1/30
  • /Nauka

    Anna Grajper i Sebastian Dobiesz

    LAX (Laboratory for Architectural Experiments) to istniejący od pięciu lat we Wrocławiu think-tank, działający na pograniczu architektury, urbanistyki, nowych technologii i sztuki. Jego założycielami są absolwenci Wydziału Architektury Politechniki Wrocławskiej: Anna Grajper i Sebastian Dobiesz. 
    Anna doświadczenie zawodowe zdobywała w renomowanych pracowniach architektonicznych, m.in. w OMA w Rotterdamie, pracując przy realizacjach wyznaczających nowe trendy w projektowaniu architektury przyszłości. Swoją wiedzę poszerzała też na zagranicznych uczelniach, m.in. Oulu School of Architecture i UCL Bartlett School of Architecture w Londynie.
    Sebastian pracował m.in. w prestiżowym KCAP Architects & Planners przy projekcie „Housing with a mission”, nagrodzonym na Międzynarodowym Biennale Architektury i Urbanistyki w Hongkongu. Jako urbanista prowadził także badania na UCL Bartlett School of Planning.

    Czytaj więcej

  • /Nauka

    Anna Grajper i Sebastian Dobiesz

    Anna Grajper: – Przez architekturę interaktywną rozumiemy projektowanie interakcji między człowiekiem a otoczeniem, które oparte jest na idei niewerbalnej komunikacji. Pozwala to użytkownikowi być kreatywnym odbiorcą, od którego zależy ostateczny obraz architektury.
    Sebastian Dobiesz: – Architektura interaktywna jest w pełni zautomatyzowana i zmechanizowana, co pozwala na symultaniczne zmiany aranżacji i charakteru tworzonych przez nią przestrzeni. Liczne sensory oraz kamery są w stanie śledzić rozmaite reakcje użytkownika, takie jak np. ruch źrenic. Oprócz elektroniki wykorzystuje właściwości fizyczne materiałów, np. rozszerzalności cieplnej czy przepuszczalności światła, a także specyficzne cechy nanomateriałów.
     
  • /Nauka

    Anna Grajper i Sebastian Dobiesz

    Współczesne realizacje LAX to na razie instalacje w skali rzeźby, mebla lub pojedynczego elementu architektonicznego. Projekty interaktywne w większej skali powstają już na całym świecie, wzbudzając zainteresowanie mieszkańców i inwestorów.

    W 2015 r. LAX zwyciężyli w międzynarodowym konkursie International Playable City Award w Bristolu z projektem „Urbanimals”. W przejściach podziemnych, na ścianach i podłogach pojawiły się kolorowe, jaskrawo świecące sylwetki zwierząt, m.in. delfina, kangura, chrząszcza i królika, które reagowały na obecność przechodniów.

    – Chcieliśmy pobudzić mieszkańców do dotykania architektury. Szczególnie w przestrzeganiach tranzytu, które są często zniszczone i przez które ludzie tylko przechodzą, nie rejestrując tego, co jest wokoło – opowiada Anna Grajper. – Architektura interaktywna jest bodźcem dla człowieka.

  • /Nauka

    Anna Grajper i Sebastian Dobiesz

    Młodzi architekci podkreślają, że we Wrocławiu jest bardzo dobry klimat dla nowoczesnej architektury. W 2015 r. LAX zdobyli II nagrodę w konkursie ogólnopolskim „Akupunktura miasta”, organizowanym przez SARP Wrocław we współpracy z Urzędem Miejskim. Przedmiotem konkursu była koncepcja urbanistyczno-architektoniczna zagospodarowania terenów między ulicą Zawalną a Odrą.

    – Nasza koncepcja sprawia, że ta przestrzeń stanie się zarówno miejska, jak i należąca do natury. Stworzyliśmy budynek, nawiązujący do modernistycznych tradycji Wrocławia – wyjaśnia Sebastian Dobiesz. – Na zewnątrz konstrukcja budynku jest stała, zwarta, żelbetowa, natomiast we wnętrzu można kształtować tę przestrzeń dowolnie, w zależności od potrzeb mieszkańców, tak by uzyskać salę spotkań lub boisko sportowe. Między innymi w taki sposób LAX próbuje implementować idee architektury interaktywnej w swoich projektach dla przestrzeni miejskich.

  • /Nauka

    Anna Grajper i Sebastian Dobiesz

    Sebastian Dobiesz: – Trzy lata temu podczas Dolnośląskiego Festiwalu Architektury realizowaliśmy projekt „Nie pytaj, bierz”, w kontekście „Bierz miasto”. Z grupą studentów wyruszyliśmy w przestrzeń publiczną ze swoimi meblami domowymi: z lampą, sofą, dywanem. Spotkaliśmy się w Rynku i korzystaliśmy z niego, jakby to był nasz salon. Mnóstwo osób przyłączało się do nas i zadawało sobie pytanie, czemu sami do tej pory nie spędzali czasu w ten sposób.

    – Chcieliśmy zainspirować ludzi do korzystania z miasta jak z własnego domu. Wtedy to było pobudzające. Teraz ludzie nie potrzebują takiej inspiracji. W parkach i na placach mnóstwo się dzieje. Mieszkańcy wynoszą swoje hamaki, koce, spotykają się, jedzą, bawią. W naturalny sposób przejmują te miejsca, zaczynają je doceniać, mają własne pomysły na ich użytkowanie. My – swoimi działaniami i projektami – możemy jedynie poszerzać granice ich wyobraźni.

1 / 5
3/30
  • /Nauka

    Mateusz Palczewski

    Założyciel portalu i czasopisma PrzypadkiMedyczne.pl, doktorant i rezydent w Katedrze i Klinice Chirurgii i Urologii Dziecięcej.
    Portal PrzypadkiMedyczne.pl powstał w roku 2009. Jego założyciel, wtedy student Wydziału Lekarskiego, stwierdził, że nie ma miejsca, w którym studenci medycyny i lekarze opisywaliby trudne przypadki, objawy, diagnozę i przebieg leczenia. Serwis nie miał zastąpić książkowej wiedzy. – Po prostu chcemy jako studenci mieć także do czynienia z przypadkami klinicznymi, historiami prawdziwych ludzi – mówił.
    Portal to także efekt połączenia jego dwóch pasji: medycyny i webmasteringu. – Myślałem, że programowanie to dużo łatwiejszy chleb niż zawód lekarza, gdzie wiedzy do opanowania jest dużo, a odpowiedzialność ogromna. Dzisiaj cieszę się, że nie zmieniłem decyzji. Lubię kontakt z ludźmi. To jedna z podstawowych cech w tym zawodzie – wyznaje.

    Czytaj więcej

  • /Nauka

    Mateusz Palczewski

    Do zbudowania i prowadzenia serwisu zaangażował grupę bliskich znajomych. Oprócz opisów przypadków, prowadzone są quizy i testy, oczywiście dotyczące właśnie przypadków medycznych – tych niecodziennych, ale także takich, spotykanych w praktyce lekarskiej na co dzień. 
    Dzisiaj w serwisie zarejestrowanych jest ponad 12 tysięcy osób. To nie tylko studenci, korzystają z niego także lekarze z wieloletnią praktyką. Dla porównania, w całej Polsce na studiach medycznych (wydział lekarski) kształci się około 16 tysięcy osób. – Przedyskutowaliśmy setki przypadków medycznych ze studentami, doktorantami, lekarzami z całego kraju. Poznawaliśmy opinie na temat tego samego przypadku ludzi z innych ośrodków, z innych uczelni – mówi Mateusz Palczewski.
  • /Nauka

    Mateusz Palczewski

    Kolejnym krokiem było założenie czasopisma medycznego – jego wyjątkowość polega na tym, że jako jedyne w kraju jest czasopismem naukowym, dedykowanym omawianiu przypadków medycznych. Działania redakcji zostały docenione przez MNiSW przez przyznanie pierwszych punktów ministerialnych (dawniej KBN).

    Na tym założyciel serwisu i pisma nie poprzestał. Wiosną 2011 r. we Wrocławiu odbyła się duża sesja naukowa dotycząca niecodziennych przypadków medycznych. Młodzi pasjonaci zaprosili prof. Marię Siemionow. Znakomita chirurg trzy lata wcześniej przeprowadziła pionierski zabieg przeszczepu twarzy. Konferencja była olbrzymim sukcesem.
    Prof. Siemionow w październiku ponownie przyjedzie do Wrocławia, na zaproszenie serwisu Przypadkimedyczne.pl. Gościem konferencji będzie także chirurg prof. Adam Maciejewski. – To będzie spotkanie z udziałem specjalistów światowej klasy – mówi Mateusz Palczewski.

  • /Nauka

    Mateusz Palczewski

    Serwis to niejedyna forma aktywności 29-letniego lekarza. Mateusz Palczewski na co dzień pracuje w Katedrze i Klinice Chirurgii i Urologii Dziecięcej – tu specjalizuje się, prowadzi zajęcia ze studentami i pracuje naukowo.

    Przed dwoma laty został jednym z koordynatorów akcji „Uśmiechnij Dziecko – Wyremontuj klinikę”. Jej celem było zdobycie pieniędzy na remont kliniki przy ul. Skłodowskiej-Curie. Jednostka kierowana przez prof. Dariusza Patkowskiego ma wiele sukcesów w leczeniu najmłodszych pacjentów w zakresie chirurgii, onkologii, urologii. Jednak budynek wymaga gruntowego odnowienia.

    Przy wsparciu wielu osób i instytucji oraz zaangażowaniu pracowników udało się zebrać fundusze na wymianę okien na jednym piętrze budynku. Stało się to także przyczynkiem do generalnego remontu kolejnego piętra.

  • /Nauka

    Mateusz Palczewski

    Młody chirurg podkreśla: lekarz musi się ciągle kształcić, szukać okazji do poznania nowych metod, podpatrywać najlepszych.

    W jednym z wywiadów mówił: – Moim pierwszym przewodnikiem był pan profesor Romuald Cichoń, uczeń profesora Religi. To on na słynnym zdjęciu wykonanym po zabiegu przeszczepu leżał wyczerpany w tle pod ścianą. Jestem mu wdzięczny za cenne rady, gdy chodziłem na zajęcia koła naukowego kardiochirurgii. W tej chwili kierownikiem mojej specjalizacji jest szef naszej kliniki prof. Dariusz Patkowski, on jest moim przewodnikiem i nauczycielem, bardzo cierpliwym. Jak i zresztą cały zespół. Dzięki profesorowi, uznanemu w świecie chirurgowi i wykładowcy, pionierskich technik mogę uczyć się w naszym kraju, we Wrocławiu.

    Mateusz Palczewski szuka okazji do nauki jednak także za granicą. Kilka razy był już na stypendiach w Stanach Zjednoczonych, ma za sobą staż i kursy w Hiszpanii i Portugalii.

1 / 5
5/30
  • /Nauka

    Studenckie Koło Naukowe JEDI, Politechnika Wrocławska

    Konstruktorzy bezzałogowców ze Studenckiego Koła Naukowego JEDI zdobyli już tyle nagród w polskich konkursach, że teraz chcą pokazać się w świecie. Jesienią młodzi wrocławianie wezmą udział w międzynarodowych imprezach w Chinach i Australii.
    Z trzech ostatnich krakowskich Droniad – Parady Robotów studenci z Koła Naukowego JEDI przywozili nagrody. – Wiele drużyn pokazuje konstrukcje, które tylko latają lub latają z podczepioną kamerą. Myśmy już na pierwszej naszej Droniadzie pokazali drona wyposażonego w tak zwaną sztuczną inteligencję – opowiada Alan Sierakowski, szef JEDI. – Mógł przetworzyć obraz, który widzi, wykrywać ruch obiektów lub je śledzić. To robiło wrażenie, bo też organizatorzy oczekiwali, że w konkursie ma być zaprezentowane coś więcej niż standardowy bezzałogowiec.

    Czytaj więcej

  • /Nauka

    Studenckie Koło Naukowe JEDI, Politechnika Wrocławska

    Konstrukcje powstające w JEDI wymagają współpracy specjalistów wielu dziedzin. W kole naukowym są studenci automatyki i robotyki, informatyki, mechaniki i budowy maszyn. Współpracuje z nimi także studentka prawa z Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się aspektami prawnymi.
    Alan Sierakowski: – Polska jest jednym z pierwszych krajów na świecie, które wprowadziły prawo dronowe. To sensownie skonstruowane przepisy, lada moment będą nowelizowane, aby nadążyć za nowymi technologiami.
    Urząd Lotnictwa Cywilnego, który to koordynuje, ma bardzo sensowne rozwiązania, bo nie wprowadza nadmiernych ograniczeń konstruktorom i operatorom dronów, a jednocześnie dba o bezpieczeństwo.
  • /Nauka

    Studenckie Koło Naukowe JEDI, Politechnika Wrocławska

    Młodzi wrocławianie wybrali specjalizację, jak zapewnia Alan Sierakowski, ciągle mało rozwiniętą: latanie w pomieszczeniach. – Latanie dronem na zewnątrz jest proste. Wykorzystujemy kontakt wzrokowy z urządzeniem albo nawigację satelitarną, GPS i możemy z góry zaplanować trasę, bo wiemy, co jest na mapie – wyjaśnia. – Latanie w pomieszczeniu jest o niebo trudniejsze, bo nie mamy GPS. Copter wlatuje i sam musi sobie zaplanować ścieżkę, sam musi zmapować całe pomieszczenie, aby je rozpoznawać.

    Coptery wyposażone w sztuczną inteligencję mogą być wykorzystywane w miejscach dla ludzi niebezpiecznych, zagrożonych wybuchem lub zawaleniem, w obiektach skażonych albo niedostępnych. Rozwiązaniami wrocławian zainteresowało się Ministerstwo Obrony Narodowej. Pierwsze spotkania i konsultacje dotyczące ewentualnej współpracy już za nimi. – Więcej nie mogę powiedzieć – zastrzega Sierakowski.

  • /Nauka

    Studenckie Koło Naukowe JEDI, Politechnika Wrocławska

    Wrocławianie już zostali docenieni. Dostali zaproszenie do udziału w zawodach IMAV, które w październiku odbędą się w Pekinie. Będą rywalizowali z kilkudziesięcioma ekipami z całego świata.

    – Podczas konkursu trzeba wlecieć copterem przez okno lub komin, zrobić mapę, przenieść przedmiot w środku i wylecieć – opowiada lider JEDI. – Chińczycy wymyślili także zadanie, w którym punktem wyjścia jest wybuch i pożar na platformie wiertniczej. Wykorzystując drona, trzeba namierzyć poszkodowanych, którzy znaleźli się w wodzie, dostarczyć im koło ratunkowe, ale przy okazji pobrać też próbki wody, aby stwierdzić, czy doszło do jej skażenia.

    Miesiąc wcześniej w kalendarzu mają wpisane zawody bezzałogowców w Australii. Tam pojedzie ekipa złożona z przedstawicieli kilku organizacji i kół naukowych z Politechniki Wrocławskiej.

  • /Nauka

    Studenckie Koło Naukowe JEDI, Politechnika Wrocławska

    Praca w Studenckim Kole Naukowym to sposób na zdobycie nadzwyczajnego doświadczenia i wiedzy, których się nie osiągnie, ograniczając się do zajęć. Wrocławianie mają na koncie nie tylko nagrody w konkursach, ale także praktyki i staże. Alan Sierakowski kilka tygodni spędził w laboratoriach firmy Parrot w Paryżu, to światowy lider w produkcji dronów.

    – To technologia, w której postęp jest olbrzymi, a jego zakres jest dzisiaj nieograniczony. Samoloty zdalnie sterowane przejmą kolejne gałęzie lotnictwa, także pasażerskiego. Będą doskonalsze i bardziej przewidywalne niż ludzie – akcentuje lider JEDI. – Jeden z zawodowych pilotów stwierdził, że w przyszłości z niedowierzaniem będzie się wspominało czasy, jakimi to byliśmy szaleńcami i wpuszczaliśmy ludzi za stery samolotów.

1 / 5
7/30
  • /Społeczeństwo/miasto

    Karol Pęcherz, Jacek Bierut, Grzegorz Czekański

    Połączyła ich literatura i to dosłownie, bo poznali się na którymś ze spotkań literackich albo na czytaniu poezji. Dzięki nim na literackiej mapie Wrocławia pojawiło się miejsce, które gromadzi miłośników książki i pozwala im wierzyć, że są na świecie ludzie, dla których czytanie jest tak niezbędne jak powietrze.
    Wspólnymi siłami, pod szyldem Fundacji na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza działają dla dobra słowa pisanego, a pomysłów im nie brakuje. Wydają książki młodych gniewnych – poetów i prozaików, cyklicznie ukazuje się „Magazyn materiałów literackich Cegła”, prowadzą najbardziej klimatyczną wrocławską księgarnię Tajne Komplety w Przejściu Garncarskim – księgarnię partnerską Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, organizują festiwal literacki preTEXTY i to nie jest ich ostatnie słowo.

    Czytaj więcej

  • /Społeczeństwo/miasto

    Karol Pęcherz, Jacek Bierut, Grzegorz Czekański

    Karol Pęcherz (rocznik 1980) jest absolwentem socjologii, polonistyki i filozofii. Swoje prace magisterskie poświęcił Witoldowi Gombrowiczowi i Andrzejowi Sosnowskiemu.
    Piętnaście lat temu założył „Magazyn Materiałów Literackich Cegła”. Absolutnie unikatowe pismo, bo każdy numer jest zaskoczeniem dla czytelników. „Cegła” ukazywała się w formie paczki papierosów, wyszła na opłatkach, plakatach, w teczce TW, była do czytania w lustrzanym odbiciu, a nawet w formie wystawy na citylightach.
    „Cegła” to tylko jedno z działań Karola Pęcherza, bo pomysłów mu nie brakuje – organizował spotkania autorskie w cyklu „Szerokość Poetycka Zero”, przygotowywał slamy poetyckie „The Battle of Seven Words”. Pomysłodawca projektu muzycznego Chain Smokers & Andrzej Sosnowski.
  • /Społeczeństwo/miasto

    Karol Pęcherz, Jacek Bierut, Grzegorz Czekański

    Grzegorz Czekański (rocznik 1984). Mówi o sobie, że jest przede wszystkim księgarzem, ale zajmował się także krytyką literacką i filmową; jest redaktorem, felietonistą i prozaikiem.

    Pod jego kierownictwem księgarnia partnerska Dolnośląskiej Szkoły Wyższej Tajne Komplety stała się miejscem wyjątkowym – prawdziwą księgarnią, a nie tylko sklepem z książkami. Zgromadziła wierną rzeszę fanów rozpoczynających lub kończących dzień kawą prima sort i świetną lekturą.

    W ofercie Komplety mają książki mądre, potrzebne i ciekawe – od poezji, przez książki o sztuce, teatrze, historii, albumy, publicystykę, beletrystykę, po nowatorskie książeczki dla dzieci w dobrej cenie, autorskie plakaty i płyty winylowe. W sumie kilkanaście tysięcy tytułów. W Tajnych odbywają się spotkania autorskie, Międzynarodowy Festiwal Opowiadania, wystawy, promocje książek, dyskusje, czytania dla dzieci, spektakle, warsztaty literackie, turnieje poetyckie. Kieruje pracami nad portalem Dolnośląskość.pl.

  • /Społeczeństwo/miasto

    Karol Pęcherz, Jacek Bierut, Grzegorz Czekański

    Jacek Bierut (rocznik 1964) jest poetą, prozaikiem, krytykiem literackim. Publikował m.in. w „Odrze”, „Kresach”, „Czasie Kultury”, „Akcencie”, „Studium”, „FA-artcie”. Studiował filologię polską na uniwersytetach we Wrocławiu i w Lublinie. Jest trzecim z założycieli Fundacji na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza i księgarni Tajne Komplety. Jeden z ojców antologii „Rozkład jazdy. Dwadzieścia lat literatury Dolnego Śląska” – 800-stronicowej syntezie o dolnośląskiej prozie, poezji i dramacie, z sylwetkami kilkudziesięciu autorów, tekstami o 12 miastach regionu i dolnośląskich czasopismach.

  • /Społeczeństwo/miasto

    Karol Pęcherz, Jacek Bierut, Grzegorz Czekański

    Ich działaniom patronuje poeta Tymoteusz Karpowicz. „To patron nieoczywisty. Dla nas idealny. Postać-legenda, ale nie na tyle głośna, by nazwać ją kultową. Poeta równie ważny, co niezrozumiany. Mocno związany z Wrocławiem, ale jednocześnie zdecydowanie umykający wszelkiej lokalności. Wymagający, a przez to przynoszący wyjątkową satysfakcję czytelnikowi. Poetycki rewolucjonista, tworzący nową definicję słowa „eksperyment”. Postać szalenie dla nas ważna. Powołując Fundację jego imienia w 2009 roku, włączyliśmy się w sferę aktywności nie tylko Dolnego Śląska, ponieważ w założeniu postawiliśmy sobie za cel przekraczanie granic, czego w wierszach stale dokonywał nasz Patron. Granic terytorialnych, ale również tych związanych z mentalnością. Z życiem umysłowym” – tłumaczą na stronie Fundacji na rzecz Kultury im. Tymoteusza Karpowicza.

    http://fundacja-karpowicz.org/

1 / 5
9/30
  • /Społeczeństwo/miasto

    Magda Pawicka

    Ma tylko 9 lat i w szachy gra zaledwie od dwóch, ale na koncie ma już ważne szachowe osiągnięcia: tytuł międzynarodowej mistrzyni Niemiec do lat 8 i złoty medal mistrzostw Polski do lat 10. Magdalena Pawicka z Polonii Wrocław z uśmiechem od ucha do ucha rozwiązuje każde szachowe zadanie. Do szachów trafiła przypadkowo. – Najpierw starsza córka uczęszczała na zajęcia szachowe w szkole, a po jakimś czasie nasz znajomy zaproponował, że możemy mieć też lekcje w domu. Na próbę zatrudniliśmy trenera na zajęcia indywidualne w domu i wtedy okazało się, że Magda robi szybko bardzo duże postępy – mówi tata dziewczynki, Tomasz, który amatorsko także grywa w szachy. – Bardzo lubię grać w szachy i rozwiązywać zadania szachowe – dodaje sama dziewczynka. – Najbardziej lubię grać białymi.

    Czytaj więcej

  • /Społeczeństwo/miasto

    Magda Pawicka

    W rodzinie Pawickich to Magda jest pionierem, jeśli chodzi o szachy profesjonalne, choć królewska gra zawsze była obecna w domu. – Ja długo nie mogłem pokonać dziadka ani ojca. Udało się dopiero w zeszłym roku. A Magdzie już regularnie zdarza się ogrywać dziadka i mnie. No chyba, że gram białymi i zaczynam od d4. To jest pozycja zamknięta i Magda jeszcze trochę się w niej gubi. Ale przynajmniej wiadomo, nad czym musimy pracować. Mimo to wygrać z Magdą zdarza mi się coraz rzadziej – śmieje się pan Tomasz. – Dziadka ogrywam prawie zawsze – dodaje z rozbrajającym uśmiechem dziewczynka. Magda trenuje wspólnie z innymi dziećmi w siedzibie Klubu Szachowego Polonia Wrocław.
  • /Społeczeństwo/miasto

    Magda Pawicka

    Z Mistrzostw Polski Młodzików do lat 10 w Jastrzębiej Górze Magda Pawicka wróciła ze złotym medalem! Rok wcześniej została międzynarodową mistrzynią Niemiec do lat 8, a to nie koniec osiągnięć, bo na koncie ma już także wicemistrzostwo Polski do lat 8, wywalczone w Poroninie, i brązowy medal MP do lat 8 w szachach szybkich. W szachy regularnie wygrywa z dorosłymi i z miesiąca na miesiąc robi duże postępy. Najbardziej z tytułu wicemistrza Polski cieszyła się jej mama. Podczas mistrzostw Polski Magda zdobyła złoty medal, mimo że od większości rywalek była młodsza o rok, a w szachy gra tylko dwa lata.

  • /Społeczeństwo/miasto

    Magda Pawicka

    – Zdecydowaliśmy się na edukację domową, ponieważ jest bardziej efektywna niż system szkolny. Minusem jest na pewno mniejszy kontakt z rówieśnikami, ale za to Magda nadrabia te braki podczas zajęć w klubie szachowym, gdzie ma kontakt z innymi dziećmi. W edukacji stawiamy przede wszystkim na szachy i matematykę, które mają ze sobą wiele wspólnego. Szachy dobrze przygotowują do zawodu informatyka, czyli Magda mogłaby zostać w przyszłości np. programistką komputerową, jak tata – śmieje się pan Tomasz.

  • /Społeczeństwo/miasto

    Magda Pawicka

    Dla Magdy szachy to wielka pasja i hobby. Jednak to nie przeszkadza jej być wesołą i roześmianą dziewczynką. Wraz z licznym rodzeństwem (Magda ma starszą i młodszą siostrę, i dwójkę młodszych braci) stanowią fantastyczną roześmianą gromadkę. – Bawimy się razem. Fajnie jest z rodzeństwem. Lubię zwłaszcza wakacje, gdy gdzieś razem wyjeżdżamy – dodaje, jak zwykle z uśmiechem, najmłodsza wrocławska mistrzyni szachowa.

1 / 5
11/30
  • /Społeczeństwo/miasto

    Małgorzata Scheuer-Tyc i Tomasz Tyc

    Sery łomnickie, domowe wędliny, oleje tłoczone na zimno, ekologiczne warzywa, owoce i zioła, naturalne miody, rarytasy z Portugalii, świetne wina z Francji, pyszne pstrągi z Kotliny Kłodzkiej – te i inne smakołyki można co niedziela kupić na Bazarze Smakoszy w Browarze Mieszczańskim. O to, by te pyszności trafiły na stoły wrocławian, dbają Małgorzata Scheuer-Tyc i Tomasz Tyc.
    – Małgosia rozmawia z ludźmi, dba o atmosferę – uważa jej mąż Tomek. – Ja zdecydowanie lepiej sprawdzam się jako księgowy i osoba od papierkowej roboty – śmieje się. Razem stworzyli wyjątkowe miejsce – Bazar Smakoszy. W dawnym Browarze Mieszczańskim każdej niedzieli spotykają się miłośnicy dobrych smaków. – Od początku staraliśmy się stworzyć bazar smaków z różnych stron świata i wyjść poza standardowy, lokalny jarmark – wyjaśnia Małgorzata Tyc.

    Czytaj więcej

  • /Społeczeństwo/miasto

    Małgorzata Scheuer-Tyc i Tomasz Tyc

    Pierwszy bazar zorganizowali ponad trzy lata temu. Tomek pracował w Urzędzie Marszałkowskim, Małgosia w organizacji pozarządowej. – Od zawsze interesowaliśmy się dobrym jedzeniem, zdarzało nam się szukać produktów, które były niedostępne we Wrocławiu albo w Polsce. Zamiast jeździć po całym kraju za odpowiednim rodzajem ryżu, stwierdziliśmy, że lepiej go sprowadzić do nas. Wymyśliliśmy bazar, bo chcieliśmy spróbować czegoś własnego – wspominają.
    Okazało się, że sporo ludzi jest zainteresowanych takim bazarem. – Sami szukaliśmy wystawców. Udało się namówić 22 – wspominają. – Dla wszystkich było to zupełnie nowe doświadczenie i zupełne zaskoczenie, bo po 2-3 godzinach trwania bazaru towar został kompletnie wyprzedany!
  • /Społeczeństwo/miasto

    Małgorzata Scheuer-Tyc i Tomasz Tyc

    – Zdrowo, naturalnie, smacznie – to idea naszego bazaru – mówi Tomasz Tyc. – Zależało nam też na rodzinnej atmosferze, żeby klienci i wystawcy dobrze się tu czuli. Nie chodzi bowiem o sam biznes, ale wspólne stworzenie wyjątkowego miejsca. Wydaje mi się, że to się nam udało.

    – Ludzie podróżują, interesują się kulinariami, zwracają uwagę na jakość jedzenia, są świadomi smaków – wyjaśnia Małgosia. – Mają też swoje pomysły i propozycje, bo czują się częścią bazaru. Stoisko z certyfikowanymi warzywami ekologicznym powstało w odpowiedzi na ich potrzeby – dodaje.

  • /Społeczeństwo/miasto

    Małgorzata Scheuer-Tyc i Tomasz Tyc

    Bazar Smakoszy początkowo odbywał się raz w miesiącu, teraz można tu kupować co tydzień. – Kiedy zaczynaliśmy, poświęcaliśmy mu każdą chwilę. Zresztą nadal to robimy – śmieją się. – Od bazaru nie można wziąć wolnego, nawet urlop planujemy tak, by w niedzielę być we Wrocławiu. Bazar wymaga ciągłego myślenia, bo nie sztuką było zacząć, ale trzeba dbać o jego rozwój – opowiadają.

    – Pierwsze dwa bazary budziły we mnie tak wielkie emocje, że nie byłam w stanie jeść. Czujemy się odpowiedzialni za Bazar Smakoszy także dlatego, że udało nam się stworzyć miejsce pracy dla kilkudziesięciu osób. Ta świadomość czasem paraliżuje, ale też napędza do działania. Nie możemy nikogo zawieść – podkreśla Małgosia.

  • /Społeczeństwo/miasto

    Małgorzata Scheuer-Tyc i Tomasz Tyc

    Bazar wciąż się rozwija. Pojawiają się nowi wystawcy, do Browaru Mieszczańskiego przyjeżdżają food trucki, z których zjeść można przeróżne dania: od fastfoodowych hamburgerów po pizzę wypiekaną w kamiennym piecu. Organizują też świąteczne wydania bazarów. W okolicy Bożego Narodzenia swoje stoiska rozkładają rękodzielnicy, działa manufaktura św. Mikołaja, w której organizowane są warsztaty malowania, szycia, ceramiki. Ani Małgosia, ani Tomek nie tęsknią do dawnej pracy. Bazar stał się częścią ich życia. – Połączyliśmy życie zawodowe z prywatnym, ale lubimy to – zapewniają.

    http://bazarsmakoszy.com/

    https://www.facebook.com/WroclawskiBazarSmakoszy/

1 / 5
13/30
  • /Społeczeństwo/miasto

    OKAP – Ośrodek Kulturalnej Animacji Podwórkowej

    Malarze, animatorzy działań kulturalnych, ludzie, który potrafią zmotywować innych, by odnaleźli w sobie umiejętności i talenty, o których nawet nie śnili. Udała im się rzecz niesłychana – obudzili w zwykłych mieszkańcach ul. Roosevelta we Wrocławiu miłość do sztuki. Malarz Mariusz Mikołajek wraz ze swoim artystycznym zespołem (Witoldem Liszkowskim, Marianną Mądrawską, Ireną Rożańską, Manfredem Batorem, Miłoszem Flisem i Janem Mikołajkiem) zaangażował prawie wszystkich mieszkańców XIX-wiecznych kamienic, by zmienili swoje brzydkie podwórko w niesamowite miejsce, do którego pielgrzymują wycieczki. Na ścianach kamienic powstało niezwykłe dzieło – przestrzenny mural, który namalowali mieszkańcy.

    Czytaj więcej

  • /Społeczeństwo/miasto

    OKAP – Ośrodek Kulturalnej Animacji Podwórkowej

    Od 2013 r. prowadzą Ośrodek Kulturalnej Animacji Podwórkowej przy Roosevelta na Nadodrzu. Szare kamienice przy ul. Jedności Narodowej i Roosevelta skrywają niesamowite podwórko, stworzone przez mieszkańców pod kierunkiem artystów działających w OKAP. Ośrodek powstał w dawnej stolarni, przed nim stoją gigantyczny kot i pies.
    – Wyszliśmy z działaniami artystycznymi na zewnątrz ośrodka – mówi Mariusz Mikołajek. – Mieszkańcy odkryli w sobie talenty plastyczne i zaangażowali się w zmianę przestrzeni, w której żyją.
  • /Społeczeństwo/miasto

    OKAP – Ośrodek Kulturalnej Animacji Podwórkowej

    Kolorowe ryby, błękit oceanów, rajski ogród, psy i koty, dinozaury, własne wiersze i portrety, ukochana drużyna piłkarska – na wszystko znalazło się miejsce na 250-metrowym malowidle.

    – Początkowo, gdy pojawili się artyści, to w budynku nie mieli jeszcze prądu i wody – opowiada Maria Żelazna, której prace można oglądać na wystawie w OKAP-ie. – Chyba pierwsza do nich wyszłam, przyniosłam herbatę. Tak to się zaczęło. Potem okazało się, że będą nas uczyć sztuki – malarstwa, rzeźby, ceramiki, a nawet pracy ze szkłem. Zaczęliśmy malować – najpierw na papierze, później na płótnie, tworzyć rzeźby – wspomina. – Wcześniej nie znaliśmy się za dobrze. To podwórko nas połączyło. Poznaliśmy też ludzi, którzy mieszkają kilka ulic dalej. Przy Kluczborskiej mieszka pani Irena Korzeniewska – opowiada Maria Żelazna. – Okazało się, że malarstwo to jej hobby. To od jej „Pejzażu” powstała pierwsza część projektu ściennego malowidła.

  • /Społeczeństwo/miasto

    OKAP – Ośrodek Kulturalnej Animacji Podwórkowej

    W malowanie „niemuralu”, bo dzieło zajmujące ponad 1200 metrów kwadratowych jest połączeniem malarstwa, rzeźby i ceramiki, zaangażowani byli wszyscy mieszkańcy – od najmłodszych, przez młodzież, mniejszość romską, kibiców piłkarskiego Śląska, po seniorów. – Nie ma, że coś poprawiamy czy przerabiamy. Każdy ślad, każde dzieło zostaje, każdy jest autorem – zaznacza Mariusz Mikołajek.

    – Mural można podzielić na sekwencje, ale wszędzie bohaterami są mieszkańcy – podkreśla malarz Witold Liszkowski. – Kiedy powstawały ich podobizny, to toczyły się rozmowy podobne do rozmów z artystami, którzy obsługiwali królewskie dwory – śmieje się. – Mąż zastanawiał się, czy żona dobrze wygląda, czy nie za staro, czy prawdziwie. Musieliśmy się zmierzyć także z tym, jak siebie każdy postrzega.

  • /Społeczeństwo/miasto

    OKAP – Ośrodek Kulturalnej Animacji Podwórkowej

    – Inni mieszkańcy podwórek na Nadodrzu też chcą stworzyć swoje malowidła wzorowane na naszym – mówią z dumą mieszkańcy kamienic przy Roosevelta.

    – Tu widać siłę Wrocławia, siłę jego mieszkańców i godny podziwu zapał i energię Mariusza Mikołajka, bez którego nie byłoby tego wszystkiego. Ten projekt trwa, wyzwala i odkrywa talenty mieszkańców – mówił Adam Grehl, wiceprezydent Wrocławia, podczas oficjalnego otwarcia malowidła. Kolejne malowidło powstaje po przeciwnej stronie ul. Roosevelta. Tam mieszkańcy mierzą się z historią sztuki i tworzą dzieła inspirowane znanymi dziełami.

    OKAP, czyli Ośrodek Kulturalnej Animacji Podwórkowej przy ul. Roosevelta 5A, jest prowadzony przez Fundację OK, ART. i miasto Wrocław. Ośrodek administracyjnie podlega ODT Światowid. Artyści, którzy współprowadzą projekt „Podwórko nasze atelier...”, to Mariusz Mikołajek, Witold Liszkowski, Marianna Mądrawska, Irena Rożańska, Manfred Bator, Miłosz Flis oraz Jan Mikołajek.

    www.facebook.com/FundacjaOkArt 

1 / 5
15/30
  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Filip Marek

    Filip Marek – florysta, nauczyciel zawodu w Zespole Szkół nr 24 we Wrocławiu, wykładowca w szkołach florystycznych we Wrocławiu, Opolu i Poznaniu. Ponadto pracuje jako Visual Manager największego w Polsce concept store z produktami polskich projektantów mody. Pełni funkcję prezesa rady nadzorczej Fundacji k6, działającej na polu kultury, edukacji i oświaty. Egzaminator Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej we Wrocławiu w zawodzie florysta i technik ogrodnik. 
     

    Czytaj więcej

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Filip Marek

    Ukończył ogrodnictwo na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu i studia podyplomowe z zakresu florystyki na SGGW w Warszawie. – Swoją pasją staram się zarażać innych, prowadząc zajęcia z roślin ozdobnych i florystyki w możliwie ciekawy i nowoczesny sposób. Dzięki sporemu kredytowi zaufania szkoły, miałem możliwość urządzenia naprawdę dobrze wyposażonej i funkcjonalnej pracowni – opowiada.
  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Filip Marek

    – Wyczucie w tworzeniu dekoracji florystycznych wykorzystuję także, przygotowując scenografie i aranżacje florstyczne w różnego rodzaju wnętrzach podczas eventów oraz wystaw. Zajmuję się również szkoleniem architektów wnętrz z zakresu doboru roślin do aranżacji pomieszczeń.

    Moim zdaniem przede wszystkim nie można dać sobie podciąć skrzydeł, kiedy dąży się do realizacji swoich planów, i działać konsekwentnie. Jestem pewny, że gdybym na różnych etapach rozwoju brał pod uwagę wiele „życzliwych" rad i opinii różnych osób (tu niestety muszę wskazać m.in. moich wykładowców), na pewno nie byłbym dzisiaj w tym miejscu, w którym jestem – wspomina i dodaje: – Bardzo ważne jest również wsparcie rodziny i przyjaciół. Wiadomo, że bez odpowiedniego wykształcenia i rzetelnej wiedzy się nie obejdzie, ale równie istotne jest to, jakimi ludźmi się otaczamy.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Filip Marek

    – Marzy mi się, żeby dziedzina ogrodnictwa ponownie znalazła właściwe sobie miejsce w polskim systemie edukacji. Będzie to jeden z kroków prowadzących do zwiększenia wrażliwości społeczeństwa na piękno roślin, bo – nie ukrywajmy – podnoszenie estetyki we wszystkich dziedzinach życia jest w Polsce konieczne – uważa Filip Marek. 

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Filip Marek

    – Z bliskich planów mogę wskazać na pewno pracę w 2017 r. w charakterze kuratora wystawy o tematyce florystycznej w Galerii Dizajn BWA we Wrocławiu. Chodzi mi po głowie również opracowanie publikacji o polskiej florystyce – mówi. 

1 / 5
17/30
  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Lutosławski Quartet

    Lutosławski Quartet to czterech młodych zdolnych muzyków: Bartosz Woroch – skrzypce, Marcin Markowicz – skrzypce, Artur Rozmysłowicz – altówka, Maciej Młodawski – wiolonczela.

    Czytaj więcej

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Lutosławski Quartet

    Żaden z czterech muzyków nie pochodzi z Wrocławia, ale wszyscy tworzą najbardziej znany w mieście kwartet, który w przeddzień 10. rocznicy istnienia osiągnął mocną pozycję. Nie tylko w polskim środowisku muzycznym. Ich pracę docenili także wymagający brytyjscy krytycy z „BBC Music Magazine”. Artystów ukształtowały nie tylko szkoły (choć Bartosz Woroch podkreśla, jak ważne były studia w Londynie), w równym stopniu przeczytane książki czy obejrzane spektakle teatralne. – Często patrzy się na muzyczną część naszej biografii, ale to czasem najmniej istotna rzecz, bo dobra lektura może zastąpić semestr zajęć ze średnim wykładowcą – nie ma wątpliwości Marcin Markowicz.
  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Lutosławski Quartet

    Bartosz Woroch, od dwóch sezonów pierwszy skrzypek zespołu, podkreśla, że najważniejsze, by realizowana była naczelna idea zespołu, czyli promowanie muzyki polskiej, zwłaszcza nowej, czyli z XX i XXI wieku. Specjalnie dla wrocławskiego kwartetu swoje nowe utwory komponują m.in. Paweł Mykietyn czy Andrzej Kwieciński, a płyty z kwartetami Grażyny Bacewicz mają w świecie znakomite recenzje. Dzięki muzykom dzieła rodzimych mistrzów są wykonywane w różnych zakątkach świata i podbijają publiczność, choć prawdziwą siedzibą kwartetu jest Narodowe Forum Muzyki.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Lutosławski Quartet

    Przepis na sukces? Maciej Młodawski: – Różnice indywidualne w grze są u nas bardzo widoczne, ale ważne, by dobrać się w taki sposób, aby było to inspirujące połączenie.

    Artur Rozmysłowicz: – Trzeba słuchać siebie, przyjmować uwagi, umiejętnie dyskutować, iść na kompromisy i niekoniecznie być pewnym tylko swego.

    Bartosz Woroch: – Balans w wykazywaniu się inicjatywą przy jednoczesnym bardzo uważnym słuchaniu partnerów. Nie znajdziemy tej rzeczy w żadnym innym rodzaju formacji.

    Marcin Markowicz: – Mówić interesująco, bo zapominamy, jak istotne jest to, co się mówi, a nie w jaki sposób. Podczas recitali Arturowi Rubinsteinowi nierzadko zdarzało się grać nieczysto, a mimo to publiczność była wzruszona, bo potrafił do nich przemówić.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Lutosławski Quartet

    W tej chwili Lutosławski Quartet przygotowuje się do nagrania dwóch nowych albumów. Na razie wiadomo, że znajdzie się na nich sporo współczesnego repertuaru. – Nadal się rozwijamy – podkreśla Artur Rozmysłowicz. Marzenia? – Abyśmy nie popadli w rutynę, ale zawsze mieli taką samą świeżość, ciekawość świata i odkrywania nowych rzeczy w utworach, które gra się nawet już 25. sezon – uśmiecha się Marcin Markowicz.

    http://www.lutoslawskiquartet.com

    http://www.nfm.wroclaw.pl/zespoly/lutoslawski-quartet

1 / 5
19/30
  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Joanna Kohut i Karolina Łopatka

    Siostry i wyjątkowo zgrany tandem. Odkąd sięgają pamięcią, zawsze pracują razem i zawsze organizują imprezy dla dzieci. Kiedyś na osiedlowym podwórku i w harcerstwie, a od 10 lat we własnej Agencji Artystycznej Hopek, specjalizującej się w umilaniu maluchom czasu wolnego.

    Czytaj więcej

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Joanna Kohut i Karolina Łopatka

    Rozwijały firmę w trudnym okresie, gdy rodziców trzeba było przekonywać, że urodziny dla dzieci mogą być ciekawsze, mogą być przygodą z ulubionymi bohaterami. W Hopka zainwestowały wszystkie oszczędności, kupiły pierwsze profesjonalne stroje i zaryzykowały. Dziś, oprócz sali zabaw na Krzykach, realizują też inne pasje. Joanna Kohut szyje przytulanki i akcesoria dla dzieci, a Karolina Łopatka fotografuje milusińskich.
  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Joanna Kohut i Karolina Łopatka

    Wszyscy, którzy współpracują z Joanną Kohut i Karoliną Łopatką, przekonują, że siostry naciągają czasoprzestrzeń. Obydwie zastanawiają się, jak w przyszłości pogodzić ich powiększające się rodziny z pracą zawodową. Pomysłowe i bezkompromisowe, bo zależy im na tym, by zabiegani rodzice nie odprowadzali tylko dzieci do Hopka, ale bawili się razem z maluchami, znaleźli dla nich czas. Joanna Kohut w wolnych chwilach projektuje i wykonuje oryginalne upominki pod szyldem Art Merci, to ciekawsze prezenty od tradycyjnych lizaków czy jajek niespodzianek. Są pamiątką na długie lata. Karolina Łopatka pod marką Karolina Łopatka Photography robi sesje zdjęciowe dzieci i rodzin, także unikatowe fotografie noworodków.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Joanna Kohut i Karolina Łopatka

    Joanna Kohut: – Trzeba lubić to, co się robi, i być rzetelnym. Jedna zła opinia idzie w świat szybciej niż kilka dobrych. Poza tym liczy się też cierpliwość i wytrwałość, bo w prowadzeniu firmy bywają i wzloty i upadki.

    Karolina Łopatka: – Małymi kroczkami trzeba cały czas iść do przodu; walczyć z bylejakością i brakiem zaangażowania. To procentuje i przynosi satysfakcję.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Joanna Kohut i Karolina Łopatka

    Dziewczyny mają marzenia, Joanna Kohut: – Być szczęśliwymi rodzinami i mieć zdrowe dzieci. A firmowe marzenia? O rozwijaniu sali zabaw, o tym, aby każdego dnia być lepszym, aby praca dawała tyle frajdy i satysfakcji, co dotychczas. Aby nikt nie powiedział, że po 10 latach rozwijania naszej Agencji Artystycznej Hopek spoczęłyśmy na laurach.  

    Karolina Łopatka: – Marzę jeszcze o własnej pracowni albo studiu przy domu, o lepszym sprzęcie. Ale najważniejsze, by nasze dzieci – Nadia, prawie dwa latka, i Igor, trzy latka – były z nas kiedyś dumne.

    www.hopek.com.pl

    www.kpphotowroclaw.wix.com/kpphotography

    www.artmerci.pl

1 / 5
21/30
  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Amanda Anthony

    Amerykanka rodem z Teksasu, choć sercem z Chicago, która we Wrocławiu znalazła miejsce do życia i pracy. Zakładając pracownię MaluMika, w której sami pomalujemy wybraną ceramiczną formę (naczynia, figurki, kafelki różnej wielkości), wróciła do wspomnienia z dzieciństwa, bo w Stanach świetnie bawiła się właśnie w podobnym miejscu.

    Czytaj więcej

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Amanda Anthony

    Absolwentka The University of Chicago (licencjaty z chemii i politologii) najpierw pracowała w administracji zajmującej się szkolnictwem, ale zrezygnowała, kiedy zaczęto zamykać szkoły. Swoją pasję uczenia i spotkań z ciekawymi ludźmi zrealizowała inaczej. – Zdecydowałam, że chcę uczyć angielskiego za granicą – przyznaje. Nie bała się wyjeżdżać (jej tato od lat mieszka i pracuje w Tajlandii), choć zamiast Azji czy Ameryki Łacińskiej wybrała Polskę.
  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Amanda Anthony

    Gdy Amanda Anthony dostała propozycję uczenia języka angielskiego we Wrocławiu, postanowiła, że będzie też mówiła po polsku. – To naprawdę ciekawy język i pierwszy obcy, jaki opanowałam – podkreśla Amanda Anthony. MaluMikę założyła po trzech latach pobytu w Polsce. Aby prowadzić pracownię, odbyła specjalne szkolenie w Berlinie. – Nauczyłam się dużo o ceramice i po latach wróciłam do chemii, której znajomość bardzo się przydała – dodaje Amerykanka. Sama poznawała tajniki marketingu i prowadzenia firmy (pomógł Facebook – żartuje dziś Amanda Anthony). MaluMikę otworzyła w 2015 r. i początkowo nikt nie zaglądał do słonecznej pracowni przy Jagiełły. – Odkryłam, że dobry pomysł jest ważny, ale musisz się reklamować i rozmawiać z ludźmi – dodaje. Dziś o przyszłość MaluMiki jest raczej spokojna.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Amanda Anthony

    Przepis na sukces? Najpierw pozytywne myślenie. I doskonały przykład. Do MaluMiki zagląda często Iwona, która chętnie tu maluje. Gdy stworzyła prace w stylu malarstwa Stanisława Wyspiańskiego, powiedziałam: „Niesamowite, cieszę się, że ci się udało, do zobaczenia”. Powiedziała mi potem, że te kilka słów aprobaty i zachęty sprawiły jej wielką przyjemność, a następnych warsztatów nie mogła się doczekać.

    Po drugie – pomaganie przy pracy, jak kumpel, a nie jak nauczyciel, który stoi nad uczniem i mówi mu – tego nie umiesz. Do ludzi, którzy nigdy wcześniej nie malowali albo mieli niewiele okazji, by spróbować, mówię: „Spróbuję zrobić wszystko, by pokazać ci, że jest łatwo. Przepraszam... by pokazać pani...”. Ciągle mam problem z tytułowaniem – śmieje się Amanda Anthony.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Amanda Anthony

    Za rok chciałaby otworzyć jeszcze jedną MaluMikę, ale tym razem w okolicach Wrocławia. – Teraz to jeszcze nieodpowiedni moment, a w 2017 r. liczę, że zainteresowanych będzie więcej. Jeśli dopisze dobra karma – mówi Amanda Anthony.

    MaluMika mieści się przy ul. Jagiełły 3/5. Każdy może wpaść coś pomalować, kiedy tylko ma ochotę, albo wcześniej się umówić, także zorganizować w MaluMice przyjęcie, urodziny.

    http://malumika.pl/

1 / 5
23/30
  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Katarzyna Świętek

    Kuratorka polskiego wzornictwa. – Mam potrzebę wyjaśniania, czym jest dobre wzornictwo przemysłowe, i pokazywania jego najlepszych przykładów – mówi. – Chciałabym, żeby ludzie otaczali się przedmiotami, które są dobrze zaprojektowane. Dobre wzornictwo jest ponadczasowe i powinno być dostępne dla każdego.
    Zawsze fascynowało ją polskie wzornictwo – odkrywane na strychach przedmioty, zaprojektowane jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku. – Każdy znajdzie na strychu u babci meble zaprojektowane przez Józefa Chierowskiego – krzesła czy fotel 366. Lata 50. i 60. ubiegłego wieku to był najlepszy czas dla polskiego dizajnu – podkreśla. – Dziś te wzory odkrywamy na nowo, ale trudno je wprowadzić ponownie do produkcji, bo niejasne są kwestie praw autorskich, często nie zachowały się rysunki techniczne.

    Czytaj więcej

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Katarzyna Świętek

    Dlatego postanowiła edukować, pokazywać, zachęcać do poznawania właśnie dobrego wzornictwa. Organizowała we wrocławskiej Galerii Wnętrz Domar Noc z Designem. W trakcie kilku edycji tego wydarzenia można było prześledzić ewolucję polskiego przemysłu meblowego. Od legendarnych już mebli giętych braci Thonetów, przez krzesła autorstwa Mariana Sigmunda, założyciela Spółdzielni Artystów „Ład”, po współczesne, pompowane stołki Oskara Zięty, które stały się już ikoną polskiego wzornictwa.
    Zapraszała też na „Design Udomowiony” – prezentację często premierowych propozycji polskich marek, promujących wzornictwo i projektantów. – Chcemy pokazać, że design nie jest czymś dziwnym, wymyślnym, dostępnym tylko dla wąskiego grona. Dobry design to coś, co mamy na wyciągnięcie ręki, a nie tylko w kolorowych pismach wnętrzarskich. Polskie marki i projektanci mają mnóstwo świetnych pomysłów. Warto przekonać się, że możemy żyć i mieszkać ciekawiej, ładniej i wygodniej – mówiła wówczas.
  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Katarzyna Świętek

    Dla Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016 przygotowała wspólnie z Oskarem Ziętą prezentację polskich krzeseł „Usiąść po polsku”. W Barze Barbara zgromadzono różnorodne przykłady polskich siedzisk. Wszystkie obiekty zostały zaprojektowane przez polskich projektantów i wdrożone do produkcji przez polskie firmy w latach 1941-2014. Co więcej, wiele z nich stało się symbolem swoich czasów i otrzymało liczne międzynarodowe wyróżnienia, na czele z nagrodą RED DOT – meblowym Oscarem.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Katarzyna Świętek

    Przełamuje też sztampowe myślenie i granice, które wydają się nie do pokonania. Namówiła do współpracy trzy fabryki z Dolnego Śląska – Porcelanę Kristoff z Wałbrzycha, Manufakturę z Bolesławca i Hutę Julia z Piechowic, by stworzyły wspólny projekt „Polski stół”. Powstała zastawa stołowa, która powoli staje się wizytówką Dolnego Śląska. – Połączyliśmy siły i udało nam się opracować produkt, który nie tylko przypomina o tradycyjnym dolnośląskim rzemiośle, ale też pokazuje, że to, co jest robione na Dolnym Śląsku, jest piękne i nowoczesne – mówią zgodnie producenci. Powstały trzy zestawy – dwa śniadaniowe i jeden deserowy, opracowane współnie przez zespoły projektantów z trzech dolnośląskich fabryk. – Wystarczy spojrzeć na to, co znajdowało się kiedyś w naszych kuchniach i na naszych stołach. Kryształy, porcelana i kamionka występowały często razem. Dlatego ten wspólny projekt to polski stół również w sensie dosłownym – opowiada.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Katarzyna Świętek

    – Chciałabym, żeby wybierając meble do domu, elementy dekoracji wnętrz kupujący kierowali się również patriotyzmem zakupowym. Bo mamy naprawdę wiele świetnych meblowych marek i dobrze zaprojektowane produkty do wnętrz – mówi Kasia Świętek. –  I jednocześnie, bardzo chcę przekonywać do tego, że dobre projektowanie to nie tylko meble, to również przestrzeń, w której żyjemy. Bo projektowanie to narzędzie, które może uczynić świat bardziej przyjaznym, wrażliwym na autentyczne ludzkie potrzeby. Dlatego ostatnio coraz częściej pracuję z dziećmi,  prowadząc z nimi warsztaty projektowania. Wierzę, że kolejne pokolenia będą świadome roli dobrego projektowania – twierdzi. – Dzieci są bardzo kreatywne. Nie istnieją dla nich żadne granice, których projektant nie mógłby pokonać – śmieje się

1 / 5
25/30
  • /Biznes

    Krzysztof Kuliński

    Prezes i założyciel wrocławskiej firmy REC Global, Managing Director Poland and Croatia w GlobalLogic, uznawany jest za ojca chrzestnego, sukcesu branży IT we Wrocławiu. Budzimy się rano – system rejestruje nasz puls, a automat robi ulubioną kawę z pianką. System czyta kalendarz dnia i wie o spotkaniu o 9.30. Na smartfona dostajemy informację, jak dojechać i uniknąć korków – to nie wizja przyszłości, a teraźniejszość, którą współtworzy wrocławska firma REC – dziś GlobalLogic. W 2015 r. firma została uznana za jedną z najszybciej rozwijających się przedsiębiorstw R&D w Europie Centralnej.

    Czytaj więcej

  • /Biznes

    Krzysztof Kuliński

    Krzysztof Kuliński ma 59 lat. Mówi, że jest wrocławianinem, ale urodził się w 1957 r. we Włocławku. Wychował się na Krzykach, na ul. Słowiczej. Najpierw była Szkoła Podstawowa nr 76 przy ul. Wandy, później V LO na Grochowej. Po maturze, w 1976 r., wybrał informatykę i zarządzanie na Politechnice Wrocławskiej. Po czwartym roku, w 1980 r., wyjechał z kolegą do pracy. Gdy niemal wszyscy jego znajomi jechali na saksy do Reichu, on wybrał Norwegię. – Opowiadałem, że nie będę się uczył niemieckiego – śmieje się, bo życie spłatało mu figla i kilka lat później, mówił, myślał i śnił w tym języku.
  • /Biznes

    Krzysztof Kuliński

    W stanie wojennym, 28 stycznia 1982 r., z dwoma walizkami wsiadł do pociągu do Wiednia. Nie miał innego wyjścia, bo władza ludowa wręczyła mu paszport ważny trzy miesiące z jednokrotną możliwością przekroczenia granicy. W Wiedniu zrobił karierę, był najwyżej zatrudnionym cudzoziemcem w koncernie Siemensa. Zaczynał jako inżynier programista, by po kilku latach zostać szefem jednego z działów badawczo-rozwojowych Siemensa w Austrii, a później zarządzać ponad 1000 pracownikami i zostać dyrektorem centrum rozwoju oprogramowania dla sektora telekomunikacyjnego Siemensa we Wrocławiu. Były to podwaliny rozwoju branży IT we Wrocławiu, za co Krzysztof Kuliński został uhonorowany nagrodą Prezydenta Wrocławia w 2008 r.

  • /Biznes

    Krzysztof Kuliński

    Gdy w 2007 r. część mobilna Siemensa  połączyła się z Nokią, Krzysztof Kuliński wraz z grupą współpracowników wymyślili REC Global. W biznesie ma dewizę, że jeśli coś robić, to – jak mówi – „fule pule”, czyli nie powoli, małymi kroczkami, tylko od razu z całym światem. – W życiu i biznesie trzeba mieć fantazję. Nie myśleć zero-jedynkowo, a decyzje podejmować od serca i brzucha, a nie patrzeć tylko na tabelki – zdradza swoje życiowe motto. 13 stycznia 2016 r. REC Global, wrocławska firma świadcząca usługi z zakresu inżynierii oprogramowania w ponad 20 krajach Europy i USA, ogłosiła nowy rozdział w swojej historii. Spółka została włączona w struktury amerykańskiego potentata na światowym rynku oprogramowania – firmy GlobalLogic.

  • /Biznes

    Krzysztof Kuliński

    Pytany o szczegóły swojego majątku wylicza: – Jachtu nie mam, jeżdżę służbowym lexusem, bo jest wygodny, a mieszkam w szeregówce na Muchoborze lub w mieszkaniu w Wiedniu. Mówi, że nie przywiązuje wagi do rzeczy materialnych [śmiech]. Zastanówcie się, ile ostryg i szampana mogę wypić? Mówi, że najszczęśliwszy jest z rodziną. – Trójka dzieci mieszka w Austrii, a ja jestem szczęśliwym dziadkiem – podkreśla i przyznaje, że teraz rozpieszcza 4-letnią wnuczkę Anikę. – Nie daję komputera czy komórki, wolę jej poczytać czy pójść do wrocławskiego zoo. Planuję zabrać ją na ryby.

    www.globallogic.com

1 / 5
27/30
  • /Biznes

    Bartłomiej Lozia

    Informatyk, w 2000 r. ukończył Politechnikę Wrocławską. W 2010 r. założył we Wrocławiu spółkę Jojo Mobile. W 2011 r. jako jedyni w Polsce mieli umowę ze światowym gigantem, dotyczącą Windows Phona. W roku 2010 zaczynali od zera, dziś wrocławska spółka warta jest… kilkanaście milionów złotych. Dzięki nim przeciętny Kowalski może na telefonie wysłuchać radiowych audycji, przeczytać audiobooka lub prasowe artykuły, obejrzeć telewizję i korzystać z usług bankowych. Zaczynali nietypowo, bo… globalnie. Pierwsze ich produkty trafiły na rynek amerykański, później pojawiły w Polsce. Obecnie 80 proc. tego, co robią, idzie w świat.

    Czytaj więcej

  • /Biznes

    Bartłomiej Lozia

    Początki Jojo Mobile to wynajęte 50-metrowe mieszkanie przy ul. Obornickiej i trzech pracowników. Gdy do firmy dołączyły kolejne osoby, przenieśli się do większego lokalu przy ul. Piłsudskiego. Mając kilkudziesięciu pracowników, wynajęli całe piętro w biurowcu ASCO przy ul. Piłsudskiego i są tam do dziś. Obecnie zatrudniają we Wrocławiu 80 osób. – Dużo pracy wykonujemy zdalnie. Większość klientów widzimy podczas telekonferencji. Operujemy globalnie. To jest USA, Skandynawia czy Australia – wylicza Bartłomiej Lozia.
  • /Biznes

    Bartłomiej Lozia

    Pierwsze pieniądze – 500 tys. zł na powstanie spółki dostali w ramach dofinansowania od warszawskiego inkubatora przedsiębiorczości IQ Partners. – Dzięki tym pieniądzom mogliśmy przygotować pierwsze produkty, trafić do pierwszych klientów, no i… powoli zaczęliśmy rozpychać się na rynku – dodaje Bartłomiej Lozia. W 2016 r. Jojo Mobile Polska połączyła się z inną firmą Coba Technologies i powstał Better Software Group SA.

  • /Biznes

    Bartłomiej Lozia

    Bartłomiej Lozia uważa, że przyszłość to internet rzeczy. Coraz więcej elementów naszego życia będzie się ze sobą komunikować. To generuje dużą ilość danych. Ktoś te dane będzie musiał przetwarzać i analizować. Z jednej strony powstaną lepsze usługi, dopasowane do naszych potrzeb. Ale coś za coś, przestaniemy być anonimowi, co zresztą już się dzieje. – Gdzie te zamiany nas doprowadzą? Nie wiem. Zbyt szybko wszystko się zmienia. Nasza firma w ciągu sześciu lat zrobiła duży krok do przodu, ale przynajmniej dwa razy zmieniliśmy model biznesowy. Gdy zaczynałem, nie przypuszczałem, że będą robił to, co teraz – mówi Bartłomiej Lozia.

  • /Biznes

    Bartłomiej Lozia

    Bartłomiej Lozia ma 40 lat, dwóch synów w wieku 6 i 8 lat, którzy – jak mówi ich tata – urodzili się z tabletem. Potrafili z niego korzystać, zanim nauczyły się pisać i czytać, bo urządzenia miały funkcję wyszukiwania głosowego. Szukały bajek na YouTube, mówiąc, co chcą zobaczyć. Na stwierdzenie, że to trochę przez Jojo Mobile młodzi ludzie nie potrafią się rozstać ze smartfonem, prezes odpowiada z uśmiechem: – Dziś telefon jest substytutem ulotki lub gazety. Widziałem zdjęcie w nowojorskim metrze z lat 50. Każdy czytał gazetę. Świat się zmniejszył, szybciej przyswajamy treści. Smartfon to po prostu nowe medium.

    http://www.bsgroup.eu/

    https://www.facebook.com/BetterSoftwareGroup/

1 / 5
29/30
  • /Biznes

    Karolina Lis i Marcin Cybulski

    Jeśli kreatywność mierzona byłaby w kolorach i pomysłach – oni byliby mistrzami świata. Karolina Lis i Marcin Cybulski z Wrocławia założyli firmę Craftic Climbing. Czym się zajmują? Szyją nietypowe woreczki na magnezję dla wspinaczy, które podbijają rynek w wielu krajach. Magnezja – to rodzaj talku do osuszania dłoni, niezbędnego podczas pokonywania skałek. Kolorowe futrzaki, potworki, mupety i inne zwierzaki, zamiast zwykłych tekstylnych woreczków? Coś, co mogłoby być postrzegane jako żartobliwa akcja, okazało się trafionym pomysłem na biznes. Woreczki autorstwa dwójki wrocławian podbijają świat. 

    Czytaj więcej

  • /Biznes

    Karolina Lis i Marcin Cybulski

    Wszystko zaczęło się od Marcina, którego mama była krawcową. Jako mały chłopiec często przyglądał się jej pracy. Chyba zupełnie nieświadomie załapał wtedy krawieckiego bakcyla… W czasie studiów pokochał wspinanie. Ale nie mógł znaleźć idealnego woreczka. Woreczek to – podobnie jak buty wspinaczkowe – bardzo ważne dla każdego wspinacza akcesorium. Dlatego Marcin uszył sobie kilka woreczków sam. Znajomy sprezentował nam kiedyś maszynę do szycia, a Marcin uszył Karolinie woreczek wspinaczkowy na urodziny. Potem uszył kolejne, przerabiając wszystkie możliwe dostępne pod ręką materiały. Wszystkie dzieła Marcina błyskawicznie znalazły nowy dom.
  • /Biznes

    Karolina Lis i Marcin Cybulski

    Nie planowali firmy, nie przypuszczali, że tak się ta ich woreczkowa historia rozwinie. Dlatego zaczęli od polskiej nazwy. Cały fanpage został założony w formie trochę żartobliwej. Wymyśli nazwę „Wspinacz też krawiec". Uznali, że to zabawne, ponieważ wspinacze z reguły mają ogromne paluchy od wspinania, a igła jest taka malutka… Przekaz był taki, że wspinacz również może dobrze szyć. Ale gdy ich woreczki zaczęły być coraz popularniejsze za granicą Polski, zmienili nazwę na angielską.

  • /Biznes

    Karolina Lis i Marcin Cybulski

    Część pomysłów na początku podesłali nam znajomi czy klienci. Później Karolina odkryła, że projektowanie jest jej ulubionym zajęciem! Uwielbia wymyślać nowe wzory. Inspiruje ją wszystko, co może znaleźć w internecie, i to, co znajduje się wokół siebie na co dzień. Ostatnio natchnęły ją śmieszne motywy na czapkach, które widuje na mieście.

    Ich woreczki trafiają do wspinaczy w Australii, Singapurze, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Kanady, USA.

  • /Biznes

    Karolina Lis i Marcin Cybulski

    Toczymy obecnie wieczną batalię z czasem. Mamy ogrom planów i projektów, które chcemy zrealizować, ale doba ciągle jest za krótka! Mam na biurku wypisane listy zadań – cztery kartki A4. Od marketingu, przez prowadzenie firmy, do samych projektów woreczków. Powolutku wykonuje jedno po drugim. Część nowych projektów woreczków wspinaczkowych, których jeszcze nie ma w internecie, jest wykonanych do połowy i czeka na dobry moment. Jest nas na razie tylko dwoje, a mamy już około 30 różnych wzorów. Wyróżniamy się tym, że wszystko, co robimy, powstaje z sercem. Nasza działalność wzięła się z naturalnej potrzeby wyrażenia siebie, kreatywności w życiu codziennym i w życiu wspinaczkowym. Rozwinęła się szybko i samoistnie, mocno nas tym zaskakując!

    http://crafticclimbing.com/

1 / 5
31/30
  • / Nauka

    Patrycja Wizińska-Socha

    Za opracowanie przenośnego urządzenia do badania stanu płodu w ostatnich tygodniach ciąży została wyróżniona przez MIT Technology Review honorowym tytułem Innovators Under 35 in Poland oraz specjalnym wyróżnieniem Innovator Of The Year 2016. 
    Konkurs wyłania młodych liderów w różnych dziedzinach nowych technologii, którzy przyczyniają się do rozwiązania globalnych problemów oraz poprawy jakości życia na świecie. Tytułem Innovator Under 35 magazyn MIT Technology Review nagrodził do tej pory między innymi Marka Zuckerberga, założyciela Facebooka, Sergieja Brina z Google, współtwórcę serwisu Spotify, oraz Olgę Malinkiewicz, pracującą we Wrocławiu, zajmującą się nowymi metodami produkcji ogniw fotowoltaicznych.

    Czytaj więcej

  • /Nauka

    Patrycja Wizińska-Socha

    Patrycja Wizińska-Socha pochodzi z Wałbrzycha, ale od lat jest związana z Wrocławiem. Na Politechnice Wrocławskiej ukończyła studia z zakresu biotechnologii farmaceutycznej. Ma za sobą staż w renomowanym francuskim Narodowym Instytucie Badań Rolniczych.
    To tam zainteresowała się nowoczesnymi technologiami, wykorzystywanymi w medycynie. Doktorat obroniła we Wrocławiu, na Uniwersytecie Medycznym, w Katedrze Histologii i Embriologii. Swoją firmę Nestmedic, której jest prezesem, powołała również we Wrocławiu. Siedziba firmy mieści się terenie Wrocławskiego Parku Technologicznego.
  • /Nauka

    Patrycja Wizińska-Socha

    Dla laureatki tytułu Innowator Roku 2016 impulsem do prac nad systemem monitorowania dobrostanu płodu był dramat rodziny, którą znała. To skłoniło ją do analizy powikłań okołoporodowych oraz statystyk umieralności płodów. – Misją Nestmedic jest wspieranie służby zdrowia, aby każdą ciążę doprowadzić do szczęśliwego rozwiązania – mówi dr Patrycja Wizińska-Socha.

    Pregnabit to platforma telemedyczna, która umożliwia przeprowadzenie badań KTG u kobiet w ciąży, w dowolnym momencie oraz miejscu. Pregnabit łączy cechy profesjonalnego, stacjonarnego urządzenia KTG oraz nowoczesność urządzeń mobilnych. Po zakończeniu badania jego zapis przesyłany jest bezprzewodowo do interpretacji. Zajmuje się tym wykwalifikowany personel medyczny w Medycznym Centrum Telemonitoringu.

  • /Nauka

    Patrycja Wizińska-Socha

    Patrycja Wizińska-Socha najpierw do współpracy zaprosiła Annę Skotny, która pełni funkcję dyrektora operacyjnego i odpowiada za projekt, wykonanie i przygotowanie do wdrożenia produktu.

    Ale nad Pernabit pracował zespół ekspertów, w którym znalazł się ginekolog, elektronik, położna, psycholożka, biotechnolog medyczny, specjalistka od innowacyjnych projektów oraz specjalista od marketingu. – To praca zbiorowa – podkreśla prezes Nestmedic.

  • /Nauka

    Patrycja Wizińska-Socha

    Dr Patrycja Wizińska-Socha przyznaje, że podobne rozwiązania już istniały w świecie, ale urządzenie opracowane we Wrocławiu jest kompleksowe. Zakłada nie tylko badanie, ale również analizę jego wyników, a pacjentka nie zostaje pozostawiana sama sobie. Pierwsze urządzenia Pregnabit będą dostępne na polskim rynku jeszcze w tym roku.

1 / 5
2/30
  • / Nauka

    Paweł Tabakow

    Osiągnięcie zespołu pod kierunkiem dr. hab. Pawła Tabakowa i prof. Włodzimierza Jarmundowicza jest sukcesem światowej skali. Neurochirurdzy z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w 2012 r. wykorzystali eksperymentalną metodę rekonstrukcji rdzenia kręgowego, używając glejowych komórek węchowych. Kolejne półtora roku trwała intensywna rehabilitacja młodego mężczyzny. Pacjent odzyskał częściowe czucie w nogach, kontrolę nad funkcjami fizjologicznymi i seksualnymi, zaczął chodzić. Efekty operacji i rehabilitacji wrocławianie publicznie przedstawili w 2014 r.

    Czytaj więcej

  • /Nauka

    Paweł Tabakow

    Film o sukcesie polskich lekarzy pokazała prestiżowa BBC One, wyniki prac zespołu opublikowane zostały w naukowym „Cell Transplantation”, informowały o nim media na całym świecie. Rezultaty zabiegu wzbudziły nadzieję na powrót do zdrowia u tysięcy ludzi z uszkodzonym rdzeniem kręgowym.
    Prace nad nową metodą rekonstrukcji zniszczonego rdzenia kręgowego w Klinice Neurochirurgii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego trwały ponad 12 lat. Z klinicystami współpracowali naukowcy z Instytutu Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN oraz fizjoterapeuci i rehabilitanci. Wrocławianie wykorzystywali właściwości regeneracyjne tzw. glejowych komórek węchowych, które już w latach 80. opisał angielski uczony prof. Geoffrey Raisman z University College London. Występują one w obrębie całej drogi węchowej, ale neurochirurdzy użyli komórek pobranych z opuszki węchowej, znajdującej się w jamie czaszki.
  • /Nauka

    Paweł Tabakow

    41-letni dr hab. Paweł Tabakow, mówiąc o cechach niezbędnych lekarzowi, powtarza: rozwaga, determinacja, zdolność do podejmowania ryzyka. – Ważna jest ciekawość świata, zdolność do chodzenia własnymi ścieżkami, do zadawania sobie pytań. Jeśli ktoś działa tylko w sytuacjach sprawdzonych na 100 procent, to nie dochodzi do innowacyjnych rozwiązań.

    Jest jeszcze jeden istotny element procesu szukania nowych rozwiązań w medycynie: ryzyko porażki. Dr Tabakow twierdzi, że przegrywać także trzeba umieć.

  • /Nauka

    Paweł Tabakow

    Wrocławski lekarz opowiada, że o wyborze drogi życiowej zdecydowały sugestie jego ojca. Iwan Tabakow jest matematykiem (lekarz podkreśla – wybitnym), specjalizuje się w logice, matematyce dyskretnej, sieci Petriego. – Zawsze płynął pod prąd. Przekonywał mnie, że – cokolwiek będę robił, muszę szukać nowych rozwiązań, nie powielać już znanych. Mam być indywidualistą.

    Dlatego Paweł Tabakow już jako student medycyny szukał tematów trudnych, od onkologii po traumatologię. – Wybrałem  urazy rdzenia kręgowego, według zasady: im trudniej, bardziej mnie interesuje. Niektórzy zostają neurochirurgami, bo to dzięki temu robią bezpieczne, łatwe, ale dobrze płatne zabiegi. Mało kto jest neurochirurgiem, żeby ryzykować. Ja traktuję moje zajęcie jak wyzwanie.

  • /Nauka

    Paweł Tabakow

    O podejmowaniu ryzyka mówił wiele razy. Oraz o determinacji i umiejętności stawiania na swoim.

    – Mam szefa, który słucha, nie jest apodyktyczny. Takie wsparcie jest bardzo ważne. Nawet jeśli nie do końca zgadza się z jakimś pomysłem, to jeżeli widzi, że jakieś rozwiązane jest głęboko przemyślane – przeczytałem na ten temat wiele publikacji, wiem o czym mówię i jestem do tego przekonany – to nie wstrzymuje takich pomysłów.

    Według niego lekarze mają obowiązek korzystania z osiągnięć naukowców i tworzenia z nich mieszanki metod, która ich zdaniem przyniesie pozytywny rezultat. W leczeniu nie liczy się czystość eksperymentu, ale skuteczność. 

1 / 5
4/30
  • / Nauka

    Filip Granek

    Młody uczony prowadzi badania nad nowymi technologiami materiałowymi, dokładnie – nad nowoczesnymi ogniwami słonecznymi i wyświetlaczami.
    – Nasze rozwiązanie służy podniesieniu wydajności ogniw słonecznych i wyświetlaczy. Opracowaliśmy nowy sposób skalowalnego drukowania ultracienkich, sto razy cieńszych od ludzkiego włosa, metalicznych przewodów, które dobrze przewodzą prąd i są elastyczne – wyjaśnia dr inż. Filip Granek. 
    To nowa technologia, obecnie wrocławianin jest na etapie jej skalowania z poziomu technologii laboratoryjnej do pierwszych wdrożeń w międzynarodowym przemyśle.
    Od ponad roku Filip Granek rozwija spółkę XTPL SA, start-up technologiczny. – Zatrudniamy teraz dużo większy zespół badawczo-rozwojowy, który pomoże nam przygotować naszą technologię do wdrożenia – zapowiada.

    Czytaj więcej

  • /Nauka

    Filip Granek

    Po studiach na Politechnice Wrocławskiej Filip Granek na 10 lat wyjechał za granicę. Pracował w Holandii, w Niemczech, w Australii oraz w Chinach, współpracował z naukowcami i biznesem. Był jednym z pierwszych Polaków w Young Academy of Europe (YAE). Został stypendystą Burgena Academii Europea, MNiSW, FNP oraz DAAD, jest laureatem wielu nagród za wyniki prac badawczych w Instytucie Fraunhofera.
    – Wyjechałem z Polski, bo chciałem nauczyć się nowych rzeczy w obszarze nowoczesnych ogniw słonecznych – opowiada. – Po prawie dekadzie poza Polską musieli z żoną decydować – zostają na stałe za granicą czy wracają. Wybrali Wrocław. – Po pierwsze, to miasto bliskie sercu. Po drugie, miasto dynamiczne, kolorowe, różnorodne. We Wrocławiu spotyka się coraz więcej osób o różnym sposobie myślenia, to stymuluje do rozwoju.
  • /Nauka

    Filip Granek

    – Dla mnie dużym magnesem był fakt powstania EIT+. To było coś nowego, nadzieja na nową jakość w prowadzeniu badań dla przemysłu. Chciałem użyć swojej wiedzy i doświadczenia, żeby jako naukowiec pomóc polskiemu przemysłowi robić bardziej innowacyjne produkty – opowiada. – Mogę się przyczynić do tego, że Polska gospodarka będzie konkurowała globalnie nie tylko tańszą siłą roboczą, ale wiedzą i innowacjami. 

    Podkreśla, że Wrocław jest miastem, gdzie można się świetnie rozwijać naukowo, a teraz jeszcze czuje się jego potencjał biznesowy. Kreują go osoby, które już są spełnione biznesowo i chcą jako inwestorzy wspierać młodych przedsiębiorców. Naukowiec zwraca także uwagę na rozwijające się zaplecze infrastrukturalne, niezbędne dla inicjatyw związanych z nauką i nowymi technologiami. Tworzą je: PWr, UWr, WCB EIT+, WPT oraz instytuty PAN.

  • /Nauka

    Filip Granek

    Przepis dr. Granka na sukces biznesu związanego z nauką wygląda tak: – Zaczyna się od jednej osoby, która gorąco w dany pomysł technologiczny wierzy, widzi jego potencjalne zastosowania w przemyśle i jest gotowa podjąć ryzyko rozwijania tego pomysłu, bez gwarancji na powodzenie. Jeśli mamy już pomysł, determinację i pierwsze osoby gotowe wesprzeć te działania, to potem już się zaczyna to toczyć jak kula śnieżna. Mądrze jest przekonać ciekawych ludzi do współpracy, którzy umieją to, czego ja nie potrafię – wyznaje. – Jeśli mówię o naszej spółce XTPL, to wspominam ludzi z doświadczeniem biznesowym, inwestorskim oraz budowania przedsiębiorstw. Jako naukowiec wiem o swoich ograniczeniach. To, że jestem dobry w badaniach, nie oznacza, że mam intuicję biznesową.

  • /Nauka

    Filip Granek

    Naukowiec podkreśla, że w biznesie i w nauce dobrze jest mieć pokorę i podglądać najlepszych. – Za granicą badania, które prowadziłem, zawsze były nakierowane na realne potrzeby przedsiębiorstw – mówi. – W tym jest większy zamysł gospodarczy: naukowcy mają za zadanie wspierać przemysł kraju, żeby był bardziej innowacyjny i konkurencyjny globalnie, żeby płacił więcej podatków. 

    – Chciałbym, aby za 20-30 lat technologia, którą rozwijałem, osiągnęła sukces międzynarodowy. Aby rozwiązanie, które tu się poczęło, było używane przez ludzi na całym świecie i pomagało w rozwiązaniu jednego z globalnych wyzwań ludzkości, czyli np. mniejszym zużyciu energii. Chciałbym oczywiście, aby z tym łączył się sukces komercyjny, abyśmy mogli powiedzieć, że w Polsce powstało duże przedsiębiorstwo, które wytwarza wartościową własność intelektualną i technologię i jest miejscem pracy dla świetnych naukowców.

1 / 5
6/30
  • / Nauka

    Roman Szafran

    Za model guza nowotworu dr inż. Roman Szafran, naukowiec z Politechniki Wrocławskiej, został nagrodzony brązowym medalem na wystawie wynalazców w Tajpej. Dodatkowe wyróżnienie podczas tej samej imprezy przyznało uczelni World Invention Intellectual Property Associations.
    Rozwiązanie młodego wrocławianina zostało ocenione wyżej niż pomysły przedstawione przez rozbudowane zespoły, reprezentujące renomowane uczelnie i ośrodki badawcze.

    Czytaj więcej

  • /Nauka

    Roman Szafran

    Model guza nowotworu to niewielka przezroczysta płytka z naniesioną na nią strukturą naczyń krwionośnych – ten system pozwala analizować przepływ krwi i innych płynów komórkowych w guzie. Inaczej niż w zdrowych tkankach w nowotworach sieć naczyń nie jest regularna, poza tym ciągle dynamicznie się zmienia.
    Dr inż. Roman Szafran mówił w rozmowie z „Pryzmatem”: – Dzięki naszemu mikroczipowi do symulacji przepływu krwi chcemy też dowiedzieć się, jak komórki nowotworowe wędrują do innych organów, jak się tam zagnieżdżają. A więc jak dochodzi do przerzutów, czyli metastazy nowotworowej. Lepsze zrozumienie tego mechanizmu może pomóc w terapii.
  • /Nauka

    Roman Szafran

    Już dwie polskie firmy z sektora małych i średnich przedsiębiorstw poważnie zainteresowały się wynalazkiem. Przy ich udziale, wraz z  Uniwersytetem Medycznym w Łodzi, prowadzone są badania wstępne. Ich wyniki mogą być przyczynkiem do starań o fundusze europejskie.

    Dr inż. Roman Szafran wciąż pracuje nad mikrokapsułkami. Embolizacja to forma leczenia przez zamknięcie przepływu naczynia krwionośnego. Nie jest to nowe rozwiązanie, wymyślono je w latach 30. XX wieku. Złożone formy leków – mikrokapsułki wypełnione lekiem, który uwalnia się po dotarciu do guza nowotworowego, są jedną z nowoczesnych metod walki z rakiem. Ten sposób terapii stosuje się u osób, które wyjątkowo ciężko znoszą radioterapię, to także metoda terapii celowanej, w której specyfiki niszczące komórki rakowe nie „zatruwają” zdrowych komórek.

  • /Nauka

    Roman Szafran

    Wrocławianin pracuje nad modyfikacją mikrokapsułek oraz sposobów ich wytwarzania. – Mikrokapsułki to jednak temat dużo trudniejszy do wdrożenia przez średniej wielkości firmy, ze względu na kosztowne i żmudne procedury dopuszczenia nowych leków do praktyki medycznej. Wytworzenie kapsułek to jedno, a przeprowadzenie wszystkich badań to drugie – podkreśla.

    – To inwestycja rzędu dziesiątek milionów euro. Na takie wydatki mogą sobie pozwolić jedynie największe światowe koncerny farmaceutyczne, a tylko jeden na dziesięć potencjalnych leków przechodzi fazę badań klinicznych z sukcesem. Według szacunków lekarzy w ciągu kilkunastu lat choroby nowotworowe będą przyczyną ok. 40 procent zgonów. Nad metodami ich leczenia pracują tysiące naukowców na całym świecie. – Wypada mieć nadzieję, że  ich wspólnym wysiłkiem powstaną leki, które lada moment okażą się przełomowymi. To ciągły pościg, w którym stawką jest ludzkie życie – mówi dr inż. Roman Szafran.

  • /Nauka

    Roman Szafran

    We współczesnej nauce, zdaniem dr. Szafrana, na cudowne olśnienia nie ma co liczyć. – To wyjątki, które się niemal nie zdarzają – mówi z uśmiechem. – Los naukowca to ciągłe sprawdzanie, próbowanie kilku, kilkudziesięciu rozwiązań i formułowanie dowodów. Szukanie nowych powiązań i zależności. Mrówcza, mozolna praca, która bywa niewdzięczna, bo porażek jest więcej niż sukcesów – mówi wrocławianin.

    W jakie cechy musi być wyposażony współczesny uczony? – Liczą się determinacja, ciekawość świata i odwaga we wkraczaniu w obszary nauki, które nigdy nie były jego domeną. Dążenie do poznania nowego, odsłonięcie nieznanego, to bezwzględny warunek na osiągnięcie sukcesu w nauce.

1 / 5
8/30
  • / Społeczeństwo/miasto

    Ewa Malec

    – Książki kocham od dziecka – mówi Ewa Malec. Prowadzi Księgarnię Hiszpańską we Wrocławiu w przy ul. Szajnochy 5 (w Zaułku Solnym). Można tu kupić książki i inne wydawnictwa w języku hiszpańskim, napić się dobrej kawy i przede wszystkim wziąć udział w ciekawych wydarzeniach związanych z kulturą hiszpańskojęzyczną.
     

    Czytaj więcej

  • /Społeczeństwo/miasto

    Ewa Malec

    W Księgarni Hiszpańskiej spotykają się miłośnicy języka hiszpańskiego na bezpłatne konwersacje, podróżnicy, by podzielić się wrażeniami z wypraw, pielgrzymi podążający szlakiem św. Jakuba do Santiago de Compostela. Są też spotkania z pisarzami, poetami i artystami, warsztaty dla dzieci, spotkania przedstawiające hiszpańskie i latynoskie tradycje oraz koncerty, wystawy, pokazy filmowe, a nawet warsztaty kulinarne. Księgarnię za swoje ulubione miejsce uważają też Hiszpanie i Latynosi mieszkający we Wrocławiu. – Jesteśmy też punktem informacyjnym dla hiszpańskojęzycznych turystów, którzy nie znają angielskiego i wolą u nas zapytać o drogę, o zabytki do odwiedzenia – śmieje się Ewa Malec.
  • /Społeczeństwo/miasto

    Ewa Malec

    Pierwsza księgarnia Elite powstała w 1993 r. w Warszawie. Założył ją tato Ewy Malec – iberysta, który postanowił przybliżyć Polakom kulturę i język hiszpański. Od początku współpracował z Instytutem Cervantesa. – Gdy zaczynaliśmy, byliśmy małą księgarnią, ale gdy zaczęło rosnąć zainteresowanie językiem hiszpańskim, musieliśmy zdecydować, czy chcemy zamienić się w hurtownię czy otworzyć kolejną filię księgarni. I tak powstała filia w Krakowie, a potem we Wrocławiu.

    – Jesteśmy księgarnią tematyczną – wyjaśnia Ewa Malec. – Staramy się jednak nie ograniczać wyłącznie do języka hiszpańskiego. Mamy też książki do nauki portugalskiego, katalońskiego, baskijskiego i galicyjskiego. Prócz podręczników i ćwiczeń do nauki języków, na półkach znajdziemy literaturę piękną (hiszpańską i tłumaczoną), literaturę dziecięcą, słowniki (w tym tematyczne i specjalistyczne). Są też książki sprowadzone z Hiszpanii. Można również kupić płyty z muzyką flamenco, fado czy filmową.

  • /Społeczeństwo/miasto

    Ewa Malec

    Ewa Malec pochodzi z Warszawy, ale jak mówi, wszędzie tam, gdzie są książki czuje się dobrze. – Książki kocham od dziecka – opowiada. Studiowała historię sztuki na Międzywydziałowych Studiach Humanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim. – Nauka języków obcych zawsze przychodziła mi z łatwością. Pracowałam jako tłumacz, przewodnik wycieczek, dziennikarz radiowy. Nie wiedziałam, czym zajmę się po studiach. Ciągnęło mnie do książek i dlatego prowadzę rodzinny interes. Nie żałuję, choć nie jest łatwo na rynku księgarskim – podkreśla. – Zabijają nas czynsze, które są bardzo wysokie. Małym księgarzom, którzy nie konkurują z wielkimi sieciami, tylko starają się stworzyć ciekawe i klimatyczne miejsca dla czytelników, nikt systemowo w Polsce nie pomaga. Na małe księgarnie nie można patrzeć tylko komercyjnie. Prowadzimy działalność kulturalną, promujemy czytelnictwo. Książka to inny towar niż ciuchy, buty czy usługi bankowe. Jeśli zależy nam, by wciąż były księgarnie, musimy im pomóc.

  • /Społeczeństwo/miasto

    Ewa Malec

    Księgarnia Hiszpańska włącza się też w wydarzenia literackie, dziejące się we Wrocławiu. Odbywały się w niej spotkania Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania i Festiwalu Brunona Schulza, spotykali się poeci i czytelnicy w ramach Mikrofestiwalu, czytali w niej aktorzy w ramach Europejskiej Nocy Literatury, była klubem festiwalowym Festiwalu Silesius, organizowanego w ramach ESK Wrocław 2016.

    Księgarnia Hiszpańska to spełnienie marzenia Ewy, by stworzyć miejsce, w którym na neutralnym gruncie będą mogli spotkać się ludzie różnych kultur, poglądów i wyznań. – Punktem wyjścia do takich spotkań jest właśnie Hiszpania – tygiel narodowości, języków, religii – przypomina Ewa Malec. – Nigdy nie lubiłam kłótni, a otoczenie książek sprawia, że ludzie rozmawiają ze sobą normalnie i szukają tematów, które łączą, a nie dzielą.

1 / 5
10/30
  • / Społeczeństwo/miasto

    Karolina Dukiel

    Królowa wolontariatu – tak nazywają Karolinę Dukiel jej znajomi. Nieprzypadkowo. W niedawno wydanej publikacji „Przepis na wolontariat” Narodowego Centrum Kultury właśnie organizowany przez nią wolontariat na Brave Festival został tam doceniony jako dobra praktyka i stawiany za przykład, obok wolontariatu w Muzeum Powstania Warszawskiego.

    Czytaj więcej

  • /Społeczeństwo/miasto

    Karolina Dukiel

    Karolina Dukiel wierzy, że każdy nadaje się na wolontariusza, jeśli ma ochotę się zaangażować. Sama jest wolontariuszką od lat. Najpierw w harcerstwie, potem w wielu instytucjach, które trudno policzyć. We Wrocławiu, Krakowie, Londynie, Walencji i na Filipinach, gdzie pracowała na rzecz środowiska i lokalnej społeczności. 
  • /Społeczeństwo/miasto

    Karolina Dukiel

    Jako wolontariuszka pracuje od 2011 r., ale pracę marzeń (koordynatorka wolontariatu) dostała rok temu przy Brave Festival. Przekonuje, że choć przy imprezie pracuje zespół kilku stałych osób, klimat tworzy ponad 100 wolontariuszy, którym zadania dobiera się tak, by czuli się odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Dlaczego fascynuje ją akurat wolontariat? – Zawsze bardzo lubiłam poznawać ludzi, nowe sytuacje, przekroczyć strefę komfortu – wylicza i dodaje, że wabikiem okazała się też bliskość wydarzeń kulturalnych, możliwość oglądania wszystkiego od zaplecza, kontakt z artystami, podglądanie ich prób i festiwalowa atmosfera Brave’u. – Wciąż mnie nakręca – śmieje się Karolina Dukiel.

  • /Społeczeństwo/miasto

    Karolina Dukiel

    Jej przepis na sukces? – Nie zniechęcam się, a dzięki harcerstwu uważam, że nie ma rzeczy niemożliwych. Chcieć to móc! Jeśli nie spróbujesz, na pewno się nie uda – mówi.

  • /Społeczeństwo/miasto

    Karolina Dukiel

    – Od dziecka marzę, aby pływać z delfinami, ale to bardziej plan niż marzenie, bo wiem, że kiedyś go zrealizuję. Chciałabym, aby moje życie potoczyło się w taki sposób, żebym mogła dużo podróżować i zawsze pozwolić sobie na aktywność społeczną. Będę kiedyś dziarską, zaangażowaną seniorką – śmieje się.

    wolontariat@bravefestival.pl 

    www.2016.bravefestival.pl

     

1 / 5
12/30
  • / Społeczeństwo/miasto

    Piotr Szereda

    Starszy inspektor straży mejskiej i historyk pasjonat. Wrocławianom zdarza się narzekać na strażników z powodu mandatów, blokad i odholowywania samochodów. Niektórzy jednak, prócz przykrych obowiązków, zajmują się zupełnie zaskakującymi rzeczami. Piotr Szereda od kilku lat pomaga dawnym mieszkańcom Breslau i ich potomkom w odkrywaniu ich historii. – Trafiłem na stronę www.breslau-wroclaw.de, gdzie byli mieszkańcy naszego miasta i ich potomkowie szukają źródeł. Kontaktuję się z nimi i pomagam – mówi Piotr Szereda. To jego pasja, z powodu której nauczył się biegle języka niemieckiego. Tłumaczy pisma – nawet takie z połowy XIX wieku, jeździ w różne miejsca we Wrocławiu i okolicy, rozmawia z obecnymi właścicielami poniemieckich domów, robi zdjęcia, nagrywa filmy i wysyła potomkom.

    Czytaj więcej

  • /Społeczeństwo/miasto

    Piotr Szereda

    – Niemcy są bardzo wdzięczni za pomoc, bo nie wiedzą, gdzie szukać dokumentów. Niektórzy, gdy np. szukamy grobów, boją się wychodzić z auta i są zdziwieni, że Polacy tak chętnie im pomagają, mimo bolesnej wojennej historii – opowiada. – Dla naszych sąsiadów Polska jest często obcym krajem. Nie wiedzą, gdzie szukać archiwalnych dokumentów, że do naszego USC można pisać w języku niemieckim. Moja pomoc ich ośmiela – opowiada.
  • /Społeczeństwo/miasto

    Piotr Szereda

     – Dla przykładu, pewna kobieta pisała o swoim wujku, który mieszkał przy ul. Szymanowskiego, w jednej z willi. Nie miała żadnych zdjęć rodziny i chciała się dowiedzieć czegokolwiek. Pojechałem pod wskazany adres i rozmawiałem z człowiekiem, który kupił ten dom trzy lata wcześniej. Okazało się, że podczas remontu znalazł zamurowane w ścianie zdjęcia. To były fotografie jej wujka i kuzyna w niemieckich mundurach. 70 lat czekały w ukryciu. Przekazaliśmy je rodzinie. Pewnego dnia o piątej rano dostałem e-maila z podziękowaniem od tej kobiety. Napisała, że całą noc płakała i oglądała te zdjęcia.

  • /Społeczeństwo/miasto

    Piotr Szereda

    Mundur strażnika miejskiego bywa pomocny w rodzinnych poszukiwaniach. Jako strażnik Piotr Szereda zna dobrze topografię miasta i ma łatwiejszy kontakt z ludźmi. – Poznałem przez te lata miejsca we Wrocławiu, gdzie przykładowo dziś są bloki, a w 1945 r. był jeszcze cmentarzyk, po którym teraz nie ma śladu. Gdy ktoś prosi o pomoc, to ta wiedza mi wtedy bardzo pomaga. Mundur także otwiera wiele drzwi. Byłem strażnikiem osiedlowym na terenie Biskupina i Sępolna, a wiele pytań o przeszłość dotyczy właśnie tego terenu – wyjaśnia. – Zawsze staram się uprzedzić wizytę gościa z Niemiec. Tłumaczę obecnym mieszkańcom, że ta osoba nie żąda zwrotu, nie ma żadnych roszczeń, ale w ten sposób chce poznać swoją przeszłość. Nie spotkałem się z sytuacją, w której obecny właściciel odmówił, nie przyjął i nie ugościł.

  • /Społeczeństwo/miasto

    Piotr Szereda

    Pan Piotr nie tylko pomaga w poszukiwaniach. – Kiedyś na prośbę potomka z USA zebrałem z cmentarza w Chrząstawie Wielkiej trochę ziemi i wysłałem. Miała być prezentem dla jego matki z dawnej ojczyzny. Płakała ze szczęścia – wspomina. Innym razem zeskanował i wysłał do USA potomkom wrocławskiego Żyda pracę doktorską, którą ten obronił na Wydziale Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego. Miała być prezentem dla jego wnuka, który po latach na amerykańskiej uczelni napisał pracę dyplomowa na ten sam temat, co dziadek. Piotr Szereda podkreśla, że odkrywanie przeszłości zmienia. – Zarówno Niemcy, jak i Polacy po tych spotkaniach „pękają”. Poznajemy się, wyzbywamy uprzedzeń. W końcu jesteśmy sąsiadami i powinniśmy sobie pomagać.

1 / 5
14/30
  • / Społeczeństwo/miasto

    Jan Oborski

    Twórca Przestrzeni Kreatywnej na pl. Społecznym. Tu spotykają się wrocławianie, którym znudził się już Rynek pełen turystów, szukają miejsca, które nie zobowiązuje, ale jest pełne dobrej energii i pozwala się czuć swobodnie. Tu mogą wybrać się na koncert, posłuchać dobrej muzyki, potańczyć, napić się piwa w dobrym towarzystwie, obejrzeć film, podyskutować, wziąć udział w warsztatach. Jan Oborski ożywił miejsce, które do tej pory, nie zatrzymując się, mijali piesi i rowerzyści. Tego lata Przestrzeń Kreatywna ruszyła po raz drugi.

    Czytaj więcej

  • /Społeczeństwo/miasto

    Jan Oborski

    – Nazwa zobowiązuje. Plac Społeczny musi być dla wszystkich – śmieje się Jan Oborski. Absolwent Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego, od 15 lat pracuje przy produkcjach telewizyjnych. Dwa lata temu postanowił zrobić coś innego. – To był absolutny impuls – wspomina. – Od dłuższego czasu myślałem o miejscu, które swoim klimatem będzie przypominało warszawskie knajpki na nadwiślańskich plażach. Miało to być miejsce trochę wyrwane z kontekstu miejskiego, ale zachęcające do aktywności kulturalno-rozrywkowych. Początkowo szukałem nad Odrą, ale we Wrocławiu brzeg rzeki jest uregulowany i trudno znaleźć ciekawą miejscówkę – wspomina.
  • /Społeczeństwo/miasto

    Jan Oborski

    Pomysł zakiełkował, gdy jako fotograf dokumentował „Męskie Granie” – cykl koncertów sponsorowanych przez jeden z polskich browarów. – W Warszawie nad Wisłą organizowane są koncerty w ramach „Miejskiego Grania”. Namówiłem sponsora na Wrocław i zacząłem poszukiwania miejsca. Nie udałoby się, gdyby nie życzliwość miasta, które z zainteresowaniem przyjęło mój projekt – wyjaśnia.

    Uruchomienie Przestrzeni Kreatywnej przy pl. Społecznym trochę trwało, bo musiał dopełnić wielu formalności. Przede wszystkim wystarać się o zgodę na przesunięcie ścieżki rowerowej, by bywalcy Przestrzeni Kreatywnej nie wpadali pod koła rowerzystom. – Najwięcej czasu zabrało mi pisanie podań od różnych urzędów, bo przejście podziemne nie podlega jednemu zarządcy. Kto inny zajmuje się chodnikiem, ścieżką rowerową, zielenią, swoją opinię musi też wyrazić plastyk miejski – opowiada.

  • /Społeczeństwo/miasto

    Jan Oborski

    Ostatnie maźnięcia pędzlem w przejściu pod pl. Społecznym robił na kilka minut przed pierwszym koncertem „Miejskiego grania”. Nie przypuszczał, że miejsce znajdzie tylu amatorów, że na koncerty będą tu przychodzić całe rodziny. – Nie dałbym rady, gdyby nie pomoc przyjaciół – mówi. – Moja dziewczyna zajmuje się zespołami, przyjaciele pomagają w pracach remontowych, budowie mebli z palet… Właściwie we wszystkim mogę na nich liczyć – wymienia.

    – Gdy nad Pocztą Główną zachodzi słońce siadamy na trawie i cieszymy się, że możemy dzielić się tą przestrzenią. Ten plac jest nadal społeczny i zapraszamy tu wszystkich – podkreśla.

  • /Społeczeństwo/miasto

    Jan Oborski

    W kolejnym, drugim sezonie zaplanowano nie tylko darmowe koncerty w ramach Miejskiego Grania, ale mnóstwo innych wydarzeń. Przez całe wakacje co sobota o godz. 20.00 występowali m.in. tacy artyści, jak Organek, Leski, Lilly Hates Roses, Rysy, The Stubs, KAMP!. Z Przestrzenią Kreatywną współpracują też food trucki, obok wyrosła Wioska Kultur z ogrodem społecznym.

    – Pomysły cały czas kiełkują – zapowiada Jan Oborski. – Udało się nam dać mieszkańcom ciekawe miejsce, które przestało być jedynie łącznikiem między mostem Grunwaldzkim a mostem Pokoju.

    https://www.facebook.com/placspoleczny.przestrzenkreatywna/

1 / 5
16/30
  • / Kultura/sztuka/dizajn

    Paulina Mager

    Wrocławska graficzka, ilustratorka, której prace mają w swojej kolekcji zarówno znani wrocławianie, m.in. pisarka Ewa Stachniak, jak i turyści, bo cenią oryginalne wzory, naturalne materiały (akryl na drewnie). Paulina Mager podkreśla, że wiele zawdzięcza ognisku plastycznemu na pl. Wolności i pracowni Grzegorza Bednarza „Reja 17”, bo instruktor dawał swobodę i poczucie ważności tego, co się robiło. Grafika na ASP była naturalnym wyborem, a Paulina Mager została jedną z ulubionych uczennic legendarnego Eugeniusza Geta-Stankiewicza. – Dzięki jego zajęciom wychodziło się poza ramy programu szkolnego, myślało samodzielnie – przyznaje dziś artystka.  

    Czytaj więcej

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Paulina Mager

    Styl Pauliny Mager jest charakterystyczny, kolory rozpoznawalne, tematyka rozmaita, choć najwięcej portretów zwierząt. Artystka zaczynała od dziecięcych ilustracji i monideł w wersji bajkowej. Potem pojawiły się przedstawienia zwierząt – kotów, psów, coraz częściej z konkretnymi przesłaniami, ironicznym nieco poczuciem humoru. Paulina Mager współpracuje też z fair trade’ową marką Pizca del Mundo, która wykorzystuje jej ilustracje na opakowaniach kawy, yerba mate. Najczęściej maluje kilka obrazów naraz, a w wolnym czasie skupia się na wymagających pracach.
  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Paulina Mager

    Paulina Mager: – Ludzie często wychodzą ze szkoły artystycznej z przekonaniem, że są niesamowitymi twórcami, ale okazuje się, że rynek rządzi się własnymi prawami. Ja obrałam drogę samodzielną, poza strukturami. Postanowiłam znaleźć sobie cel i wymyśliłam klienta, Pana Kowalskiego. Okazało się, że on istnieje i chętnie kupi moje prace, nie za 3 zł, ale i nie za 1500 zł, w przyzwoitej cenie. Dzięki temu, że zarobię pieniądze, będą mogła sobie pozwolić na realizowanie pasji i ambitnych projektów graficznych i nie zagubię się w koniunkturalizmie.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Paulina Mager

    W sezonie plenerowym nie mam wyboru, trzeba podjąć rękawicę i malować. Widzę jednak, że nabrałam większej pewności siebie i zmierzam w kierunku własnego stylu, a także przekazu dalekiego od słodkich kotków, buldożków. Planuję więcej pazurzastych stworów. Zostanę przy drewnie, przy tych samych kolorach. Spróbuję może dotrzeć do kupujących, dla których mogłabym rozwinąć pieczołowite, wymagające drobiazgowej pracy obrazy. 

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Paulina Mager

    Prace Pauliny Mager kupimy latem w Rynku (tuż przy wejściu do Piwnicy Świdnickiej), a przez cały rok w Galerii Manufaktura (ul. św. Marcina 4) i w galeriach przy ul. Krupniczej, Więziennej, Pomorskiej.

    facebook.com/paulina.mager

1 / 5
18/30
  • / Kultura/sztuka/dizajn

    Kuba Stankiewicz

    Pianista jazzowy, jeden z najciekawszych artystów polskiej sceny jazzowej. Prawdziwą karierę rozpoczął w Stanach Zjednoczonych (studiował w słynnym Berklee College of Music w Bostonie), a po powrocie nagrał fenomenalny album „Northern Song” (kilka lat temu wznowiony na CD).

    Czytaj więcej

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Kuba Stankiewicz

    Do Ameryki wraca regularnie. – Wizyta tam jest zawsze artystycznie bardzo odświeżająca – podkreśla Kuba Stankiewicz. Za oceanem nagrał dwie swoje najnowsze płyty – z muzyką Victora Younga i Bronisława Kapera, polskich kompozytorów, którzy tworzyli szlagiery muzyki filmowej w Hollywood. Występy dzieli z pracą ze studentami Akademii Muzycznej we Wrocławiu.
  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Kuba Stankiewicz

    Subtelne, eleganckie, pełne ciepła brzmienie to znak rozpoznawczy pianisty Kuby Stankiewicza. W świecie eksperymentatorów artysta stoi na straży tradycji, a od kilku lat odkrywa dla Polaków ich jazzową historię, przypominając nazwiska znakomitych kompozytorów, którzy w Ameryce zrobili fenomenalną i oscarową karierę, a w kraju, paradoksalnie, o nich zapomniano. – Pracując ze studentami mam o czym opowiadać i dzielić się doświadczeniem, bo wielu młodych pianistów nie ma pojęcia, że szlagiery „On Green Dolphin Street” czy „Invitation” wyszły spod ręki Polaków – zwraca uwagę. Gra z gwiazdami jazzowymi, ale pozostał wyjątkowo skromny. Po prostu skupiony na pracy.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Kuba Stankiewicz

    Kuba Stankiewicz: – Po pierwsze, nie ma drogi na skróty. Po drugie, trzeba robić to, co się lubi. Cytując Wojciecha Młynarskiego: „Róbmy swoje”. Po trzecie, nie trzeba wcale podążać za modami, ale grać tak, jak czujemy. Muzyka jest w pewnym sensie odbiciem osobowości, a nie ma sensu oszukiwać samego siebie.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Kuba Stankiewicz

    Latem Kuba Stankiewicz był w Los Angeles, by nagrać trzecią płytę z muzyką polskiego kompozytora w Hollywood, tym razem Henryka Warsa, którego piosenki mieli w repertuarze nawet Bing Crosby i Doris Day. W planach jest płyta z utworami Romana Stakowskiego, którego dzieła fascynują jazzmana. Marzenia? Spełnieniem marzeń była już sama możliwość nagrania płyt w Los Angeles z muzykami pokroju kontrabasisty Darka Oleszkiewicza i perkusisty Petera Erskine’a. Grzechem byłoby chcieć więcej. 

    kubastankiewicz1@gmail.com

     

    https://www.facebook.com/KubaStankiewiczKSQmusic/?fref=ts

1 / 5
20/30
  • / Kultura/sztuka/dizajn

    Anna Jur

    Stworzyła markę Szarakowo (oryginalne, ręcznie szyte i malowane ubrania) i Fundację Paliwo Artystyczne (organizatora m.in. święta Ręki Dzieła Fest). Pochodzi z Głogowa, a do Wrocławia przeprowadziła się, aby studiować – tajniki architektury, dekoracji wnętrz, potem dziennikarstwo.

    Czytaj więcej

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Anna Jur

    Współpracowała z Teatrem Polskim, wytwórnią płytową, agencjami muzycznymi. Działała jako animator warsztatów dziennikarskich, promotor zespołów i muzyków. Dla nich wymalowała pierwsze koszulki, potem zamówień było coraz więcej i powstało Szarakowo. Projektuje i realizuje różnorodne warsztaty artystyczne, a pięć lat temu stworzyła Fundację Paliwo Artystyczne.
  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Anna Jur

    Jedna z najbardziej pracowitych rękodzielniczek we Wrocławiu i promotorka hand made. Wspiera artystów i zapewnia im przestrzeń do prezentowania prac. W pierwszym Ręki Dzieła Fest brało udział ośmiu twórców, teraz, w letniej edycji w Przejściu Żelaźniczym było ich ponad 100. – Rękodzielnik nie wypromuje się inaczej, jak tylko wychodząc do ludzi – podkreśla Anna Jur. Swoją markę Szarakowo (od nazwy Szaraków, wymyślonych przez nią postaci) stworzyła najpierw hobbystycznie. Dzięki materiałom w mediach o ubraniach z ręcznie malowanymi zwierzętami i gwiazdami rocka oraz kina o Szarakowie zrobiło się głośno. Wzory i wymiary na życzenie klienta, który może zamówić nawet portret własnego pupila.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Anna Jur

    Anna Jur: – Gotowej recepty na sukces nie podam, bo nie jestem bizneswoman. Zarabiam na tym, co kocham, i to jest największy sukces. Uważam, że nie powinniśmy czekać na dowartościowanie z zewnątrz, ale poczuć je w sobie, wiedzieć, że jest się silnym, fajnym i to, co robimy, ma sens. Nie wolno się poddawać po mniejszych porażkach – dla przykładu przez 12 lat pracowałam w różnych miejscach, niekoniecznie związanych z moimi pasjami. Pomogła otwartość na wszystko dookoła, na przyrodę, spotkania z ciekawymi ludźmi. Do dzisiaj daję sobie przestrzeń, aby wyobraźnia podpowiadała mi pomysły, bo zamykanie się w jednym świecie, nawet artystycznym, powoduje, że nie dostrzegam szans z zewnątrz.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Anna Jur

    Plany są u mnie nierozerwalnie związane z marzeniami, a w życiu po prostu je spełniam. Przede wszystkim myślę o rozwoju fundacji, aby dzięki niej móc trafić i pomóc większej grupie ludzi, promować ich, umożliwiać ciekawą pracę. Nadal chcę pracować z dziećmi i dorosłymi, bo to daje energię w dwie strony i ubarwia życie w pełni. Zależy mi na poszerzaniu działań i jakości Szarakowa, aby ubrania marki sprawiały radość innym i frunęły dalej w świat.

    www.szarakowo.pl

    www.rekidziela.blogspot.com

    www.paliwoartystyczne.org

     

1 / 5
22/30
  • / Kultura/sztuka/dizajn

    Novy Ruch Teatr

    Nie mają stałej siedziby ani własnej sceny, ale przygotowują niezapomniane spektakle. Novy Ruch Teatr ma już ponad rok. Założyli go aktorzy Wrocławskiego Teatru Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego. Za nimi już cztery premiery – grają we Wrocławiu, Bytomiu, Krakowie, Warszawie, Chorzowie.

    Czytaj więcej

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Novy Ruch Teatr

    - Wracaliśmy kiedyś z jednego z festiwali, na którym występowaliśmy z Wrocławskim Teatrem Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego i rozmawialiśmy o tym, czym jest dla nas teatr. Poczuliśmy, że łączy nas wspólna pasja i energia. Tak narodził się Novy Ruch Teatr – opowiada Piotr Soroka, jego współzałożyciel. – Nasz  teatr jest niezależny, nie repertuarowy, nie ma siedziby. Połączyły nas wspólne doświadczenia, które zdobywamy we Wrocławskim Teatrze Pantomimy. Pracujemy w nim na co dzień, ale chcieliśmy zrobić coś innego, własnego. Brakowało nam przestrzeni autorskiej, własnej, mieliśmy potrzebę opowiadania o naszych przeżyciach, chcieliśmy zmierzyć się ze swoją wizją teatru, poeksperymentować. Od początku głównym środkiem wyrazu był ruch oparty o elementy pantomimy i tańca współczesnego – wyjaśnia Piotr Soroka.
  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Novy Ruch Teatr

    Spektakle teatru są autorską wypowiedzią artystów. Zaczynali w trójkę: Piotr Soroka, Agnieszka Dziewa i Agnieszka Charkot. Teraz z Novy Ruch Teatr współpracują : Marta Dunajko, Kinga Górska, Julia Pawlaczyk, Natalia Turocha, Maria Rudzińska, Żaneta Wańczyk, Maciej Czernek, Robert Łosyk, Jacek Skoczeń. 

    Pracują intensywnie - pierwszy rok działalności przyniósł aż trzy projekty teatralne. Pierwszy - „Mach mir Spass” to kameralna opowieść bez słów o perypetiach pań domu, w które wcielają się Agnieszka Dziewa i Agnieszka Charkot. (Premiera 18 stycznia 2015). Błyskotliwy debiut, który zachwycił krytykę poczuciem humoru, ironią i świetnymi żartami z bohaterek telewizyjnych show poświęconych perfekcyjnym paniom domu.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Novy Ruch Teatr

    Drugi projekt „Say Hallo” był przygotowany i pokazywany na Expo 2015 w Mediolanie , natomiast „Węglowa odyseja” powstała we współpracy z Ewą Żurakowską i Zespołem Pieśni i Tańca Nowa Ruda, a premierowy pokaz miał miejsce 20 czerwca 2015 w ramach projektu Mosty ESK Wrocław 2016. Rozgrywał się na śluzie Różanka, bo to właśnie przez nią przepływały barki z węglem wydobywanym na Śląsku.

    Ostatni spektakl „Spirit”, inspirowany dawną wytwórnią wódek Carla Schirdewana, która znajduje się we Wrocławiu, a swoje korzenie ma w przedwojennym Breslau miał premierę w grudniu 2015, w ramach programu MikroGranty ESK 2016.

  • /Kultura/sztuka/dizajn

    Novy Ruch Teatr

    - Śmiejemy się, że jesteśmy hipsterami teatru, bo niewielu artystów w naszym wieku posługuje się pantomimą – mówi Piotr Soroka. –Interesuje nas narracja – nie rezygnujemy z dialogu, choć nie ma u nas słów – dodaje.

    - Novy Ruch Teatr dał nam mnóstwo radości i przyjemności, ale też wymaga od nas dużej pracy. Nie mamy budżetu, wszystko robimy sami – od pisania scenariusza, opracowania choreografii po marketing i działania public relations. To wymaga czasu i zaangażowania. Planujemy kolejne premiery, na razie mogę zdradzić, że jedna z nich będzie inspirowana klasyką literatury światowej – zapowiada Piotr Soroka.

    https://www.facebook.com/NovyRuchTeatr/

1 / 5
24/30
  • / Biznes

    Agnieszka Prask i Mateusz Toporowicz

    Drewniane okulary Gepetto już zdobywają europejskich klientów. Wymyślili je wrocławianie Mateusz Toporowicz i Agnieszka Prask. Dziś mają klientów m.in. w Czechach, Słowacji, Austrii i Libanie. Nie uważają się za ludzi, którym powiodło się w biznesie. Wolą mówić, że odnieśli sukces, bo robią to, co lubią. Gdzie będą za 10 lat? Chcą być najbardziej rozpoznawalną firmą, oferującą akcesoria drewniane. Najpierw w Europie, a później na świecie. A Gepetto to ojciec Pinokia, a więc skojarzenie z drewnem jest proste.

    Czytaj więcej

  • /Biznes

    Agnieszka Prask i Mateusz Toporowicz

    Drewniane oprawki, chyba są ciężkie? – to jedno z pierwszych skojarzeń. Wystarczy wziąć je do ręki, by się przekonać, że są lekkie jak piórko. Zalet jest więcej. Te z bambusa unoszą się na wodzie – są więc niezatapialne. Do tego niepowtarzalna struktura drewna powoduje, że nie ma dwóch identycznych par. Mogą być z sękiem lub gładkie i ładnie się starzeją, np. sandałowiec na początku jasny z czasem ciemnieje. I jeszcze coś. Zapach. – Pozostawione w samochodzie okulary z sandałowca mogą przyprawić o zawrót głowy – śmieje się Agnieszka. Robili okulary z buczyny lub starych beczek po winie, ale wolą drewno egzotyczne. – Gatunki egzotyczne mają lepszą charakterystykę. Mają wyżej korony drzew. Są w zasadzie bezsękowe i lepiej znoszą różne warunki atmosferyczne – tłumaczy Mateusz.
  • /Biznes

    Agnieszka Prask i Mateusz Toporowicz

    Był sierpień 2013 r. Przygotowali pierwszą partię drewnianych oprawek i wystartowali z ofertą w internecie i na Facebooku. Zaczynali od marketingu drogą pantoflową, od znajomych z Wrocławia i rodziny. Po kilku godzinach od odpalenia strony przyszło zgłoszenie z Warszawy. Ktoś zamówił dwie pary okularów, ale chciał je na drugi dzień, bo potrzebne były do sesji fotograficznej. Dziś żyją z oprawek. Nie chcą mówić o zyskach, wolą o liczbie oprawek. W pierwszym roku sprzedali ok. 3 tys. sztuk. W 2016 r., liczą na minimum 10 tys. Pieniądze inwestują w rozwój firmy.

  • /Biznes

    Agnieszka Prask i Mateusz Toporowicz

    W pracy on zajmuje się wymyślaniem wzorów i projektowaniem oprawek. Jej działka to sprawy organizacyjne i marketingowe. On trochę roztrzepany i zapominalski, ona skrupulatna i analityczna. Doskonale się uzupełniają. Agnieszka doradza, inspiruje, czasami krytykuje. Na sobie sprawdza oprawki. – Wymyślamy kształt. Ja jestem zdania, że to będzie fajne, ona mówi, że statystycznie inny model będzie miał więcej odbiorców i… często ma rację – dodaje Matusz. Śmieją się, że rodzina i znajomi chodzą tylko w ich oprawkach. Pierwsze kupili, kolejne dostają w prezencie. Wśród ich klientów są znani politycy, aktorzy, muzycy i dziennikarze.

  • /Biznes

    Agnieszka Prask i Mateusz Toporowicz

    Urodzili się we Wrocławiu. Mateusz, rocznik 1987, najpierw chodził do XV LO na Nowym Dworze, maturę zrobił w Liceum Akademickim przy Robotniczej. Wzornictwo przemysłowe na Akademii Sztuk Pięknych skończył w 2014 r. Agnieszka, rocznik 1989, jest absolwentką VIII LO przy Zaporoskiej. W czerwcu 2014 r. obroniła dyplom z fizjoterapii na Akademii Wychowania Fizycznego. Są pokoleniem, które planową gospodarkę socjalistyczną zna z historii, ale podstaw ekonomii kapitalistycznej uczą się do dziś. Mówią, że wymyślić i zrobić oprawki to połowa sukcesu, sprzedać je i na tym zarobić to osobna historia.

    http://weargepetto.pl/

1 / 5
26/30
  • / Biznes

    Michał Koziołek

    30 lat, absolwent architektury i konserwacji zabytków na Politechnice Wrocławskiej, od 12 lat prowadzi szkołę rysunku i od 17 lat zajmuje się akrobacjami na rowerze (prezentował swoje umiejętności w programie telewizyjnym „Mam talent”). Jest pomysłodawcą reaktywacji legendy polskiej motoryzacji – „Nowej Warszawy”. 

    Czytaj więcej

  • /Biznes

    Michał Koziołek

    Razem z przyjaciółmi budują „Nową Warszawę”, czyli „New Warsaw Wratislavia”. O tym projekcie jest głośno w polskim światku motoryzacyjnym. Supernowoczesny samochód za… 1,5 mln zł rozpala wyobraźnię. Jest już stalowa rama, zamontowany silnik i zawieszenie. Gotowe są nadwozie z maską i drzwiami. Wszystko jest objęte tajemnicą i efektów nie można podpatrzeć.
  • /Biznes

    Michał Koziołek

    Michał Koziołek jest pomysłodawcą RetroElectro – pierwszego elektrycznego skutera z Wrocławia. Pomysł jest prosty, na bazie oryginalnych skuterów z lat 60. i 70. powstają pojazdy elektryczne. Silniki spalinowe zastępowane są silnikami na prąd, do tego baterie i już. – Pojazdy elektryczne są ekologiczne, ale ich produkcja już nie. My robimy totalny recykling. Ze starych, nieużywanych, pojazdów odzyskujemy do 80 proc. części. Dokładamy swoją technologię: baterie, komputer sterujący i odzyskujemy energię z hamowania. Oferujemy nowoczesny pojazd i klimat starego stylu – dodaje Michał. Pierwszy RetroElektro powstał na bazie Simsona Schwalbe (Jaskółka). Będąc odpowiednikiem włoskiej Vespy, od końca lat 50. był kultowym motorowerem w DDR.

  • /Biznes

    Michał Koziołek

    W zespole RetroElectro są – pomysłodawca RetroElectro Michał Koziołek, który ze Zbigniewem Żelaznym odpowiada za sprawy organizacyjne całego projektu. Ponadto Zbigniew skonstruował i robi serce pojazdu, czyli silnik, i układ napędowy. W zespole RetroElektro są też Dawid Ozga i Michał Pyra. Cała czwórka uczestniczy też w innym projekcie – budują „Nową Warszawę”, która zaczęła się od… syrenki na Euro 2012. Pomalowany w barwy narodowe samochód z 3-litrowym 300-konnym silnikiem zbudowali od podstaw. Syrenka dała im „kopa” do dalszych działań (w projekcie „New Warsaw Wratislavia” uczestniczyli także: Michał Puchalski, Adam Mally, Łukasz Myszyński, Jacek Śniadecki).

  • /Biznes

    Michał Koziołek

    Michał Koziołek opowiada, że pracują nieraz po… 40 godzin dziennie, nie zarabiając ani złotówki. Jak mówią, mogą sobie na to pozwolić, bo nie mają na razie żon, dzieci i rodzinnych zobowiązań, a ci, którzy je mieli, są już po rozwodzie. W projekty wkładają wszystkie oszczędności. Wspólnie prowadzą biuro projektowe. Przyjmują zlecenia – od mebli i lamp po rowery i motocykle. Znają języki, podróżują po świecie. Swoje marzenia mogliby realizować w USA i zarabiać dziesiątki tysięcy dolarów. Mieli kilka ciekawych propozycji. Były rozmowy z szefem marketingu w Rolls-Royce. Milioner z USA, właściciel firmy produkującej silniki samolotowe, powiedział: „Chłopaki, jak wam tu nie wyjdzie, u mnie praca na was czeka”. Ale oni nie chcą wyjeżdżać z Wrocławia. – Jeżeli tu sobie poradzimy, to damy radę wszędzie. No, chyba że pojedziemy do Ugandy. Nie… Tam też dalibyśmy radę – śmieją się.

    http://www.retroelectro.pl/pl
    http://koziolekdesign.com/

1 / 5
28/30
  • / Biznes

    Czesław Mocek

    Policjanci z Polski, Niemiec, Czech i Słowacji, antyterroryści, ratownicy GOPR, strażacy, wojsko, pracownicy przemysłowi (mechanicy i pracownicy utrzymania ruchu) czy turyści i sportowcy – biegacze, rowerzyści oraz uprawiający wspinaczkę – wszyscy oni korzystają z latarek Mactronic, zaprojektowanych we Wrocławiu. System oświetlenia ewakuacyjnego w polskich okrętach podwodnych także pochodzi od firmy Mactronic.
    – Ten system powstał specjalnie do wykorzystania w tych konkretnych sytuacjach, ze względu na jego niezawodność – mówi Czesław Mocek, prezes Mactronica.

    Czytaj więcej

  • /Biznes

    Czesław Mocek

    Firma rozpoczęła swoją działalność w latach 90. ubiegłego stulecia. Prezes Czesław Mocek zaczynał swoją karierę we Wrocławskich Zakładach Elektronicznych „Elwro". Zdobyte tam doświadczenie umiejętnie wykorzystał, zakładając wraz z żoną i synami Maciejem i Bartoszem własną firmę zajmującą się oświetleniem. Na początku byli przedstawicielami zachodnich firm, jednak w 1994 r. udało się ruszyć z własną marką. Pierwszym sporym sukcesem firmy był wygrany przetarg na dużą dostawę latarek dla Komendy Głównej Policji, organizowany przez Bank Światowy w USA. To zapoczątkowało współpracę ze służbami mundurowymi. I to nie tylko w Polsce. W 2002 r. Mactronic wygrał przetarg dla straży granicznej. Spółka zdobyła też koncesję MSWiA na dostawy wyrobów i technologii dla wojska i policji.
  • /Biznes

    Czesław Mocek

    Za sukcesami Mactronica stoi nie tylko to, że jest to firma rodzinna, ale także stała współpraca z naukowcami z Politechniki Wrocławskiej, AGH w Krakowie oraz z laboratoriami na Politechnice Łódzkiej, dzięki której w produkcji oświetlenia wykorzystywane są cały czas najnowsze technologie. – Mamy własne dizajnerskie rozwiązania i własną technologię. Dajemy naszym produktom 10-letnią obsługę serwisową od daty zakupu. To się ceni i dlatego liczymy się na rynku nie tylko Polski, ale całej Europy – dodaje Czesław Mocek.

  • /Biznes

    Czesław Mocek

    Produkty Mactronica nie są najtańsze. Płaci się za nie od kilkuset do nawet kilku tysięcy złotych. Jednak te ceny nadal pozostają konkurencyjne w stosunku do cen latarek tego typu i takiej klasy, produkowanych w Europie Zachodniej i USA. Dzięki temu wrocławska firma zdobyła rynki zagraniczne. W Mactronicu zaopatrują się nie tylko niemieccy policjanci, ale również inne służby mundurowe krajów UE i byłego ZSRR. Dzięki temu jedna czwarta przychodów pochodzi z eksportu. Sporym sukcesem cieszą się nie tylko produkty militarne, ale i rowerowe.

  • /Biznes

    Czesław Mocek

    – Sukces siedzi w ludziach – mówi Czesław Mocek. – Jest napędem do działania. Zawsze miałem w sobie siłę, dzięki której parłem do przodu, chciałem zajść dalej, zdobyć więcej wiedzy. To nie mija, wciąż widzę bardzo dużo możliwości rozwoju. Czasy się zmieniają i teraz nie wystarczy sam sukces, trzeba go jeszcze nagłośnić i pokazać, bo nikt nas nie znajdzie, jeśli się nie pokażemy. Ważna też jest marka, którą buduje się przez wiele lat. Mactronic to sprzęt, który musi być niezawodny, bo używają go ludzie, których życie zależy od naszego sprzętu. Czuję się za nich odpowiedzialny. Rozwój firmy zależy też od nadążania za najlepszymi w branży. Trzeba być na bieżąco ze wszystkimi nowinkami, starać się wyprzedzać konkurencję i być od niej lepszym. Jako firma z Polski wciąż musimy udowadniać, że nie jesteśmy w tyle, że to my wyznaczamy trendy. Sami sobie otworzyliśmy świat jako firma i to jest moja największa satysfakcja – podkreśla.

    www.mactronic.pl

1 / 5
30/30
  • / Biznes

    Marcin Świerkot i Adrian Komarski

    Siedzibę mają we wrocławskim galeriowcu przy ul. Powstańców Śląskich. Tam powstają figurki, rozchwytywane przez graczy i kolekcjonerów RPG na całym świecie. Firma Awaken Realms powstała w 2014 r. i stała czołowym graczem na rynku gier bitewnych.
    Marcin Świerkot (lat 25) i Adrian Komarski (lat 26) studiowali razem na Uniwersytecie Ekonomicznym. Marcin pracował jako redaktor prowadzący działu inwestowanie i gospodarka w jednym z portali finansowych, ale postanowił pożegnać się z tą pracą.
    Awaken Realms, ich firma, zajmująca się malowaniem figurek do gier (m.in. Warhammer, WW2), dziś ma klientów ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii, Chin, Arabii Saudyjskiej, a w ubiegłym roku osiągnęła milion złotych przychodu. – Malowanie figurek to hobby Adriana – mówi Marcin Świerkot. – Na początku trochę się z niego śmiałem, ale gdy zobaczyłem, że w serwisie eBuy sprzedaje je z sukcesem, poczułem, że jest w tym przyszłość. Adrianowi szło na tyle dobrze, że dostał propozycję pracy w jednej ze znanych firm zajmujących się produkcją figurek. Odwołał rozmowę kwalifikacyjną.

    Czytaj więcej

  • /Biznes

    Marcin Świerkot i Adrian Komarski

    – Postanowiliśmy postawić wszystko na jedną kartę – wspominają. Założyli firmę i skupili się na klientach, którzy za perfekcyjnie wykonaną figurkę są gotowi zapłacić nawet dwa tysiące funtów. – Na takie przyjemności nie stać polskich graczy, wśród naszych klientów mamy nielicznych Polaków – opowiadają. Dlatego ich strona internetowa jest prowadzona tylko w języku angielskim. – Nasi klienci są zamożni, mają po kilka samochodów, duże domy, a w nim pokoje, które mogą zamienić w prawdziwe pola bitwy. Ścierają się tam armie demonów, orków, elfów i ludzi – opowiada Marcin Świerkot. Polacy też lubią gry RPG, ale nie stać ich na takie szaleństwo, dlatego nasi klienci pochodzą przede wszystkim z zagranicy.
  • /Biznes

    Marcin Świerkot i Adrian Komarski

    Zaczynali we dwóch od burzy mózgów. Na kartce zapisali słowa, które do dziś są motorem napędowym ich działań: pasja, społeczność, inspiracja. W ten sam sposób szukali nazwy dla swojej firmy – zanotowali wyrazy, które kojarzyły im się z działalnością firmy. Nazwa Awaken Realms (Przebudzone Królestwa) okazała się odpowiednia i oryginalna. Dziś w Awaken Realms pracuje blisko 30 osób – projektantów, grafików i artystów. Szefowie rzadko malują sami figurki. – Nie mamy na to czasu – śmieją się. – Zajmujemy się dalszym rozwojem firmy, bo figurki to tylko jedna z naszych działalności.

  • /Biznes

    Marcin Świerkot i Adrian Komarski

    Ich figurki to dzieła sztuki – majstersztyk i perfekcyjne wykonanie. Modele zamawiają w Games Workshop (największy na świecie producent modeli i figurek), a potem malują. Stosują różne techniki – od najszybszej, czyli malowania aerografem po mozolne malowanie pędzelkiem. – Cena gotowej figurki zależy od jej rozmiaru, liczby detali i przede wszystkim czasu, jaki musimy poświęcić na jej pomalowanie – tłumaczy Adrian Komarski. Małe modele powstają w kilka godzin, ale malowali raz giganta – blisko metrowego robota Warlorda Titana, robią też dioramy – obrazy 3D z realistycznym tłem, w którym umieszczone są figurki. Trafiają się też klienci, zamawiający całe armie, za które płacą kilka tysięcy funtów. Oprócz figurek, wrocławianie malują też akcesoria do figurek – kryształy, latarnie, kamienie lawy, portale.

  • /Biznes

    Marcin Świerkot i Adrian Komarski

    Koncentrują się też na tworzeniu gier planszowych z autorskimi figurkami, a finansowania szukają w serwisach crowdfundingowych, jak amerykański Kickstarter. Zdobyli tak 50 tys. funtów i zabrali się za grę „The Edge”. Drugi projekt to gra planszowaThis War of Mine”, oparta na licencji gry komputerowej, którą wcześniej zrobiła inna polska firma – 11 bits studio. – This War of Mine” to bardzo ciekawa i nietypowa gra, bo pokazuje wojnę z perspektywy cywilów, którzy muszą przetrwać – wyjaśnia Maciej Świerkot.

    – Zawsze marzyłem o stworzeniu gry komputerowej – mówi Marcin Świerkot. – Sam pomysł to za mało, wprowadzenie gry na rynek wymaga olbrzymich pieniędzy i czasu. Nie wykluczam, że kiedyś spróbujemy.

    http://awakenrealms.com/

    https://www.facebook.com/awakenrealms

1 / 5