Bartosz Porczyk będzie Konradem w „Wielkiej Improwizacji”

Bartosz Porczyk wciela się właśnie w Konrada z III części „Dziadów” w reżyserii Michała Zadary w Teatrze Polskim. Premiera planowana jest już na kwiecień. Rozchwytywany przez media i fanów swojego najsłynniejszego monodramu „Smycz”, zajęty próbami w teatrze i reżyserią spektaklu dyplomowego ze studentami PWST – zgodził się jednak opowiedzieć o swojej pracy, lękach i byciu ojcem.

  • Bartosz Porczyk, aktor Teatru Polskiego we Wrocławiu

    Bartosz Porczyk, aktor Teatru Polskiego we Wrocławiu, fot. Katarzyna Porczyk

  • Bartosz Porczyk, aktor Teatru Polskiego we Wrocławiu

    Bartosz Porczyk, aktor Teatru Polskiego we Wrocławiu, fot. Katarzyna Porczyk

  • Bartosz Porczyk, aktor Teatru Polskiego we Wrocławiu

    Bartosz Porczyk, aktor Teatru Polskiego we Wrocławiu, fot. Agnieszka Kołodyńska


 

Agnieszka Czajkowska: Dlaczego tak niewielu osobom w tym zawodzie udaje się osiągnąć sukces?

Bartosz Porczyk: – To zależy, czym jest dla nas sukces. Czy sukces to znaczy bycie sławnym, tym, o którym wszyscy wiedzą i mówią? Czy to może spełnienie naszych wewnętrznych potrzeb, marzeń związanych z tym, czym się zajmujemy? A może sukcesem jest też ten krótkotrwały, ale mocny moment spełnienia, którego doznajemy, grając na scenie? 

No dobrze, to czym jest sukces dla Ciebie?

– To są właśnie te chwile spełnienia. Ale tak naprawdę to ja myślę o tym wszystkim, co się zdarzyło do tej pory w moim przypadku, jako o początku dopiero, raczkowaniu. Najpiękniejsze – mam nadzieję – dopiero się wydarzy. Wszystko jeszcze przede mną. Udało mi się doświadczyć wielkiego spełnienia na scenie, wtedy gdy grałem z kolegami aktorami i wtedy gdy byłem sam – w spektaklach „Smycz” czy „Farinelli”. To jest niesamowite uczucie satysfakcji z bycia, grania, obcowania i dialogowania z publicznością. Jeżeli widzowie przychodzą do teatru nadal, na setne, dwusetne przedstawienie, to znaczy, że mogę chyba mówić tu o pewnego rodzaju sukcesie.

Wykreowałeś bardzo dobre role teatralne, konsekwentnie wybierasz swój repertuar, a Twoje wysiłki zostały zauważone i docenione. Jesteś laureatem wielu nagród teatralnych. Teatr pozostanie Twoją główną przestrzenią?

– To jest ta przestrzeń, którą dobrze poznałem, spędziłem w teatrze ponad 10 ostatnich lat życia! I może dlatego ciężko mi porównać teatr do filmu. Nie miałem okazji do tej pory osiągnąć spełnienia w przestrzeni filmowej. Wynika to z wielu uwarunkowań. Jedną z przyczyn jest zapewne to, że gram w teatrze we Wrocławiu. Producenci nie przemierzają tylu kilometrów z Warszawy, żeby obejrzeć spektakl… bo zwykle nie mają na to czasu. Dotyczy to nie tylko mnie, ale też wielu świetnych aktorów z teatrów w Legnicy, Jeleniej Górze, Opolu. Jestem pewien, że gdyby zostali zauważeni przez odpowiednie osoby, zaowocowałoby to rewolucją w świecie filmów i seriali. A może po prostu to ja nie mam szczęścia do castingów? (uśmiech).

Jeśli pojawi się szansa, poważna propozycja, to u kogo z reżyserów filmowych chciałbyś zagrać?

– Tak myślę... u Agnieszki Holland i Małgośki Szumowskiej. Robią ciekawe kino.

Jaki miałby być Twój bohater?

– Wielki nikt i nikt wielki. To jest ktoś, obok kogo przeszłabyś na ulicy i prawdopodobnie nie zwróciłabyś na niego najmniejszej uwagi. Ale gdybyś go poznała lepiej, okazałoby się, że ma tak bogaty, tak niesamowity świat wewnętrzny, że nie pomieściłoby ci się to w głowie. Ktoś niepozorny, a jednocześnie skrywający wiele tajemnic.

Jest taka rola?

– Nie napisano jeszcze takiego scenariusza (śmiech), ale ten bohater zaskoczyłby wszystkich. Myślę, że „Smycz” (spektakl Teatru Polskiego, monodram, który powstał według pomysłu Bartosza Porczyka – przyp. red) ma coś z tego, o czym mówię. Jakby bohater, którego gram, miał parę żyć. Jakby w jednej osobie było kilka innych. Wyobraź sobie, że poznajesz swojego sąsiada bliżej i okazuje się, że ma kilkanaście twarzy, wcieleń.

Ta praca nad ciałem, codzienna siłownia, pewna dyscyplina, którą niewątpliwie sobie narzucasz, to jest dążenie do perfekcji czy po prostu narcyzm?

– No nie oszukujmy się, gdybyś zapytała przypadkowego człowieka na ulicy, czy jest zadowolony z tego, jak wygląda, to zapewne poskarżyłby ci się, że chciały i tu, i tu coś zrzucić, poprawić, zmienić w swoim ciele. Chciałby, a jednocześnie tego nie robi. Tak więc tu nie tylko chodzi o narcyzm, ale też o to, żeby się dobrze czuć ze sobą. U mnie jest to sprawa kondycji. Zagranie „Dziadów” kilka razy w miesiącu, gdzie przez dwie i pół godziny biegasz po scenie i cały czas mówisz, skaczesz, potem zagranie monodramu „Smycz” i „Farinellego” bez kondycji fizycznej, o którą staram się dbać, byłoby nie do osiągnięcia. Gdybym tego nie robił, to prawdopodobnie latałbym z wywieszonym jęzorem i bym się udusił brakiem własnego oddechu. Ćwiczę prawie codziennie. Ale dla mnie to coś więcej – to jest czas relaksu i przyjemność. To są te dwie godziny, które mogą poświęcić wyłącznie dla siebie.

Zagrałeś Gustawa w „Dziadach” Michała Zadary w Teatrze Polskim. Mówiłeś w wywiadach, że to były góry tekstu do nauczenia się. Teraz przygotowujesz się do roli Konrada z III części dramatu. To drugie tyle tekstu? Jak idą próby?

– Uczę się tego tekstu od wakacji, ale chyba Gustaw pod względem ilości słów, był większym wyzwaniem. Teraz „Wielka Improwizacja” – ten tekst trzeba mieć w piętach, jak to się mówi, żeby to zagrać. Improwizacja na szczęście okazała się nie tym, czym mi się wcześniej wydawała. To nie tylko o Polsce, o patriotyzmie, ale też jest w niej dużo muzyki, jak się okazało. Konrad sam siebie nazywa „pieśniarzem”, „muzykiem”, którego pieśni nikt nie zrozumie albo nikt nie wysłyszy. W pierwszej części „Wielkiej Improwizacji” Konrad właściwie cały czas mówi o dźwiękach, które widzi, które słyszy, które układa, które przerzuca jak gwiazdy. Podejrzewamy z Michałem (Michał Zadara – reżyser „Dziadów” – przyp. red), że on cały czas mówi o muzyce.

Umiesz już cały ten tekst?

– Tak, ale to tylko warstwa tekstowa, a jeszcze trzeba to zgrać!

Czy nadal tłumy fanów przychodzą na „Smycz”? Spektakl ma podobno stałą widownię, zakochaną w Twojej roli, która przybywa specjalnie, żeby Cię zobaczyć, z Warszawy?

– Sala jest pełna, są komplety, to prawda. Ludzie przyjeżdżają z różnych stron Polski, co ogromnie cieszy. Niektórzy są na „Smyczy” piąty raz i mówią, że za każdym razem odkrywają w spektaklu coś nowego. A przejawy uwielbienia? Tak bym tego nie nazwał, ale owszem, dostaję listy od młodych ludzi, którzy piszą, że widzieli spektakl, że sami chcieliby kiedyś być aktorami, że doceniają moją pracę. To miłe.

„Smycz” – Twój autorski monodram, który zgarnął tyle nagród – powstał z braku...

–...z braku (śmiech)...

Z braku konkretnej propozycji zawodowej?

– To było tak: jedną nogą wyszedłem już z Teatru Muzycznego Capitol, a nie było jeszcze dyrektora w Teatrze Polskim i nie wiedziałem, jak to będzie. Wyjechałem wtedy na wakacje do Londynu, do siostry, i właściwie tam napisałem większą część scenariusza „Smyczy”. Chodziłem na zajęcia z angielskiego, a potem pisałem. Myślałem wtedy tak – że jeśli nie dostanę konkretnej propozycji pracy, to muszę sobie tę pracę dać sam. I tak powstała „Smycz”. Pokazałem po powrocie z Londynu scenariusz Krzysztofowi Mieszkowskiemu, który właśnie został dyrektorem Polskiego, i on to wziął na scenę.

Twój pomysł od razu się spodobał dyrektorowi?

– Od razu. Zaproponował, żeby to wyreżyserowała Natalia Korczakowska, która przyjechała do Wrocławia wtedy… głównie po to, żeby mi odmówić. Bo, że „ona takich monodramów śpiewanych nie robi”. Postanowiłem jednak coś jej zaprezentować i gdy to zobaczyła, to zmieniła zdanie. Róbmy to – powiedziała.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że „jeśli aktor jest w złej formie życiowej, może to przynajmniej przebić na rolę”. Jak to rozumiesz?

– Wydarzenia każdego dnia jakoś się na nas odbijają, a musimy wieczorem grać spektakl. Gdyby te doświadczenia spoza sceny nie miały wpływu na nasze role, to myślę, że one byłyby martwe, dmuchane. Tak więc wierzę, że nawet gorszy okres życiowy jest w stanie wpłynąć na tworzącą się rolę, ale też rola może uratować mnie w gorszym momencie życia. Tak się już zdarzyło. Zbliżały się premiery IV części „Dziadów”, przygotowywałem rolę Gustawa, a prywatnie przechodziłem trudny czas – miałem jakiś totalny lęk przed śmiercią, przemijaniem. Po nocach budziłem się jakąś okrutną, ogromną świadomością przemijalności.

Skąd to się wzięło?

– Nie wiem… może taka jest kolej rzeczy? Może uświadomiłem sobie, że już nie jestem chłopcem, że jestem już mężczyzną i ojcem, że czas płynie, a ja chciałbym jeszcze tak wiele zrobić. I pamiętam – Gustaw się zbliżał, premiera, ten mój lęk przed śmiercią, a tu przyszło mi grać człowieka, który już nie żyje. I to on przywrócił mnie tak naprawdę do życia, dał mi wiarę na nowo. Dlatego jest taki energiczny, taki nieobliczalny, taki żywy. Bo Gustaw jest odzwierciedleniem pragnienia życia.

Nie jestem pewna, czy każdą sytuację życiową aktor może „przebić na rolę” – jak mówisz. Znam przykład dobrego aktora, który przechodzi trudny czas, ale nie gra. Nigdzie go nie angażują. Nie udaje się.

– A może powinien zrobić o tym spektakl? To może być droga do uratowania siebie. Nie wiem, co dokładnie dzieje się w jego życiu, ale to może być niesamowity materiał na scenariusz. Opowieść, która uleczy nie tylko jego, ale też nas widzów.

Aktor powinien „dawać” twarz do spotów wizerunkowych? Sam wystąpiłeś w takim przedsięwzięciu dotyczącym Wrocławia. Rozumiem, że lubisz to miasto, choć urodziłeś się i wychowałeś gdzie indziej?

– Jeśli ktoś mnie pyta o dom, to Wrocław jest na razie moim domem. Mówię – wracam do domu i mam na myśli to miejsce. Mieszkam we Wrocławiu od 12 lat. Tutaj urodziłem się jako artysta, jako aktor. Tutaj wydarzyło się wiele istotnych dla mnie rzeczy – poznałem moją żonę, urodził się mój syn. Być może nie zostanę tu na zawsze, ale na razie tu jestem i nie widzę nic złego w promowaniu tego miejsca.

Warszawa nie kusi aktorsko?

– Myślę, że wyjadę do Warszawy, ale nie będę tam mieszkał na stałe. W ogóle ja tak sobie myślę, że nie muszę być aktorem. Mogę też zostać kimś innym. Gdy zdawałem do szkoły teatralnej, nie zakładałem, że to będzie zawód na całe życie. Od tamtej pory moje myślenie się nie zmieniło. Mogę zmienić profesję. 

I być?

– Ogrodnikiem, nie wiem... kimś zupełnie innym niż jestem teraz.

Jak godzisz bycie ojcem i bycie aktorem? Masz mało czasu – jak sam mówisz – spektakle, próby, pracujące weekendy, reżyserujesz dyplom szkoły teatralnej, piszesz felietony do gazety, codzienna siłownia… Czy to się w ogóle może udać?

– Moja żona również pracuje w teatrze, więc wracamy po nocach. Mamy mało czasu dla rodziny i to jest ten ból. Oskar, nasz syn, nas potrzebuje, chciałby być z nami więcej i tego się dopomina. Widzimy oboje z Eweliną, że wysyła nam takie sygnały. Jakoś próbujemy to wszystko pogodzić. Gdy ja mam premierę, moja żona bierze na siebie mniej pracy, z kolei gdy ona ma ważną rolę, ja staram się mniej angażować zawodowo i nie wyjeżdżać. No tak, nie jest to wszystko takie łatwe.

Potrafisz się zajmować małym dzieckiem?

– Robię, co mogę. Wyszkoliłem się. Oczywiście raczej więcej się tłuczemy ze sobą i wygłupiamy, niż sprzątamy i gotujemy, ale staramy się z Oskarem. Ale jeśli pytasz, czy umiem mu zrobić śniadanie – to tak, daję radę.

 

BARTOSZ PORCZYK – aktor głównie teatralny. Od 2006 roku związny z Teatrem Polskim we Wrocławiu. Pochodzi z Tomaszowa Mazowieckiego. Świetnie śpiewa – w 2006 roku wygrał główną nagrodę w Konkursie Aktorskiej Interpretacji Piosenki we Wrocławiu. Rok później został laureatem głównego wyróżnienia za rolę męską na XIII Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Dublin Fringe Festival – za Smycz. W 2011 odznaczony Brązowym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. W 2015   zdobywca pierwszego miejsca w kategorii teatr w konkursie dla młodych artystów, organizowanym przez wrocławską Gazetę Wyborczą. Nominowany do Paszportów Polityki. Od niedawna pisze felietony do Tygodnika Kulturalnego dodatku do Gazety Wyborczej we Wrocławiu. Ma 5-letniego syna Oskara. 

Zgłoś uwagę