American Film Festival 2015. Filmy Todda Haynesa i Amy Berg

Pochwały dla American Film Festival nie są wyolbrzymione, a nazwanie imprezy jedną z najfajniejszych przez magazyn „MovieMaker” wyolbrzymione. O wrocławskim wydarzeniu słyszał jeszcze przed przyjazdem do Wrocławia nowy amerykański ambasador Paul W. Jones. Bynajmniej nie od swojego poprzednika Stephena Mulla, ale od kolegi z dzieciństwa, dziś filmowca.  

  • american film festival carol

    Kadr z filmu "Carol" Todda Haynesa

  • american film festival ofiary proroka

    Kadr z dokumentu "Ofiary proroka"


Dowodem na to, że American Film Festival z każdym rokiem rośnie w siłę i znaczenie na rynku jest fakt, iż coraz więcej znaczących twórców właśnie we Wrocławiu chce pokazać swoje filmy po raz pierwszy. Nie tylko w Polsce, także w Europie. Dowodem premiera europejska (!) filmu „Our Brand is Crisis” („Kryzys to nasz pomysł”) Davida Gordona Greena z gwiazdorską obsadą – Sandrą Bullock i Billym Bobem Thorntonem w rolach głównych. Rezyser jest zresztą gościem imprezy i odbierze Indie Star Awards, nagrodę przyznawaną przez twórców American Film Festival.

Romans Pań w latach 50.

Sporym wyróżnieniem jest też polska premiera nagrodzonego w Cannes filmu „Carol” Todda Haynesa, który otworzył 6. edycję American Film Festival. We Francji nagrodę aktorską otrzymała Rooney Mara, a partneruje jej Cate Blanchett. Reżyser lubujący się, jak obecnie chyba żaden inny (może poza Wesem Andersonem) w stylizacjach na minione lata XX wieku – zwłaszcza 50., tym razem opowiada historię miłosną. Śledzimy subtelnie nakreślony romans między dojrzałą Carol Aird, zamożną lwicą nowojorskiej socjety (Cate Blanchett) i młodą Therese Belivet, ekspedientką w dużym domu handlowym (Rooney Mara). Związek w latach 50. nie tylko nieodpowiedni, ale i społecznie nieakceptowany. Obydwie kobiety jednak za wszelką cenę pragną być razem, bo tylko w swoim towarzystwie wydają się być wolne, szczęśliwe, spełnione. Mężczyźni w filmie sprawiają wrażenie, jeśli nie agresorów, to tych, którzy chcą swoje wybranki ujarzmić, sprowadzić do konkretnej roli żony, matki, narzeczonej. Uległej. W „Carol” wszystkie uczuciowe rozterki są wygrywane przez aktorki niezwykle subtelnie, ze wszystkimi niuansami. Kamera obserwuje ich twarze, grymasy ust, mowę ciała. Mimo to, film Haynesa (który wejdzie na polskie ekrany w przyszłym roku) nie porywa. Nawet jeśli współczujemy bohaterkom, ich losy nas jednak nie przejmują, a dramaty wydają się papierowe.

Sekta religijna U.S.A.

Trudno mówić o Ameryce nie wspominając o religii. Nawet na amerykańskim banknocie napisane jest „In God we trust”, a tego Boga każdy wyobraża sobie za oceanem trochę inaczej. Dokumentalistka Amy Berg w swoich „Ofiarach proroka” pokazuje rozmiary spustoszenia, jakie w społeczności Fundamentalistycznego Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich czyni jego duchowy guru Warren Jeffs. Przejmując duchową „schedę” po swoim ojcu Rulonie Jeffsie, Warren przejmuje także żony ojca, sam biorąc kolejne i dopuszczając się pedofilii (jedna z małżonek miała 12 lat w chwili ślubu), a także molestując dzieci ze wspólnoty. Film Berg to historia nie tylko działalności Jeffsa (członkowie sekty przekazują mu swoje zarobki, a majątek guru wycenia się na ponad 100 milionów dolarów), ale także śledztwa, jakie przez ostatnie lata prowadzą wspólnymi siłami dziennikarz i prywatny detektyw. Dzięki ich pomocy udało się wprawdzie ująć Jeffsa (odsiaduje dożywocie), ale nie udało się rozmontować sekty. Kieruje nią teraz brat osadzonego, a zastraszone kobiety i dzieci, którym skutecznie wybija się z głowy nieposłuszeństwo, wciąż są indoktrynowane. „Ofiary proroka” ogląda się ze ściśniętym gardłem, zwłaszcza że widz ma świadomość, że proceder trwa nadal. Chwała jednak realizatorom, że mimo gróźb nie obawiają się mówić o niebezpiecznych sektach (niedawno filmowcy inwigilowali scjentologów).  

Zgłoś uwagę