American Film Festival 2015. Laureaci konkursu i nowy film Greena

Zwycięskim filmem w kategorii Spectrum okazał się „Dope” w reż. Ricka Famuyiwy, a w sekcji American Docs (a więc filmów dokumentalnych) „TransFatty żyje” Patricka O’Briena. Laureaci otrzymali 10 tysięcy i 5 tysięcy dolarów nagrody. Ważnej, bo American Film Festival to coraz ciekawsza impreza dla polskiej publiczności i…amerykańskich filmowców, którzy walczą o to, by pokazywać we Wrocławiu.

  • dope american film festival

    Kadr z filmu "Dope"

  • trans fatty żyje american film festival

    Kadr z dokumentu "TransFatty żyje"


Przy wejściu na każdy z seansów w dwóch festiwalowych kategoriach (Spectrum i American Docs) widzom wręczane były karteczki do głosowania. Filmom konkursowym można było wystawiać ocenę 1-6, a zwyciężyły te obrazy, które miały najwyższą średnią.

Gangsta film ulubionym

Publiczności najbardziej przypadły do gustu dwa filmy. W kategorii Spectrum (udział brało 15 obrazów) bezkonkurencyjny był film „Dope” w reżyserii Ricka Famuyiwa o czarnoskórym nastolatku Scotcie Pilgrimie i jego kompanach, którzy mają na bakier z prawem, ale też czeka ich konfrontacja z gansta konkurencją. Do tego dodajmy świetną muzykę m.in. Snoop Dogga i idealnie dobraną stylizację, a dostaniemy przepis na świetny, dynamiczny i dowcipny film. Do realizatorów trafił czek na 10 tysięcy dolarów.

Najlepszy dokument

W kategorii American Docs fani festiwalowi wybrali dokument „TransFatty nie żyje” Patricka O’Briena, który sportretował samego siebie i dekadę walki ze stwardnieniem rozsianym. O’Brien, nowojorski didżej, mimo dramatycznej choroby, która spustoszyła jego organizm, pozostał dowcipny, kreatywny, nawet lekko wariacki. Film dostał nagrodę 5 tysięcy dolarów.

Ale na American Film Festival wyróżniono także amerykańskie filmy ostatniej fazie postprodukcji (w ramach 5. branżowych spotkań koprodukcyjnych US in Progress) i to niebagatelną kwotą, bo 40 tysiącami dolarów. Pieniądze zasiliły m.in. film „Alaska Is a Drag” (reż. Shaz Bennett), a realizatorzy będą mogli za darmo obrobić obraz w Chimney Poland, zgrać dźwięk w Toya Studios i dostać soundtrack skomponowany przez Macieja Zielińskiego z Soundflower Studio Warszawa.

Fajny festiwal doceniany

Co świadczy o tym, że American Film Festival zyskał rangę festiwalu, o którym nawet zagraniczni recenzenci myślą już w kategoriach „must be”? Choćby fakt pokazania we Wrocławiu, jako pierwszym europejskim mieście, filmu „Our Brand is Crisis” (Kryzys to nasz pomysł) Davida Gordona Greena (obok niego statuetkę odebrał też Hal Hartley). Seans mógł być dowodem wdzięczności za przyznanie reżyserowi statuetki Indie Star Awards, ale wcale nie musiał. Nieistotne, że na AFF nie ma czerwonego dywanu, ścianki i gwiazd Hollywood w sukniach od projektantów. Jest za to rzetelnie przygotowany program, świetnie dobrane filmy, specjalne spotkania branżowe, inspirująca publiczność. Dzięki tym wszystkim składnikom wrocławska impreza stała się w ciągu minionych pięciu lat nie tylko jednym z 25 najfajniejszych festiwali filmowych na świecie, ale takim, na który chcą przyjeżdżać fajni twórcy.

Nowy film laureata Indie Star Awards

David Gordon Green pewnie się do takich zalicza. Po nagrodę Indie Star Award wyszedł w dżinsach, niezobowiązująco, pewnie nawet ucieszył go ten casual, na imprezach w Hollywood będzie się wkrótce musiał ubrać bardziej oficjalnie. Pozostaje mieć nadzieję, że nie zapomni o tym, że kręcenie filmów jest też sporą frajdą i daje radochę. Prawdziwą eksplozję kreatywności widać w jego najnowszym filmie „Kryzys to nasz pomysł” z gwiazdorską obsadą (w poprzednim obrazie Greena – „Manglehorn” grali Al Pacino i Holly Hunter) – Sandrą Bullock i Billym Bobem Thorntonem. Historia amerykańskiej spin doktorki wynajętej przez jednego z kandydatów na fotel prezydenta w Boliwii to satyra na świat specjalistów od wizerunku, polityków i media. Wprawdzie w zagranicznych recenzjach podsumowuje się film Greena dość ostrożnie, nikt nie ma wątpliwości, że rola Sandry Bullock (podobno pierwotnie powstała z myślą o George’u Clooney’u, a on ostatecznie został producentem filmu) jest znakomita. Jej Jane Bodine jest cyniczna, profesjonalna do ostatniego momentu kampanii (cytuje namiętnie Sun Tzu, a nawet Warrena Beatty), zdeterminowana, by osiągnąć sukces i dopiec rywalowi z sąsiedniego obozu (Billy Bob Thornton), bo ma powody. Wprawdzie jej kandydat jest na szarym końcu sondaży, ale do wyborów są trzy miesiące, więc Bodine wdraża plan ekspresowy. „Kryzys to nasz pomysł” jest świetnie, dynamicznie nakręconym filmem o prawach, jakimi rządzą się kampanię wyborcze, znacznie dowcipniejszym niż „Idy marcowe”, a już na pewno mniej pompatycznym. Trochę jedynie brakuje głębszej refleksji nad działaniami ekspertów od wizerunku, nad etyczną oceną ich pracy. Zwłaszcza że główna bohaterka w pewnym momencie zaczyna wątpić w sens wciskania ludziom kitu za wszelką cenę.

Zgłoś uwagę