Artur Ruciński, czyli baryton, który zaskakuje. Recenzja koncertu

Jeśli nawet piątkowego wieczoru widownia Opery Wrocławskiej nie była wypełniona do ostatniego miejsca to melomani, którzy przyszli posłuchać Artura Rucińskiego doskonale wiedzieli, że barytona trzeba podziwiać tu i teraz. Za kilka lat artysta może już nie mieć czasu wracać na koncerty do Polski.

  • artur ruciński opera wrocławska

    Artur Ruciński, znakomity śpiewak i dżentelmen w każdym calu/fot. Marek Grotowski

  • artur ruciński opera wrocławska

    Artur Ruciński podczas gali w Operze Wrocławskiej

  • artur ruciński opera wrocławska

    Artur Ruciński/fot. Marek Grotowski


Torreador rzuca damom róże

Gala z udziałem Artura Rucińskiego, któremu towarzyszyła orkiestra operowa pod dyrekcją Tomasza Szredera, była rodzajem rekompensaty dla fanów śpiewaka. Baryton miał wystąpić kilka miesięcy temu jako Oniegin podczas premiery opery Piotra Czajkowskiego, ale wówczas nie udało mu się przylecieć do Wrocławia. I zapewne nikt nie ma mu za złe tamtej niedyspozycji, zwłaszcza po piątkowym wieczorze arii z dzieł włoskich, francuskich, rosyjskich i polskich kompozytorów. Ruciński rozpoczął od słynnej arii torreadora Escamilla z „Carmen”, co więcej powtórzył ją na bis rzucając róże Paniom na widowni i na balkonach, co zupełnie podbiło publiczność.

Nieoczekiwany przebieg koncertu

A przyglądając się pierwszej części gali można było odnieść wrażenie, że choć artysta staje na wysokości zadania publiczności trudno nadawać na podobnej fali. Trudno winić repertuar, bo przecież niewiele jest piękniejszych barytonowych arii od tej z I aktu „Traviaty” – „Di Provenza il mar, il suor”, gdy stary Giorgio Germont prosi Violettę Valery, by opuściła jego syna Alfreda dla dobra całej rodziny, a zwłaszcza mającej wkrótce wyjść za mąż córki. A Ruciński znakomicie ją interpretuje. Podobnie zresztą, jak arię Miecznika ze „Strasznego Dworu” rozpoczynającą się od słów „Kto mych dziewek serce której”, a zawierającej i patriotyczne wersy, jak „Mieć w miłości kraj ojczysty”, czy „Dla swej ziemi macierzystej na skinienie oddać krew”. Tak zawadiackiego i jednocześnie stojącego na straży honoru Miecznika chciałby mieć w obsadzie każdy chyba dyrygent.

A jednak publiczność obudziła się dopiero po arii Miecznika, a prawdziwe szaleństwo zaczęło się dopiero w II części. Być może zasługa w tym bajecznie prowadzonej frazy w arii „Ah per sempre” z „Purytan” Vincenza Belliniego. A może raczej przejmującej interpretacji „Ja was lublju” z II aktu „Damy pikowej” Piotra Czajkowskiego, w której Ruciński tak perfekcyjnie stopniował uczucia, że z zazdrością zaczynało się myśleć o tych szczęśliwcach, jacy gdzieś na świecie posłuchają go w całej partii księcia Jeleckiego. Albo Oniegina, którego Ruciński śpiewa regularnie zdobywając doskonałe recenzje jako wrażliwy słuchacz Czajkowskiego.

Finał z "Don Giovanniego"

Na finał artysta sprawił niespodziankę nie tylko zdejmując muszkę i tym samym rozluźniając atmosferę, ale też obdzielając damy kwiatami i, na dobranoc, śpiewając już tylko a capella canzonettę z „Don Giovanniego” i nawołując, by ów „skarb” z libretta Lorenza da Ponte „zbliżył się do okna i odpędził wszystkie smutki”. Tak, jak zrobił to tego wieczoru Artur Ruciński.  

Zgłoś uwagę