Stylowi Amerykanie. Kwartet Marsalisa i Kurt Elling w NFM

Wrocławskie życie koncertowe u progu wakacji kwitnie. Dziesięć lat temu w czasie kanikuły miasto artystycznie wymierało, a jedyną wyspą dla melomanów pozostawało kilka imprez, m.in. Festiwal „Wieczory w Arsenale”, czasem jakiś większy rockowy występ, prawie nigdy jazz (bo poza festiwalami na przyjazd gwiazd raczej nie było co liczyć). Tymczasem sytuacja się zmienia, a otwarcie Narodowego Forum Muzyki i dodatkowo program Europejskiej Stolicy Kultury sprawiły, że w terminie już wakacyjnym można wybrać się na wieczór z udziałem światowej klasy muzyków. Klasy, nie sławy, bo za klasą stoi wypracowywana latami reputacja, wielkie umiejętności i charyzma.

  • branford marsalis quartet nfm

    Kwartet Branforda Marsalisa w NFM/fot. Sławomir Przerwa

  • branford marsalis quartet nfm

    Kwartet Branforda Marsalisa/fot. Sławomir Przerwa

  • kurt elling nfm

    Kurt Elling i Kwartet Branforda Marsalisa/fot. Sławomir Przerwa

  • kurt elling nfm

    Kurt Elling i Kwartet Branforda Marsalisa/fot. Sławomir Przerwa


Kurt Elling mówi i śpiewa po polsku

Także do czarowania publiczności. Dlatego Kurt Elling (nieprzypadkowo nazywany najlepszym męskim głosem jazzowym na świecie) wita publiczność po polsku i dodaje: „Dziękujemy za przybycie”, mimo że zbitki spółgłosek sprawiają mu sporą trudność. Ważniejsze jest jednak fakt, że zadał sobie trud nie tylko, by wszystkich powitać w ich rodzimym języku (co jest teraz już normą u wielu artystów, by pozyskać sobie widownię), ale zaśpiewać także po polsku. Piosenki „Me jedyne niebo” do słów Marcina Kydryńskiego nauczył się z płyty Anny Marii Jopek, nagrał i wykonywał wielokrotnie, nie tylko podczas wspólnych koncertów z wokalistką, ale też w swojej trasie koncertowej (m.in. na Jazzie nad Odrą trzy lata temu). Choć utwór chyba nie do końca jest z repertuaru, po który Elling najchętniej sięga, wyszło wzruszająco. Mało tego, Elling, Branford Marsalis i jego muzycy z kwartetu – pianista Joey Calderazzo, kontrabasista Eric Revis i perkusista Justin Faulkner – dobrze odrobili lekcję z Euro 2016. Przed brazylijską piosenką „Só Tinha De Ser Com Você” Antonia Jobima wokalista zapowiedział, że teraz zaśpiewa po portugalsku. – Ale w portugalskim z Brazylii, a nie z Portugalii – poprawił się od razu. Sala zareagowała błyskawicznym aplauzem, zaś Elling wspomniał, że wszyscy muzycy oglądali mecz Polska-Portugalia i, rzecz jasna, skandowali „Polska”. – Zrobiliśmy nawet zakłady – przekonywał Amerykanin wywołując uśmiech na twarzach melomanów.

Kwartet Branforda Marsalisa, czyli dream team

Elling jest specjalnym gościem Kwartetu Branforda Marsalisa, z którym nagrał znakomity album „Upward Spiral” (niedawno ukazał się także w Polsce dystrybuowany przez Sony Music). O płycie przeczytacie więcej w Brandofrd Marsalis i Kurt Elling w NFM. Promują nowy album. O albumie wspomnieć warto nie tylko dlatego, że piosenki śpiewane podczas koncertu w Narodowym Forum Muzyki to repertuar wybrany, wyćwiczony, a w przypadku dwóch piosenek także napisany z udziałem kwartetu. Warto płytę przesłuchać, ale koncert to zupełnie nowa jakość, zwłaszcza, że uwagi nie kradnie tyko Elling, ale może przede wszystkim saksofonista Branford Marsalis i jego dream team. W każdej piosence jest czas na solidne solówki, nie trzeba się ograniczać i dostosowywać do długości trwania albumu, można grać tyle, ile potrzeba, by świetnie rozwinąć temat, uchwycić nastrój danego utworu, stworzyć z niego małe arcydzieło, jak w przypadku genialnego „Practical Arrangement” z repertuaru Stinga, czy „I’m A Fool To Want You” Franka Sinatry, gdzie symbioza głosu i instrumentu wydaje się być totalna. Tak pięknie, refleksyjnie i melancholijnie zarazem wybrzmiał duet Ellinga i Marsalisa.

W stylu Sinatry

Klimat utworów był jednak piątkowego wieczoru w NFM bardzo różny, bo Gershwinowski przebój z opery „Porgy And Bess”, czyli „There’s A Boat Dat’s Leavin’ Soon For New York” był wyjątkowo stylowy, podobnie jak „Blue Gardenia”. Elling panuje nad swoim głosem tak perfekcyjnie, że może się zdobyć na każdy najbardziej skomplikowany popis. Stylowi byli też muzycy kwartetu saksofonisty Branforda Marsalisa. W sposobie gry, luzie i przyjemności, jaką daje im wspólne muzykowanie na scenie, ale też w sposobie ubierania. Tęsknicie na stylem Franka Sinatry – elegancją, ale swobodną, kreowaną jakby od niechcenia? Przyjrzyjcie się garniturom, koszulom, butom, a nawet skarpetkom muzyków. Panowie, chapeau bas!  

Zgłoś uwagę