czworo znają się od lat i od lat grają razem, co słychać, bo tworzą właściwie jedną jazzową rodzinę. Z taką familią dobrze wyjdzie się wszędzie.

Zgłoś uwagę